Uważajcie na te kawały telefoniczne

Jak zmieniły się kawały telefoniczne
Jak zmieniły się kawały telefoniczne Fot. Shutterstock
Te zabawy uzależniają.


Kawały albo się robi albo się na nie uważa. Brakuje mi dowcipów telefonicznych sprzed kilkunastu lat, robienia sobie jaj z ludzi . Z siebie zresztą też, bo łatwo przy tym wyjść na idiotę. Sama byłam parę razy ofiarą żartów i wspominam to świetnie. Wkręcałam się, czekałam, co będzie dalej. Teraz albo nie mamy czasu albo się boimy. Bo jakby nie patrzeć, jest to rodzaj konfrontacji. Trzeba mieć jaja. Ale na tym opierają się najlepsze żarty, które stają się legendami.


Kiedy telefony stacjonarne nie rozpoznawały jeszcze numerów, wszystko robiło się anonimowo. Zawsze można było zwalić na pomyłkę. A jak nie, to po prostu odłożyć słuchawkę i druga strona była bezsilna. Teraz jest trochę trudniej, owszem. Ale tym bardziej elitarnym staje się to sportem.


Głowna zasada: nie wolno się śmiać, trzeba zachować spokój urzędnika państwowego. Druga rzecz: sprawa, w której dzwonimy powinna być możliwie błaha, irytująca i zajmująca dużo maksymalnie czasu odbiorcy. Trzecia: bawmy się dobrze. Z najlepszych dowcipów śmieją się potem sami odbierający, ale to już wyższa szkoła jazdy. Zacznijmy od podstaw.


Nabieranie znajomych na wielką wygraną albo konkurs radiowy na żywo jest dla żółtodziobów. Jak już, to znajdźmy jakąś jego słabość, temat, który wyłącza u niego myślenie, i tam uderzajmy. Do mnie dzwonili parę razy, że w geście docenienia moich zasług dla młodego kina zapraszają mnie do jakiejś tam komisji albo jury. Po paru minutach nie wytrzymywali i wybuchali śmiechem. Ale kupowałam to za każdym razem!

Najlepsze i tak są numery zespołowe. Mój ulubiony nazywa się „Pani Sosińska”. Wybieraliśmy sobie w kilkanaście osób ofiarę, najlepiej jakiegoś zarozumialca, który się naraził. Dzwoniliśmy do niego przez cały dzień, każdy chciał rozmawiać z panią Sosińską. „Dzień Dobry, mogę mówić z Marią Sosińską?”, „Proszę z Sosińską” itp. Ofiara najpierw mówiła, że to pomyłka, potem zaczynała się dopytywać o numer, w końcu orientując się, że coś jest nie tak, składała broń. Ale musiała odbierać, bo zawsze może przecież dzwonić ktoś z rodziny. Wieczorem rozbrzmiewał ostatni telefon. Dziewczyna z najpoważniejszym głosem cedziła spokojnie do zmęczonego odbiorcy: „Dobry wieczór, mówi Sosińska. Czy były do mnie jakieś telefony?”. To, co słychać wtedy po drugiej stronie jest nagrodą za dzień ciężkiej pracy: wkurzenie, konsternacja, czasem wybuch śmiech.

Wykorzystywaliśmy też nagrane dialogi z filmów. Nie mogę uwierzyć, że to działało i wciąż działa!Puszcza się robiące wrażenie teksty, byleby nie zbyt znane. Osoba po drugiej stronie myśli, że to żywy rozmówca i jest coraz bardziej zaintrygowana. Zaczyna dyskusję. Dobrze mieć do wyboru kilkanaście lub kilkadziesiąt odzywek, żeby na bieżąco reagować na rozwój konwersacji. Potem można się przerzucić na smsy. To numer typowo imprezowy, sprawdza się po kilku piwach i gdy obok jest głośno, bo wtedy słuchacz nie wychwytuje niuansów, na przykład cichych kliknięć. Ale polecam bardzo! W najlepszych odsłonach ta gra koncentrowała wokół telefonu całe domówki, których goście czekali na kolejne sygnały od nieznajomego. Fajnie, jeśli jest wśród nich wtyka, która relacjonuje reakcje na drugiej linii.

Te zabawy uzależniają. I wyczulają. Zawsze kiedy dostaję w smsie dziwną propozycję, mam wrażenie, że ktoś robi sobie ze mnie jaja. To kara za lata bezkarności. Ale niech tradycja nie ginie w narodzie! Aż się prosi, żeby przerwać ten mój przydługi monolog i zrobić mi jakiś dowcip. Za najlepszy stawiam piwo.

Czytaj także:
Głupie zabawy dla dorosłych
Czy ktoś się przyzna, że zagląda na Pudelka?