Justyna Kowalczyk dla naTemat: Nadszedł dobry czas na przemyślenia, co chcę dalej robić

FOT. MATEUSZ SKWARCZEK / AG
O bieganiu w maratonach, planach na przyszły sezon, problemach z motywacją, Igrzyskach Olimpijskich w Soczi, konflikcie z trenerem Aleksandrem Wieritielnym, zakończeniu kariery i blogowaniu na naTemat.pl rozmawiamy z Justyną Kowalczyk.



Mimo iż trwa właśnie przerwa po zakończonym sezonie zimowy, Pani nie próżnuje. Za kilka dni ma Pani wystartować w Orlen Warsaw Maratonie.

Justyna Kowalczyk: Obowiązki mam co prawda inne, niż do tej pory, ale cały czas coś jest do roboty. A co do OWM, to prawdopodobnie pobiegnę razem z Adasiem Małyszem w biegu na 10 km.


Jest Pani amatorką biegania?

Między majem a początkiem listopada biegam regularnie i to dosyć dobrze. W zimę oczywiście wszystko się zatraca, bo 99% treningów to zajęcia narciarskie. Mięsień pracuje całkowicie inaczej, forma spada. Aktualnie jestem w okresie bardzo mocnego roztrenowania i dlatego nie mam presji na wynik. I tak muszę się ruszać, więc udział w takim biegu, to fajna sprawa, ale – myślę, że Adam podobnie – jeżeli wystartuję, to tylko dla promocji sportu, czysto rekreacyjnie. Ścigać będę się w zimie. Wtedy mam swoje starty i swoje cele. Tu ma być dobra zabawa.


Zobacz to: Justyna Kowalczyk z Kryształową Kulą. Polka wygrała Puchar Świata

Sezon się zakończył, a Pani ciągle w ruchu. Nie wolałaby Pani usiąść w domu przed telewizorem?

Nie zauważyłam, żeby zaczęło mi brakować motywacji. Pomalutku zaczynam przygotowania do rozpoczęcia sezonu. Same treningi zacznę z początkiem maja, więc warto poruszać się już teraz.


Wyznaczyła sobie Pani cele na przyszły sezon? Bo w swojej kolekcji ma Pani wszystkie kolory medali mistrzostw świata i Igrzysk Olimpijskich! Co można wygrać więcej?

Powtarzałam już wielokrotnie, że dla kibiców sport wyczynowy to przede wszystkim medale, natomiast dla mnie liczą się inne wartości. Nie muszę szukać motywacji poprzez patrzenie na gablotkę z pucharami, czy na konto bankowe. Póki sport mnie cieszy i póki sprawia mi radość, dalej będę biegała. To jest moje życie i moja pasja.


Kilka tygodni temu było bardzo głośno o Pani słowach, które wielu kibiców opacznie odebrało jako zapowiedź zakończenia przez Panią kariery.

Skończyłam 30 lat, a w Soczi będę miała lat 31, i to chyba dobry czas, aby zastanowić się nad swoją przyszłością. Nad tym, co człowiek chce w życiu robić. I to właśnie powiedziałam: nadszedł czas, aby pewne rzeczy przemyśleć. Ale przecież nie powiedziałam „tak”, ani nie powiedziałam „nie”. Aktualnie w ogóle nie mam możliwości podjęcia takiej decyzji. Jasne, coś na pewno się skończy, ale przecież… za chwilę coś się zacznie. Przez najbliższe 11 miesięcy ten temat powinien być zamknięty.

Czytaj także: Justyna Kowalczyk zeszła z trasy Pucharu Świata w Soczi

To pewnie wyświechtany slogan, ale trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść.

To są stereotypy. Szczyty i to wszystko… Przecież większość sportowców do swojego zawodu przygotowuje się od dzieciństwa, albo, tak jak ja, od wczesnej młodości. Robimy to po to, aby startować jak najdłużej. Dlatego ta decyzja powinna należeć do nas. My powinniśmy być jedynymi, którzy mówią „koniec” i ewentualnie zmieniają zawód. A te wszystkie piękne słowa, że trzeba skończyć będąc na szczycie, że trzeba ze sceny zejść, to miraż.

Czasami jednak aż szkoda patrzeć jak wielcy mistrzowie na starość męczą się w rywalizacji z zawodnikami, którzy kilka lat wcześniej podziwiali ich jedynie z ekranów telewizorów.

Czyli jeżeli ktoś zostaje dyrektorem dużego banku, to powinien kończyć karierę? Albo jeżeli dziennikarz dostaje wymarzoną pracę, to powinien schować pióro do biurka? Przecież to takie same zawody. Sport to da mnie pasja, ale także praca. Jeżeli ktoś zadecyduje o zakończeniu mojej kariery, to pewnie będzie to los. I zobaczymy czy będę wtedy na szczycie, pod wodą, na lodzie, czy 50 kilometrów pod nim.

Na razie celem numer 1 są Igrzyska w Soczi.

Tak. Chciałabym, żeby olimpiada w Soczi była dla mnie czasem, kiedy będę w najlepszej formie w życiu. Jeżeli nie popełnię żadnego błędu, nie złapię kontuzji, to wszystko wskazuje, że uzyskam naprawdę dobrą dyspozycję. Wiem, jak się jeździ na nartach, robię to od lat i z niecierpliwością czekam na zimowe IO.

Do Igrzysk będzie Panią przygotowywał trener Aleksander Wierietielny?

Tak.

Zobacz również: Sylwia Jaśkowiec dla naTemat: Z Justyną Kowalczyk zgodziłaby się moja ręka

Kryzys między wami jest zażegnany?

Między nami wszystko jest w porządku. Nie ma żadnego powodu do niepokoju. Zawsze pojawiają się jakieś niedopowiedzenia, które zazwyczaj sobie dopowiadamy w sposób otwarty…

Trener Wierietielny faktycznie dopowiedział, ale na łamach prasy.

No właśnie. Powstała jakąś niepotrzebna afera, ale wszystko już wyjaśniliśmy. Po tym zamieszaniu jechaliśmy 12 godzin samochodem i przecież w aucie nie panowała martwa cisza. Nie przesadzajmy więc i nie szukajmy na siłę konfliktów. 15 lat współpracy na takim poziomie, pod taką presją, niesie ze sobą ryzyko, że czasami dochodzi do spięć, ale nie ma co marudzić. Trzeba wszystko sobie wyjaśnić i brać się za robotę.


Wasza współpraca przypomina czasami małżeństwo. Są kłótnie, niesnaski, ale zawsze do siebie wracacie.

Nigdy nie byłam niczyją żoną, szczególnie taką z 15-letnim stażem, więc nie chce się wypowiadać (śmiech).

Nie rozstaje się Pani z trenerem Wierietielnym, ale rozstaje się Pani z czytelnikami naTemat.pl, dla których blogowała Pani przez ostatni rok. Ciężko było napisać ten pożegnalny wpis?

Na pewno tak. Kiedy do czegoś się zobowiązuję, to staram się robić to z sercem i muszę powiedzieć, że naprawdę pisałam dając z siebie wszystko. Chyba było to widać – myślę chociażby po lekturze licznych komentarzy. Powiem szczerze, że pisanie w trudnych momentach, których przecież nie brakowało, dawało mi wytchnienie, ulgę i energię. Będę tęskniła za Waszymi czytelnikami. Chciałabym więc podziękować panu Tomkowi Lisowi, że zaprosił mnie do pisania, bo nigdy by mi nie przyszło do głowy, że mam czas, aby pisać i, że daje mi to tyle frajdy.

Czytaj także: Justyna Kowalczyk pisze na swoim blogu

Pisanie bardzo się Pani spodobało? Bo czasami wrzucała Pani wpisy chwilę po naprawdę istotnych wydarzeniach.

W pewnych momentach chciałam pisać co drugi, trzeci dzień! Musiałam się sama hamować. „Hej, dziewczynko, masz inną robotę. Nie jesteś przecież dziennikarzem!”. Co prawda pisanie nie szło mi tak szybko jak wam, dziennikarzom, ale dawało mi naprawdę wielką satysfakcję. Dzięki temu nawiązałam bezpośrednią nic porozumienia z moimi kibicami, mogłam się im pokazać od trochę innej, niż w wywiadach, strony.

W takim razie może warto, wracając do tego, o czym mówiliśmy wcześniej, po zakończeniu kariery spróbować sił w dziennikarstwie sportowym!?

Oj, nie wiem czy ktoś by mnie chciał (śmiech). Nie zamykam jednak sobie żadnego wyjścia. Dziennikarstwo to wspaniała praca i jeżeli to jedna z tych furtek, z których mogłabym skorzystać po zakończeniu kariery, to na pewno będę brała to pod uwagę. Jeżeli tak będzie, to z pewnością m.in. dzięki mojemu pisaniu na naTemat.pl.

Rozmawiał Sebastian Staszewski

Blog szefa działu Sport naTemat.pl Sebastiana Staszewskiego
Twitter szefa działu Sport naTemat.pl Sebastiana Staszewskiego