
"Wydawnictwo Znak potrzebuje egzorcysty" – głosi tytuł artykułu opublikowanego m.in. na stronach "Frondy" i Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Znakowi dostaje się za publikację książki "Dowód" Ebana Alexandra, której treść rzekomo ociera się o satanizm i jest duchową trucizną dla katolików. To już kolejny odcinek trwającej od kilku lat burzy wokół wydawnictwa, które w opinii niektórych straciło prawo do nazywania się katolickim. – Może nie zdradziło katolickich wartości, ale nie ma ich już na pierwszym miejscu. To nie ten sam Znak co kiedyś – przekonuje naTemat Halina Bortnowska, wieloletnia redaktorka miesięcznika "Znak".
Neurochirurg Eban Alexander twierdzi, że będąc przez kilka dni w klinicznej śpiączce przekroczył granice śmierci i odkrył Niebo. Swoje wrażenia opisał w książce "Dowód", która w Polsce ukazała się nakładem wydawnictwa Znak. I o ile można było się spodziewać, że jego rewelacje wywołają burzliwą dyskusję o życiu pozagrobowym, o tyle zaskakująco stały się one bronią wycelowaną w wydawcę.
Zaczął Tomasz Terlikowski. "To duchowa trucizna, którą wydawnictwo Znak serwuje katolikom" – napisał pod koniec marca. Następnie do ataku przystąpił tygodnik "Nasza Polska", którego artykuł na ten temat promuje "Fronda", a także Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy. Z tekstu możemy się dowiedzieć, że twierdzenia Alexandra zakrawają o satanizm i "stanowią kontynuację eksperymentów na ludzkim mózgu zapoczątkowanych przez niemieckich nazistów".
W końcu dołączyli także komentatorzy prawicowych portali, którzy piszą o swoim rozczarowaniu działalnością Znaku. – To efekt utrzymującej się od kilku lat linii wydawnictwa. Tej linii, która sprawiła, że od Znaku odwróciło się i wciąż odwraca kilka osób – stwierdza w rozmowie z naTemat ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski.
Graczyk kością niezgody Historia ks. Isakowicza-Zaleskiego, który jeszcze do niedawna współpracował ze Znakiem najlepiej obrazuje, jak zmieniał się stosunek do Znaku przedstawicieli części środowisk prawicowych i konserwatywnych. – Zawsze mi się wydawało, że Znak jest instytucją, która odwołuje się do katolickich wartości i która ma swoje zdanie, na przykład w sprawie lustracji. Później ze smutkiem stwierdziłem, że nastąpiła zmiana poglądów i odejście od dotychczasowych zasad. Sam wydałem w Znaku dwie trudne książki, ale potem, właśnie z powodu odwrotu od wartości, postanowiłem się z nim rozstać – wspomina duchowny.
Pierwszym "momentem rozstania" dla ks. Isakowicza-Zaleskiego i jemu podobnych było zamieszanie wokół publikacji książki Romana Graczyka o infiltracji środowiska "Tygodnika Powszechnego" przez Służbę Bezpieczeństwa. Znak odrzucił tę pracę . "Nie wydamy tej książki, bo przedstawiony w niej obraz środowiska i jego roli w tamtych czasach nie odpowiada rzeczywistości" – tłumaczył wtedy prezes Znaku Henryk Woźniakowski. Prawica zareagowała oburzeniem. Na wPolityce pisano, że wydawnictwo nie chce Graczyka, bo nie chce ranić kolegów z "Tygodnika", a najwidoczniej wrażliwość Polaków nie jest dla niego ważna.

– Znam Graczyka osobiście. Rozmawiałem też wówczas z księdzem Bonieckim i on powiedział mi, że osobiście zlecił mu napisanie tej książki. Widocznie nie spodziewał się, na jakie dokumenty Graczyk trafi. Woźniakowski odrzucił książkę i nawet nie ukrywał, że były na niego ogromne naciski – mówi ks. Isakowicz-Zaleski.
Już wtedy pojawiły się komentarze pod tytułem "Znak katolicki tylko w teorii". Na potwierdzenie przypominano też, że wcześniej wydawnictwo nie chciało wydać kontrowersyjnej książki Artura Domosławskiego poświęconej Ryszardowi Kapuścińskiemu.
O Gross za dużo Prawdziwa fala krytyki wylała się na Znak na początku 2011 roku, kiedy ogłoszono, że wydaje "Złote Żniwa", esej Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross o udziale Polaków w mordowaniu Żydów. "Odebrać wydawnictwu Znak przymiotnik katolickie", "Bojkotować", "Znak na hak", "Nie wydawnictwo Znak, a wydawnictwo Zysk", "Dość maskarady" – takie komentarze pojawiły się na prawicowym forum.
Czytaj także: Upada jedno z większych wydawnictw w Polsce. Czy to też Twoja wina? – Pani dyrektor Znaku Danuta Skóra, osoba uczciwa i wiarygodna, była przeciwko wydaniu tej książki. A jednak prezes Henryk Woźniakowski się uparł. Dla mnie to był sygnał, że wewnątrz Znaku jest ogromny podział, który skutkuje taką, a nie inną strategią. To był strzał stopę – komentuje ks. Isakowicz-Zaleski.
Rzeczywiście, na konferencji zwołanej przez szefostwo Znaku doszło do ciekawej sytuacji. Dyrektor Danuta Skóra przeprosiła wszystkich urażonych publikacją, a prezes Woźniakowski mówił, że książka jest potrzebna, bo rzuca wyzwanie pamięci zbiorowej.
Henryk Woźniakowski
prezes wydawnictwa Znak
"Jeśli państwo uznajecie się za wydawnictwo związane z Kościołem rzymsko-katolickim, włączając się w struktury kłamstwa całkowicie zaprzeczacie temu posłannictwu. (..) Swoją publikacją Znak dołącza do mediów zachodnich wypisujących bzdury o polskich obozach koncentracyjnych i Polakach entuzjastycznie witających Niemców na ulicach Gdańska w 1939 roku" – napisał w liście otwartym dr Andrzej Kołakowski, pedagog i wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego (list poparł też m.in. salezjanin ks. Jarosław Wąsowicz).
– Wydanie książek Grossa absolutnie było wyrazem katolickich wartości. A jeżeli ktoś tego nie rozumie, trudno, nie będę na siłę nikogo przekonywał – mówi w rozmowie z naTemat Henryk Woźniakowski, prezes wydawnictwa.
W stronę komercji Jaki jest dziś Znak? Ks. Isakowicz-Zaleski wątpliwości nie ma: – Jest poprawne politycznie, a jeszcze w 2008 roku nie było, kierowało się innymi wartościami. Ja miałem dyskusję z Woźniakowskim i widziałem, że on kieruje się opiniami "Gazety Wyborczej". Oczywiście, ma do tego prawo, ale to nadaje wydawnictwu charakter polityczny. Szkoda, bo wiele osób utożsamiało się ze Znakiem, a teraz ludzie zawiedli się na nowej opcji.
Halina Bortnowska
była dziennikarka miesięcznika "Znak"
– Ja nie wiem, co to jest poprawność polityczna. Jeśli chodzi o Grossa to uważam, że Polacy mieli to i owo na sumieniu jeśli chodzi o Żydów. Ten autor ma duże zasługi w badaniu zjawiska. Nie łączę jednak tamtej krytyki z reakcją na książkę "Dowód", którą teraz wydaliśmy. To po prostu relacja osoby, która przeżyła życie po życiu i w konsekwencji się nawróciła – odpowiada na to Woźniakowski.
Halina Bortnowska, wieloletnia redaktorka miesięcznika "Znak", w rozmowie z naTemat zaznacza, że nie można odbierać wydawnictwu prawa do odwoływania się do wartości. Potwierdza jednak, że Znak bardzo się zmienił w ostatnich latach. – Odczuwam komercjalizację tego wydawnictwa. Nadmiernie kieruje się motywem, czy dana książka szybko i zyskownie się sprzeda. To jest mój główny zarzut. Jako autorka też nie wspominam sympatycznie współpracy ze Znakiem – stwierdza.
– Nie sądzę, żeby wydawnictwo dystansowało się od wartości chrześcijańskich, ale powiem szczerze, że przestało być tak bardzo kościelne. Nie zdradziło wartości, ale nie są one na pierwszym miejscu – podsumowuje.
