Sławomir Mentzen i Grzegorz Braun na tle rosyjskich żołnierzy
Wyborcy Brauna i Mentzena Rosji się nie boją Fot. Shutterstock; montaż: naTemat.pl

– Musimy patrzeć na plecak jak na element codziennego outfitu. Jeśli pada deszcz, zakładamy kaptur, jeśli jest zimno, nakładamy coś ciepłego. Podobnie plecak ewakuacyjny daje nam zabezpieczenie i wyposażenie na nieoczekiwane sytuacje. I wcale to nie musi być wojna – mówi Piotr Czuryłło, prepper, ekspert survivalu, edukator. Problem w tym, że według sondażu Rzeczpospolitej, jedynie 24,2 proc. respondentów zamierza taki plecak mieć. I co ciekawe, zainteresowanie plecakiem zależy od poglądów politycznych.

REKLAMA

Całkiem niedawno pisałam o przechwałkach Polaków dotyczących tego, co zrobią z Poradnikiem bezpieczeństwa, jak tylko wpadnie w ich ręce. Pomysłom nie było końca. 

Dziś chwalą się czymś innym: nie zamierzają spakować plecaka bezpieczeństwa.

To plecak ewakuacyjny zawierający zestaw niezbędnych rzeczy, które mogą się przydać w sytuacji nagłego opuszczenia domu – np. podczas klęski żywiołowej, zagrożenia wojennego czy innej sytuacji kryzysowej.

Z sondażu przeprowadzonego dla Rzeczpospolitej wynika, że 52,4 proc. respondentów nie planuje przygotować dla siebie ani dla swoich bliskich opisanego w Poradniku plecaka ewakuacyjnego. Zrobić to zamierza jedynie 24,2 proc. badanych.

Zobaczmy, jak wyglądają szczegóły sondażu:

Plecak spakują:

  • kobiety (28 proc.)
  • osoby w wieku 70 lat i więcej (44 proc.)
  • mieszkańcy średnich miast (33 proc.)
  • mieszkańcy makroregionu północnego (37 proc.)
  • osoby z wykształceniem podstawowym (39 proc.)
  • respondenci o dochodach do 2 900 zł netto (67 proc.)
  • osoby, które wiedzę o świecie czerpią głównie z tygodników (49 proc.)
  • osoby deklarujące głosowanie na Koalicję Obywatelską w ostatnich wyborach parlamentarnych (53 proc.)
  • osoby, które w wyborach prezydenckich poparły Rafała Trzaskowskiego (53 proc.)
  • Plecaka mieć nie będą:

  • mężczyźni (59 proc.)
  • osoby w wieku około 30 lat (72 proc.)
  • mieszkańcy małych miast (60 proc.)
  • mieszkańcy makroregionu centralnego (93 proc.)
  • osoby pobierające świadczenie 800+ na co najmniej dwoje dzieci (69 proc.)
  • osoby ze średnim wykształceniem (58 proc.)
  • osoby, które informacje czerpią głównie z TV Republika (74 proc.)
  • osoby deklarujące poglądy prawicowe
  • osoby, które w ostatnich wyborach parlamentarnych głosowały na Konfederację (71 proc.)
  • osoby, które w wyborach prezydenckich oddały głos na Grzegorza Brauna (94 proc.) lub Szymona Hołownię (65 proc.)
  • Jak widać, wielu Polaków nie jest zainteresowanych przygotowaniem plecaka ewakuacyjnego. Co to o nas mówi jako społeczeństwie? Pytam o to dr. Stefana Marcinkiewicza, socjologa i badacza historii. 

    Ekspert zauważa, że trudność zaczyna się już na poziomie samego przekazu – jest niejasny i często sprzeczny.

    Z jednej strony słyszymy: "nie panikujmy, zachowajmy spokój", z drugiej – "bądźmy gotowi". Taki przekaz jest po prostu niejednoznaczny i dla wielu osób trudny do odczytania. Natomiast, jeśli władza wprost powiedziałaby: "macie mieć spakowany plecak", mogłoby to z kolei wywołać panikę. A jeśli słyszymy: "miło byłoby, żebyście byli spakowani", powstaje chaos interpretacyjny – ludzie zastanawiają się, co spakować, gdzie to przechowywać i w ogóle, jak się do tego zabrać – wyjaśnia dr Marcinkiewicz.

    Jak podkreśla, równie istotne jest to, skąd ludzie czerpią informacje o zagrożeniach. 

    – Widzimy zjawisko powszechnie znane: informacje pochodzą dziś z bardzo różnych źródeł. Jesteśmy w dużym stopniu podzieleni i funkcjonujemy w tak zwanych bańkach informacyjnych, a każda z nich opiera się na innym poziomie zaufania do instytucji i mediów – zauważa socjolog.

    To, jego zdaniem, ma konkretne konsekwencje.

    – Osoby, które nie ufają przekazom oficjalnym czy państwowym, często nie przyjmują informacji podawanych w mediach publicznych. Nawet jeśli otrzymają poradniki czy materiały informacyjne, mogą je odrzucić lub nie traktować poważnie, szukając wiedzy w swoich, uznawanych za wiarygodne, źródłach – tłumaczy.

    Dezorientacja i dezinformacja

    Marcinkiewicz przypomina, że podobny mechanizm był widoczny już wcześniej, np. w czasie pandemii. Zaufanie do części mediów, zwłaszcza publicznych, było wtedy niskie, co sprawiało, że wiele osób przestało traktować płynące stamtąd komunikaty jako wiarygodne. Socjolog podkreśla, że doświadczenie to do dziś wpływa na sposób odbioru informacji.

    Jak dodaje, dziś oceny sytuacji są różne, ale skutek pozostaje podobny. Część ludzi uważa, że przekaz w mediach zmienił kierunek, inni są przekonani, że nadal ma on charakter polityczny, tyle że w innej formie. 

    – Niezależnie od ocen, duża część społeczeństwa podchodzi do komunikatów medialnych z nieufnością, a brak zaufania do źródeł informacji wydaje się dziś kluczowym problemem – podkreśla. 

    Mój rozmówca zwraca też uwagę na jeszcze jeden kontekst – sposób, w jaki do społeczeństwa docierają dziś informacje.

    – Funkcjonujemy w rzeczywistości, którą coraz częściej określa się jako wojnę kognitywną. Otrzymujemy bardzo wiele informacji, także takich, które mają wywoływać niepokój czy dezorientację – mówi socjolog.

    Jak podkreśla, elementem tej sytuacji jest również działalność dezinformacyjna ze strony Rosji, która prowadzi działania propagandowe. 

    – Jej celem jest podważanie wiarygodności Zachodu i instytucji europejskich. Chodzi o to, by część społeczeństwa zaczęła postrzegać jako zagrożenie nie Wschód, lecz właśnie Zachód czy Unię Europejską. To dobrze znana strategia: nie tyle pokazać, że „my jesteśmy lepsi”, ile że „inni są jeszcze gorsi” – tłumaczy.

    Jednocześnie, jak dodaje, w przestrzeni publicznej pojawiają się także komunikaty o charakterze uspokajającym, wskazujące, że dopóki trwa wojna w Ukrainie i Ukraina się broni, Polska pozostaje względnie bezpieczna. Pojawiają się również opinie, że jeśli Putin miałby iść dalej, to w stronę państw bałtyckich, a nie na Polskę. 

    Siła, męskość, "ja sobie poradzę"

    Dr Stefan Marcinkiewicz przypomina też, co działo się przed rosyjską inwazją na Ukrainę.

    – Zanim doszło do uderzenia na Ukrainę, przez dłuższy czas obserwowaliśmy koncentrację wojsk i pojawiały się informacje wskazujące, że taka operacja jest możliwa. Już na kilka tygodni przed 24 lutego było jasne, że sytuacja jest bardzo poważna – mówi.

    Jak dodaje, napięcie rosło również dlatego, że część danych wywiadowczych była publicznie nagłaśniana.

    – Administracja prezydenta Joe Bidena informowała o zagrożeniu, a do Ukrainy zaczęto dostarczać broń jeszcze przed rozpoczęciem agresji. To wszystko sprawiało, że napięcie stopniowo narastało i wiele osób spodziewało się, że może dojść do konfliktu – przypomina.

    Zdaniem Marcinkiewicza doświadczenia te wciąż wpływają na sposób, w jaki społeczeństwo interpretuje komunikaty dotyczące bezpieczeństwa.

    Z sondażu wynika, że chęć przygotowania plecaka ucieczkowego zależy od upodobań politycznych. Mniej ochoczo do niego podchodzi prawica. Skąd mogą brać się takie różnice w podejściu do bezpieczeństwa?

    W przypadku wyborców ugrupowań takich jak Konfederacja czy Braun przyjmuje się założenie, że najgorszym wrogiem jest Zachód, natomiast Rosji nie trzeba się obawiać – odpowiada socjolog. – W grę wchodzą też postawy autorytarne, gdzie duże znaczenie ma poczucie siły i męskości, a także przekonanie, że w razie czego sami sobie poradzą i obronią swoje terytorium.

    dr Stefan Marcinkiewicz

    socjolog, badacz historii

    Dr Stefan Marcinkiewicz zwraca uwagę, że poczucie bezpieczeństwa w Polsce ma głębokie korzenie historyczne, które wciąż wpływają na postawy obywateli wobec zagrożeń. – Przez wieki walczyliśmy z różnymi wrogami, mieliśmy żołnierzy wyklętych i inne podobne historie, które ukształtowały mentalność wielu ludzi – mówi socjolog.

    Jednocześnie podkreśla, że współczesna rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona. – Z dzisiejszej perspektywy może się to wydawać śmieszne, bo nie wiadomo nawet, skąd może nadlecieć dron, ale pokazuje nastawienie mentalne na radzenie sobie z zagrożeniem – dodaje.

    Czytaj także:

    Piotr Czuryłło, pierwszy polski prepper, ekspert survivalu, podróżnik, edukator i autor książek, ma jednak obserwacje, które znacznie różnią się od wyników sondażu. Jego zdaniem coraz więcej osób dostrzega, że w sytuacji kryzysowej przygotowany plecak może być naprawdę przydatny.

    – Prowadzę szkolenia i widzę coraz większe zainteresowanie tym tematem. Po raz pierwszy spotykam się z tak dużą liczbą osób, które pytają o konkretne szczegóły dotyczące wyposażenia plecaka ewakuacyjnego – mówi mi.

    I dodaje, że o ludzie czerpią o informacje o konieczności przygotowania plecaka ewakuacyjnego nie tylko z Poradnika bezpieczeństwa.

    Sam Czuryłło, razem z Piotrem Pieczką, napisał książkę "Damy radę! Przetrwanie mamy w genach", aby dzielić się swoją wiedzą i praktycznymi wskazówkami w tym zakresie.

    – Ale raczej nie wszyscy biorą udział w szkoleniach? – przypuszczam.

    – Dziś nawet osoby bardziej sceptyczne mówią raczej: "w porządku, ja tego nie potrzebuję, nie planuję takiego plecaka", ale nie widzę już kpiących uśmiechów czy lekceważenia tematu – zapewnia.

    Zdaniem prepersa dużą rolę odegrały doświadczenia Ukraińców, którzy opowiadają o dramatycznych momentach, kiedy musieli się nagle ewakuować.

    – Dlaczego nadal niektórzy jednak uważają plecak za zbędny? – pytam.

    – W wielu przypadkach działa mechanizm wyparcia – przekonanie, że "jakoś to będzie", że "może nic się nie stanie", że "mnie to nie dotyczy". Jednocześnie mam wrażenie, że dziś coraz mniej osób ma poważne wątpliwości, że żyjemy w czasach wymagających pewnych przygotowań, choćby dla własnego spokoju.

    To trochę jak z kołem zapasowym czy apteczką w samochodzie: nie używamy ich codziennie, ale dają poczucie bezpieczeństwa. Podobnie jest z plecakiem ewakuacyjnym: nie służy tylko na wypadek wojny, ale sprawdza się w różnych sytuacjach kryzysowych i nagłych zdarzeniach.

    Piotr Czuryłło

    preper

    Czuryłło wspomina, że sam korzystał z plecaka ewakuacyjnego podczas ostatnich mrozów. Znajomi poprosili go o pomoc w miejscu odciętym przez śnieg – wówczas jego plecak okazał się nieoceniony. – Musimy patrzeć na plecak jak na element codziennego outfitu– przekonuje. – Jeśli pada deszcz, zakładamy kaptur, jeśli jest zimno, nakładamy coś ciepłego. Podobnie plecak ewakuacyjny daje nam zabezpieczenie i wyposażenie na nieoczekiwane sytuacje niekoniecznie wojenne.

    Wracam do dr. Stefana Marcinkiewicza: – Czy w ogóle należy ufać sondażom? Czy deklaracje w badaniach dotyczących bezpieczeństwa zwykle przekładają się na nasze zachowania?

    – Pamiętajmy, że w ankietach ludzie chcą wypaść jak najlepiej, pokazać siebie w dobrym świetle. Jeśli zapytamy, czy przygotowaliby się na jakieś zagrożenie, wiele osób odpowie "tak", bo chcą postrzegać siebie jako racjonalne jednostki. W praktyce jednak postępują różnie – odpowiada socjolog. – Między deklarowanymi przekonaniami a rzeczywistymi działaniami istnieje poważna rozbieżność.