
Nasz plan na test Skody Kodiaq był prosty – zrobić ponad 2000 km w 2 miesiące. Jeździliśmy po mieście, zaliczyliśmy kilka krótszych i dłuższych tras. Oto odpowiedzi na kluczowe pytania o Skodę ładowaną z kabla. Ile przejedzie na prądzie? Jaki ma zasięg, kiedy zatankujemy ją do pełna i czy wybór hybrydy PHEV w ogóle się opłaca? Już wszystko wyjaśniamy.
Skoda Kodiaq to dla mnie od dawna wzór rodzinnego SUV-a. W naTemat testowaliśmy już Kodiaqa z perspektywy ojca, który mógłby szukać podobnego auta. Wyszło, że w zasadzie trudno było się do czegoś przyczepić. I nie chodzi o to, że Skoda jest taka idealna. Po prostu ten model świetnie skrojono pod konkretne potrzeby.
Skoda Kodiaq w wersji PHEV. Zrobiliśmy test długodystansowy
Tym razem zdecydowaliśmy się na nieco inny test. Mało tu będzie o designie i stylistycznych detalach. Umówmy się – nowy Kodiaq wygląda o niebo lepiej niż jego poprzednia generacja. Przekonałem się o tym już w ubiegłym roku, kiedy jeździłem po raz pierwszy odświeżoną wersją.
Bardziej ciekawiło mnie życie z tym samochodem na co dzień. I konkretna wersja napędowa, bo powiem szczerze: Kodiaq jako hybryda ładowana z kabla (PHEV) to moim zdaniem wyjątkowo ciekawa opcja. Zapowiedź naszego 2-miesięcznego testu znajdziecie tutaj.
Zacznę może od... minusów. Jeśli wybieracie Kodiaqa w wersji PHEV, skazujecie się na mniejszy bagażnik (745 l). W innych konfiguracjach może to być nawet 910 l, więc różnica jest spora. Chociaż czy to wada? Wciąż dostajemy ogromny i praktyczny kufer, jednak rozumiem, że dla wielu klientów to jeden z kluczowych aspektów.
Na szczęście miejsca dla pasażerów jest mnóstwo. Nieważne, czy usiądziecie z przodu czy z tyłu, Kodiaq to gwarancja komfortowych warunków. Kiedy jeździłem sam, było mi aż głupio, że marnuję przestrzeń, którą mógłbym zagospodarować na dłuższą podróż. Dlatego pierwsze skojarzenie z tą Skodą to rodzina 2 plus 2. Albo paczka znajomych, z którą chcecie wybrać się na wakacje.
Jestem fanem multimediów w nowych Skodach, poza jedną uporczywą wpadką. Asystent głosowy Laura aktywuje się w przypadkowych momentach. W teorii powinien działać na hasło: "OK, Laura!". W praktyce Laura zagadywała mnie losowo, kiedy rozmawiałem z moimi pasażerami i najczęściej mówiła, że... nie rozumie, o co mi chodzi. Podobnie miałem w Enyaqu i Elroqu.
Poza tym błędem multimedia w Skodzie są praktyczne i skuteczne. Nie ma nadmiaru ikon, od których kręci się w głowie. Jeśli ktoś szuka jakiejś funkcji, zwykle znajduje ją po góra trzech dotknięciach ekranu. Zresztą już wirtualny kokpit jest małym centrum dowodzenia. Najlepiej sprawdza się obsługa z poziomu kierownicy, gdzie na szczęście są fizyczne przyciski.
Skoda jest bardzo kusząca, jeśli chodzi o komfort podróżowania. I co ważne, ciekawe udogodnienia dostajemy już w podstawowej wersji wyposażenia Selection. To m.in. podgrzewana, skórzana kierownica, elektrycznie regulowany fotel kierowcy z pamięcią ustawień czy automatyczna, trójstrefowa klimatyzacja.
Jak jeździ Kodiaq w wersji PHEV? Porównajmy go z dieslem
Ogólnie uważam, że zatankowanie auta z dieslem pod maską i zasięg przekraczający 1000 km na jednym zbiorniku, to jest ta wymarzona wolność w motoryzacji. Rozumiem, dlaczego wielu kierowców to uwielbia i trudno z tym dyskutować. Ale nie ma ideałów, a wszystko zależy od indywidualnych potrzeb. Dlatego uważam, że elektryczna Skoda Enyaq czy Elroq może u niektórych lepiej się sprawdzić niż poczciwy "dieselek".
Hybryda PHEV to jeszcze inna bajka. Dla wielu złoty kompromis, jeśli ktoś balansuje między krótkimi a dłuższymi trasami. Nasz testowy Kodiaq miał silnik 1.5 TSI o mocy 204 KM. Jedyna opcja dla tego typu napędu w Skodzie. Do tego 6-biegowy automat i dostajemy zestaw, który nie jest.. ani żwawy, ani przesadnie przymulony. Zepnijmy to w jednym zdaniu – konfiguracja wystarczająca do zwykłych potrzeb.
Poza tym niecałe 8,5 sekundy do setki to przyzwoity wynik, jeśli zatrzymujemy się na definicji auta rodzinnego. Dyskusja o osiągach nie ma tu sensu. Bardziej niż prędkość maksymalna (210 km/h) interesuje nas oszczędność. Dlaczego mielibyśmy wybrać hybrydę PHEV zamiast diesla czy benzyny? Już odpowiadam.
Przez ponad 2 miesiące podróżowaliśmy Kodiaqiem w różnych warunkach. Wyszło pół na pół, jeśli chodzi o jazdę z naładowaną i rozładowaną baterią (o użytkowej pojemności około 19,7 kWh). Od razu wam powiem, że nie wykręciłem danych producenta, który podaje, że na "czystym" prądzie da się zrobić ponad 120 km. No nie ma szans, prawdopodobnie nawet latem. Nieważne, czy kręcicie się po mieście, czy wyjedziecie w trasę. Nasz wynik to 80-90 km w trybie elektrycznym.
Rozczarowanie? Nie do końca. Zastanówcie się, ile kilometrów dziennie lub tygodniowo przejeżdżacie? Jeśli nie robicie regularnych tras przez pół Polski, nie potrzebujecie diesla. Mało tego, pewnie dacie radę załatwić wszystkie sprawy bez zużycia nawet litra benzyny w hybrydzie. Fotowoltaika w domu to dodatkowy plus, żeby oszczędzać na ładowaniu.
To prosta odpowiedź, dlaczego hybrydy ładowane z kabla są tak popularne. Nie czujecie się uwiązani, jak w przypadku niektórych elektryków. Kiedy zabraknie prądu, zostaje napęd spalinowy. Ale tutaj trzeba wspomnieć jeszcze o ważnej kwestii.
Rozładowany Kodiaq to... bardziej paliwożerny Kodiaq. Ale nie będzie to terapia szokowa, po prostu trzeba pogodzić się ze spalaniem w granicach 7-8 litrów. Na szczęście to nie są dyskwalifikujące wyniki. Biorąc pod uwagę, że mówimy o dużym SUV-ie, można uznać, że wszystko w normie.
Wniosek jest mało odkrywczy: żeby to miało sens, trzeba ładować auto. Byłem zachwycony, kiedy przez tydzień kręciłem się po Warszawie na samym prądzie. Ładowałem Skodę przy każdej możliwej okazji, głównie w galeriach handlowych i na stacji blisko mojego osiedla. Nie było to uciążliwe, bo przy okazji załatwiałem drobne sprawy.
Trochę inaczej spojrzałem na to, gdy wyjechałem z Warszawy do Krakowa. W trybie elektrycznym pokonałem mniej niż połowę tej trasy. Specjalne postoje na ładowanie hybrydy w dłuższej podróży moim zdaniem nie mają sensu. W takich sytuacjach wiadomo, że diesel będzie skuteczniejszy i odpuszczę sobie szukanie innych argumentów.
Atuty Kodiaqa nie kończą się na "elastycznym" napędzie. Doceniłem zawieszenie, które sprawdziłem też na dziurawych drogach poza miastem. Idealna opcja dla tych, którym marzy się dom z kiepską dróżką dojazdową. Prawie 19-centymetrowy prześwit Kodiaqa robi różnicę.
Ceny Skody Kodiaq Plug-In Hybrid
Skoda Kodiaq w wersji PHEV nie musi być dużo droższa, bo cena wyjściowa to aktualnie około 200 tys. zł. Czyli podobnie, jak za dwulitrowego diesla o mocy 150 KM. Sporo zależy od wyposażenia, bo topowe odmiany Sportline to wydatki w okolicach 220 tys. zł. Haczyk jest taki, że im chętniej dobieramy płatne gadżety, tym szybciej zbliżymy się nawet do granicy 250 tys. zł.
Ale trzymając się bazowych kwot, widać, że nie o pieniądze tu chodzi. Bardziej o konkretne potrzeby.
Model PHEV w tym wydaniu to propozycja, która... niczego nie udaje. Przez ponad dwa miesiące łatwo było wyłapać główne zalety hybrydowego Kodiaqa: niezły zasięg na prądzie, uniwersalność napędu i wciąż aktualna zasada, że Skody potrafią być do bólu praktyczne.
Więcej relacji zza kierownicy innych ciekawych aut znajdziesz na moich profilach Szerokim Łukiem na Facebooku, Instagramie oraz TikToku.
Zobacz także
