Dzieci kiedyś mogły robić więcej?
Dzieci kiedyś mogły robić więcej? Fot. Shutterstock

Jestem za przesadą i przyzwoleniem na błędy.

REKLAMA
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że bawiłam się lepiej, niż dzisiejsze dzieciaki. Byłam brudna od podwórka, nudziło mnie przychodzenie do domu na obiad. Teraz nie widzę na ulicach szalejących dziewczynek i krzyczących chłopców.
Uświadomiłam to sobie ostatnio, kiedy po imprezie obudziłam się z kolanami zdartymi do krwi. Rozbawiona przypomniałam sobie, że w dzieciństwie miałam takie sytuacje właściwie non stop. Kiedy jakimś cudem upłynęło w spokoju tyle czasu, że kolana się zagoiły i strup odpadał, następnego dnia znów się przewracałam i potrzebna była woda utleniona. Lizałam rany, znałam smak swojej krwi i metaliczny zapach nagrzanego asfaltu, o który ciągle się obijałam. Czy jesteśmy ostatnimi rocznikami zdartych kolan? Może to jest to przeżycie pokoleniowe, którego szukają socjologowie?
Bo dzięki niemu jesteśmy tym, kim jesteśmy. Gra w gumę itp. to były igraszki w porównaniu do zabaw naprawdę ekstremalnych. Takich, w których były ofiary i działo się coś, czego nie wolno było robić.
Czy są tu osoby, które nie rzucały w ludźmi jajkami z balkonu? Z dzisiejszej perspektywy szkoda mi tylko kur, które je nam dawały. Ale nie przeżyć. Byłam niedobra. Uwielbiałam oblewać wszystkich z dziesiątego piętra michą wody albo rzucać obok nich napełnioną wodą plastikową torebką. Nie było dachu nad balkonem, więc łatwiej było się zamachnąć i trafić w cel, który z czasem nauczyłam się precyzyjnie ustrzelać. Najwyższe noty mieli ludzie elegancko ubrani (ciągle rzadkość na Ursynowie), potem chyba matki z wózkami (łatwy, ale satysfakcjonujący cel) i wszyscy pogodni spacerowicze, którym psuło się niedzielny nastrój. Ze dwa razy zatrzymywali się przed naszym blokiem, pokazywali sobie palcami mój balkon i nie szli dalej. Duma!
Po paru godzinach nieobecności rodziców lanie wody stawało się nudne. Mieszkałam na ostatnim piętrze, więc uznałam, że trzeba iść na dach. Ze trzy godziny rysowałyśmy z przyjaciółką ogromną strzałę, flamastrami na wielkiej szmacie. Przyczepiłyśmy ją spinaczami do barierki balkonu, więc byłyśmy chyba pionierkami reklamy bannerowej w Europie Wschodniej. Podobno nawet na parkingu wszyscy zastanawiali się o co chodzi. Na sam dach się nie dostałam, bo wejście było niestety zamknięte. Trzeba sprawdzić, czy ciągle jest.
Potem w szkole też oczywiście musiały być jaja. Już wtedy moim ulubionym zajęciem było pisanie. Wysyłałam anonimowe liściki miłosne lub z pogróżkami od fikcyjnych osób. Dobrze podrabiałam style pisma, więc nigdy nie wpadłam na klasowym teście kto jest winny. Odważne zgłaszały się do noszenia dziennika na przewie, brały go na moment kibla i przeprawiały tam pały na czwórki (łatwizna, tylko trzeba mieć przygotowanych kilka długopisów i znaleźć kolor najlepiej pasujący, podobno). Nie żałuję, że się trochę ponarażałam. Zresztą ponieważ byłyśmy dziewczynkami, nikt nie podejrzewał nas o większość brzydkich rzeczy, które robiłyśmy. Zawsze szło na chłopaków. To ich rodzice byli pouczani na wywiadówkach. Jeśli macie córkę, możecie nie być świadomi, co tak naprawdę robi w szkole! Ale wszyscy jakoś wyrośli na ludzi. I to to chodzi! Jestem za przesadą i przyzwoleniem na błędy. Nie zabraniajmy rzeczy, które sami robiliśmy.