
Chałkokoń jeszcze mnie nawet rozbawił. Choć wiem, że nie powinien. Ale im dalej w las, tym gorzej. Bo żyjemy w świecie, w którym już nic nie wiadomo. Najtrudniej będą miały nasze dzieci.
Bardzo, bardzo dawno temu – jakieś pięć, sześć lat temu, gdy czytałam córce bajki na dobranoc – wszystko było proste. Wiadomo było, że smoki istnieją tylko w wyobraźni autora, czarownice są tylko wymysłem, a dobro zawsze wygrywa ze złem. Świat miał wyraźne granice, a prawda była czymś namacalnym.
Dziś tych granic już nie ma. Bajki wyszły z książek i rozlały się po internecie. Tyle że nie ma w nich smoków ani czarownic. Obrazy, filmiki i historie wyglądają prawdziwie, brzmią wiarygodnie i potrafią przekonać nawet dorosłych.
Najtrudniej jednak będą miały nasze dzieci. Dorastają w epoce, w której prawda nigdy nie jest oczywista. Nie znają czasów, gdy zdjęcie oznaczało fakt, a nie manipulację. Nie wiem, czy kiedyś doświadczą pewności, którą my mieliśmy. Czy może będą, już do końca, skazane na wieczną weryfikację?
Czasem dezinformacja jak absurdalna i z pozoru nieszkodliwa. Zamienia się w memy, staje wiralem i bawi. Tak jak chałkokoń, choć znam kontekst i wiem, czemu miał służyć.
Historia, która się nie wydarzyła
A czasem ktoś urządza sobie grę na naszych emocjach. Weźmy chociażby łzawą historię z autobusu w Olsztynie. Młodzi mężczyźni mieli wyzywać pasażerkę, która zwróciła im uwagę za niekulturalne zachowanie. Jej syn postanowił nagłośnić sprawę – wrzucił zdjęcie z autobusu i zażądał przeprosin, grożąc zgłoszeniem na policję:
"Myślicie, że jesteście anonimowi? Błąd. Wniosek o zabezpieczenie monitoringu został już złożony. Wasze twarze są nagrane. Daję wam jedną szansę: albo sami zgłosicie się w komentarzu lub wiadomości prywatnej, albo sprawa nabierze trybu oficjalnego. Nagranie trafi do dyrekcji waszych szkół i na policję" – napisał w poście udostępnionym na Spotted Olsztyn.
Ta historia zdobyła 28 tysięcy reakcji, prawie 3 tysiące komentarzy i niemal tysiąc udostępnień. Ludzie żyli nią tak, jakby naprawdę się wydarzyła – wzruszali się, dyskutowali, wspominali dawne czasy. Opowieść stała się punktem wyjścia do refleksji, jak to "kiedyś było inaczej". Młodzież grzeczniejsza. A nie jak teraz, phi, bezstresowe wychowanie.
Potem miał nadejść rzekomy happy end. Młodzi mężczyźni mieli przeprosić starszą panią, przynieść kwiaty i czekoladki. Kolejne zdjęcie dokumentowało owe "szczęśliwe zakończenie". Ci, których wzruszyła postawa skruszonych łobuzów, wchodzili w spory z tymi, którzy w ogóle nie wierzyli w dobre intencje chłopaków.
Tyle że wszystko było fikcją. Historia nigdy się nie wydarzyła. Zdjęcie zostało wygenerowane przez sztuczną inteligencję.
A jednak ludzie żyli tą opowieścią: gratulowali synowi, udostępniali posty, zostawiali komentarze, wzruszali się i cieszyli się, że młodzieńcy "dostali nauczkę". Co gorsza, część dziennikarzy poważnych mediów również dała się nabrać. Bolesne podsumowanie tego zjawiska zrobiły Wirtualne Media.
Zdjęcie, którego nie było
Dzieci i nastolatkowie są zanurzeni w świecie, w którym informacje pojawiają się szybciej, niż można je zweryfikować. A feed miesza prawdziwych ludzi z wygenerowanymi twarzami. W epoce cyfrowych iluzji jedynym ratunkiem pozostaje krytyczne myślenie.
Niedawno w sieci pojawiły się starannie wygenerowane profile: z pozoru zwyczajne kobiety, ot, dziewczyny z sąsiedztwa. Piszą, że Unia Europejska nas ogranicza, że "Polacy mają dość", że polexit to wreszcie odzyskanie wolności. Przedstawiają swoje argumenty.
Problem w tym, że te kobiety nie istnieją.
To boty. Produkty sztucznej inteligencji. Ktoś je wytworzył po to, żeby siać ferment i szerzyć dezinformację. Sprawić, by ktoś – być może bardzo młody – pomyślał: skoro tyle osób tak mówi, to może coś w tym jest? Mechanizm prosty i przerażająco skuteczny.
Dezinformacja jest plastyczna. Dostosowuje się do algorytmów i emocji. Odurzony narkotykami Somalijczyk grożący wiernym w jednym z kościołów w Kielcach. Kaczyński i Braun rozmawiający w restauracji w Lublinie. Tego wszystkiego nie ma.
Ale algorytm nas tym nakarmi, żebyśmy jeszcze bardziej nakręcali swoje emocje.
Nawet dramaty stają się pożywką dla fake newsów. Redakcyjny kolega Marcin Kusz pisał o tragedii w z jednym z najsłynniejszych alpejskich kurortów. W klubie w Crans-Montana setki osób witały Nowy Rok, a kilka sekund zabawy z zimnymi ogniami wystarczyło, by sufit stanął w płomieniach. Ogień i toksyczny dym zabiły co najmniej 40 osób, a ponad 100 trafiło do szpitali. W sieci niemal natychmiast pojawiło się zdjęcie – i w tym momencie tragedia stała się kolejnym materiałem do tworzenia fałszywych narracji.
Część komentujących sugeruje wprost, że fotografia mogła zostać przetworzona, a nawet wygenerowana przez systemy sztucznej inteligencji. Jeśli to prawda, obraz staje się częścią zupełnie innej opowieści – o świecie, w którym nawet najbardziej dramatyczne wydarzenia natychmiast obrastają fałszywymi kadrami.
Dziś już nie wystarczy, że coś się wydarzyło. Trzeba jeszcze rozstrzygnąć, czy zdjęcie, które to wydarzenie pokazuje, rzeczywiście je dokumentuje.
Dzieci chłoną świat w trybie natychmiastowym, nie przepuszczają go przez sitko. Nie zastanawiają się, czy zdjęcie z wakacji znajomego jest prawdziwe, czy wygenerowane przez AI. Nie wiedzą, czy historia, którą widzą na TikToku naprawdę się wydarzyła, czy jest spreparowana, żeby wywołać emocje.
My, dorośli, pamiętamy świat, w którym wiadomo było, co jest prawdą, a co nie. I tego można nam pozazdrościć.
