Amerykanie coraz mocniej patrzą na złoża w Polsce.
Amerykanie coraz mocniej patrzą na złoża w Polsce. Fot. Shutterstock. Montaż: naTemat.pl

Głęboko w ziemi znajduje się coś, co mogłoby sprawić, że Polska przy pomocy USA stanie się prawdziwą potęgą. Myszków to test polityki surowcowej. Konkretna firma, konkretna koncesja, konkretne obawy o wodę i konkretne stawki dla gmin. Dlaczego nic z tym nie robimy?

REKLAMA

Pod Myszkowem nie pojawiły się nagle nowe metale. One tam są od dawna – i to w sensie dosłownym oraz urzędowym. Złoże rud molibdenowo-wolframowo-miedziowych (Mo-W-Cu) zostało rozpoznane w toku wieloletnich prac i formalnie udokumentowane już w 1993 r. Wtedy temat był jeszcze głównie ciekawostką geologiczną, z którą nikt nie wiedział, co zrobić. Dziś to już gruba polityka, bo na stole leży pytanie, czy państwo ma uruchamiać własne surowce, a jeśli tak, to kto na tym zyska, kto poniesie ryzyko i kto ma prawo powiedzieć "pas".

Do tematu wracamy nie w ramach ciekawostki, a przez niedawny wniosek o koncesję, o którą stara się związana z Amerykanami firma Permia 1. To on ustawił wszystko w tryb konfliktu: spotkania z mieszkańcami, interpelacje, emocje oraz narracje o szansie stulecia i zagrożeniu dla wód.

Co dokładnie jest pod Myszkowem?

Złoże Myszków to typ porfirowy. Oznacza to, że nie jest to jedna żyła, a rozległa mineralizacja rozproszona w skałach. Dla laika to niuans, a dla inwestycji dosłownie fundament. W złożach porfirowych nie wygrywa się łopatą, tylko skalą i technologią: trzeba wydobyć oraz przerobić ogromne masy skały, a potem odzyskać z nich metale. To dlatego w takich projektach istotne są ceny surowców, dostęp do kapitału i koszt energii.

Wolfram jest metalem kojarzonym głównie z ekstremalną twardością i odpornością na temperaturę, a molibden wzmacnia stopy, w tym stal. Gdy w Europie rośnie presja na bezpieczeństwo dostaw, takie pierwiastki przestają być ciekawostką z lekcji chemii, a stają się argumentem w debacie o przemyśle, zbrojeniówce i niezależności. W Myszkowie ten argument zderza się jednak z warunkami lokalnymi i z pytaniem, czy w ogóle da się zrobić tak, by region nie poczuł się zostawiony sam z kosztami i konsekwencjami?

Kiedy odkryto złoże w Myszkowie?

O metalach ukrytych pod ziemią w Myszkowie zaczęto mówić już pod koniec lat 80., gdy wstępne odwierty potwierdziły obecność wartościowych pierwiastków. Jednak dopiero w 1993 roku – po kilku latach intensywnych prac geologicznych, szczegółowych analiz i dokumentacji – złoże zostało oficjalnie uznane za zasobne. To właśnie wtedy Państwowy Instytut Geologiczny wpisał je do rejestru krajowych złóż jako unikalne – jedyne w Polsce, gdzie potwierdzono współwystępowanie wolframu, molibdenu i miedzi w konfiguracji charakterystycznej dla dużych systemów porfirowych.

Kto chce dziś koncesji na Myszków? Permia 1 i jej wniosek do MKiŚ

Wątek obecnej koncesji skupia się wokół nowo zarejestrowanej spółki Permia 1 sp. z o.o., która pojawiła się w Krajowym Rejestrze Sądowym w 2025 roku. To właśnie ta firma z wpływowym amerykańskim kapitałem złożyła oficjalny wniosek do Ministerstwa Klimatu i Środowiska o udzielenie koncesji na poszukiwanie i rozpoznanie złoża w rejonie Myszkowa.

W praktyce oznacza to chęć przeprowadzenia nowych odwiertów i badań geologicznych, które mają zaktualizować wiedzę o potencjale surowcowym tego obszaru. Wniosek dotyczy zatem etapu przedeksploatacyjnego – nie chodzi jeszcze o rozpoczęcie wydobycia, lecz o dokładne zbadanie, czy eksploatacja w ogóle miałaby sens techniczny, ekonomiczny i środowiskowy. Dopiero od wyniku tych działań zależy, czy temat kopalni wróci na stół decyzyjny.

Nie toczy się jeszcze żadna procedura związana z budową kopalni. Obecnie rozpatrywany jest jedynie wniosek o koncesję badawczą, która – jeśli zostanie przyznana – pozwoli spółce Permia 1 wykonać odwierty i szczegółowo określić parametry geologiczne złoża. Również Ministerstwo Klimatu i Środowiska, podkreśla, że w tej chwili nie ma mowy o wydobyciu ani o inwestycji górniczej. Chodzi wyłącznie o etap rozpoznania geologicznego, będący formalnym i merytorycznym wstępem do dalszych decyzji.

Co Permia 1 obiecuje samorządom?

W przekazie spółki przewija się klasyczny zestaw argumentów: potencjalne miejsca pracy, rozwój usług technicznych wokół górnictwa i wpływy do budżetu. W relacjach medialnych pada także konkret dotyczący opłaty eksploatacyjnej. Aż 60 proc. miałoby trafiać do gminy, gdyby kopalnia powstała i weszła w fazę wydobycia. To jest ten element, który działa na wyobraźnię lokalnej polityki, bo przerabia geologię na budżet, inwestycje i możliwości "zrobienia czegoś" w mieście.

Równolegle inwestor próbuje uwiarygodniać projekt ekspercko. Pojawia się m.in. wątek spotkań, na które zapraszano specjalistów (np. hydrogeologa z AGH) i zapewnień o bezpieczeństwie środowiskowym. To dokładnie ten moment, w którym robi się politycznie, bo po drugiej stronie pojawia się pytanie, czy to komunikacja i konsultacje, czy kampania sprzedażowa.

Interpelacje, samorządy i "awantura zamiast rozmowy"

Największe emocje nie biorą się z samych metali, tylko z poczucia, że decyzje w sprawie koncesji zapadną poza regionem, a ten zostanie sam z konsekwencjami. W doniesieniach regionalnych przewijają się konflikty polityczne wokół tematu, łącznie z głośnymi interpelacjami i wzajemnym przerzucaniem odpowiedzialności. Złoże stało się więc narzędziem do okładania przeciwnika: jedni ustawiają się w roli "obrońców mieszkańców", drudzy w roli "tych, którzy chcą rozwoju i miejsc pracy".

Do tego dochodzi element, który w takich historiach wraca zawsze. Sąsiednie gminy i powiaty zaczynają formalizować stanowiska, bo zwyczajnie boją się skutków na wodę i środowisko, nawet jeśli same nie są centrum inwestycji. Im bardziej temat rozlewa się terytorialnie, tym mniej przypomina spór o kopalnię, a bardziej spór o władzę nad decyzją.

Czy wydobycie rzeczywiście jest niebezpieczne dla środowiska?

Najczęstszy skrót myślowy brzmi: "górnictwo = problem z wodą". I to jest właśnie obszar, w którym trzeba mówić konkretnie, bo bez konkretu temat będzie żył wyłącznie emocją. Z punktu widzenia mieszkańca obawa jest prosta: jeśli zaczynają się głębokie prace, ludzie chcą wiedzieć, czy nie ucierpią ujęcia, studnie, poziomy wodonośne i jakość wody. Z punktu widzenia inwestora i państwa kluczowe jest natomiast, czy da się zaprojektować rozpoznanie i ewentualną eksploatację tak, by ryzyka były policzone, monitorowane i kontrolowane, a nie "zapewniane".

To dlatego etap koncesji badawczej jest paradoksalny. Formalnie to "tylko" rozpoznanie terenu. Społecznie to moment, gdy zaczyna się walka o zaufanie. Bo jeśli ludzie mają poczucie, że rozmowa zaczęła się dopiero wtedy, gdy wniosek już leży w ministerstwie, to nie uwierzą w konsultacje nawet wtedy, gdy będą dobrze prowadzone.

Myszków to sprawa państwowa, a nie tylko lokalna

W tle tej całej sprawy pojawia się też bardziej polityczna warstwa, a mianowicie kwestia nadania złożu statusu "strategicznego". W momencie, gdy państwo zaczyna rozważać wpisanie zasobów do katalogu surowców o znaczeniu strategicznym, w praktyce przestaje pytać lokalnie: "czy tego chcemy?", a zaczyna zadawać sobie pytanie: "czy w ogóle możemy sobie pozwolić na to, żeby tego nie eksploatować?". Ministerstwo Klimatu i Środowiska miało rozpocząć już działania zmierzające do przyznania Myszkowowi takiego właśnie statusu, co może mieć istotne konsekwencje dla przyszłości całego projektu.

I tu dochodzimy do sedna: Myszków jest dziś nie tyle sporem o metale, ile sporem o model decydowania. Czy polityka surowcowa ma być robiona jak wielki projekt centralny, czy jako układ "państwo-inwestor-samorząd-mieszkańcy", gdzie bez społecznej zgody sprawa się wysypie, zanim zacznie się na serio.

To nie pierwszy raz, kiedy toczy się debata o koncesję na Myszków

To nie jest tak, że Myszków "obudził się" dopiero teraz. Już wcześniej państwo wydawało koncesje na prace poszukiwawcze i rozpoznawcze w tym rejonie. Najczęściej przywoływana jest koncesja nr 5/2006/p z 28 marca 2006 r., udzielona przez ówczesnego ministra środowiska Śląsko-Krakowskiej Kompanii Górnictwa Metali sp. z o.o. z Krakowa.

Koncesja dotyczyła poszukiwania i rozpoznania złoża molibdenowo-wolframowo-miedziowego w rejonie Myszków-Żarki. Już wtedy formalnie grano o to samo, co dziś wraca w nagłówkach, tylko pod innym szyldem i w innych realiach politycznych.

Dlaczego wtedy temat wtedy przygasł?

Już w latach 2006-2009 wokół Myszkowa narastały duże nadzieje na wydobycie. Mówiło się wprost o przyszłej kopalni wolframu, molibdenu i miedzi, padały nawet konkretne daty: 2011, może 2013 rok jako możliwy start wydobycia. Na miejscu prowadzono odwierty, a medialne narracje budowały atmosferę przełomu gospodarczego. Jednak mimo tych zapowiedzi projekt stopniowo tracił impet i ostatecznie po prostu zniknął z agendy. Nie powstała ani kopalnia, ani zapowiadana infrastruktura, a temat wygasł na długie lata – zostawiając za sobą niedopowiedziane pytania o przyczyny tej ciszy. Jak będzie teraz? To pokaże czas.