Zapomnijcie o "The Last of Us". Chciałam dobrej adaptacji gry i dało mi ją Prime Video
2. sezon "Fallout" od Prime Video to nadal dobra adaptacja gry (RECENZJA) Fot. materiał prasowy

Adaptacje gier to ciężki orzech do zgryzienia, łatwa rzecz do popsucia. "Fallout" właśnie doczekał się 2. sezonu, który w przeciwieństwie do kontynuacji "The Last of Us" dalej trzyma poziom. Jako wielka fanka Fallout: New Vegas, postapokalipsy na sterydach, jestem w pełni ukontentowana. W skrócie: jest oki-doki.

REKLAMA

Wyobraźcie sobie turlające się po suchej ziemi biegacze pustynne i muzykę skomponowaną przez Ennio Morricone do filmu "Dobry, zły i brzydki" Sergia Leone, czyli kultowe elementy, które w popkulturowej świadomości przypominają nam o spaghetti westernach. Gdy je wszystkie dość mocno napromieniujemy, uzyskamy wtedy 2. sezon "Fallout", postapo z jajem, które bywa niekiedy tak niedorzecznie zabawne jak "Wielka draka w chińskiej dzielnicy" w reżyserii Johna Carpentera.

Recenzja 2. sezonu "Fallout". Ta adaptacja gry dała mi dużą frajdę (BEZ SPOILERÓW)

Obawiałam się, że historia naiwnej Lucy z Krypty 33, pasowanego na rycerza Bractwa Stali Maximusa oraz poszukującego swojej rodziny Ghula, który przed wojną nuklearną był wielką gwiazdą kina i twarzą korporacji Vault-Tec, wykolei się po pierwszej odsłonie i nie odda wystarczającego hołdu grze New Vegas. Na szczęście podczas seansu prawie całego nowego rozdziału "Fallout" bawiłam się świetnie.

W kontynuacji serialu podróżujemy po Nevadzie, która nie jest łaskawa ani dla jej stałych bywalców, ani wagabundów. Najemy się tutaj zupą z pcheł, a także natkniemy się na łowców niewolników, którzy pragną odbudować Cesarstwo Rzymskie, i na gang naśladowców Elvisa Presleya. Śmiertelnie niebezpieczna zabawa, która "buja".

Oczywiście w najnowszych odcinkach Geneva Robertson-Dworet i Graham Wagner powolutku odsłaniają zakopane gdzieś głęboko pod ziemią (i w umyśle Ghula granego przez charyzmatycznego Waltona Gogginsa z "Białego Lotosu") tajemnice zagłady Ziemi.

logo
Walton Goggins w 2. sezonie "Fallout". Fot. materiał prasowy

Lucy wciąż poszukuje swojego ojca, Hanka MacLeana, który po prawie 200 latach spędzonych w komorze hibernacyjnej nadal pozostaje lojalny bezwzględnej machinie, jaką jest Vault-Tec – symbol wszystkiego, co najgorsze w taplających się w bogactwie korporacjach.

Wątki stopniowo zaczynają na siebie nachodzić, co prowadzi do naprawdę obiecujących starć między radykalnymi frakcjami zachodniego brzegu dawnych Stanów Zjednoczonych. Karykatura goni karykaturę, a akcja akcję. Do tego dorzućmy nowe, piekielnie intrygujące postaci. Robert House w wykonaniu Justina Therouxa ("Mulholland Drive") skrada show.

logo
Ella Purnell w 2. sezonie "Fallout". Fot. materiał prasowy

Duet Ghula i Lucy, w którą wciela się przezabawna Ella Purnell ("Arcane"), ogląda się z największą przyjemnością. Ona uważa, że szklanka jest do połowy pełna, a on jest zdania, że szklanka w ogóle nie istnieje. Ciekawy kontrast, który prowadzi do bardzo satysfakcjonujących dla widza wniosków. Mowa tu zwłaszcza o scenach, w których dawna mieszkanka Krypty traci swój uśmiech i przestaje mówić "oki-doki", gdy widzi, co przetrwanie zrobiło z ludźmi.

Myślę, że "Fallout", pomimo drobnych scenariuszowych wad i mało angażujących scen przedstawiających walki, wciąż jest dobrą adaptacją gry. Drugi sezon nie jest aż tak pokręcony jak oryginał, jednak w sposób uszczypliwy i z humorem komentuje pewne nastoje, które nie są nam obce w tych jakże rozchwianych czasach.

Czytaj także: