
Im głupszy patent na broszurę, tym większe brawa. "Będzie na podpałkę na grilla", "A ja sobie d*** podetrę!", "Rodzice w piecu palą, to im dam". Od kilku dni Polacy prześcigują się w przechwałkach, co zrobią z broszurą, która uczy m.in. tego, jak radzić sobie bez wody, prądu i jak pomóc drugiemu człowiekowi. W innych krajach – m.in. w Szwecji, na Litwie czy w Szwajcarii – podobne materiały odbierane są zupełnie inaczej. Tam po prostu się je czyta.
"Chcą nami manipulować", "Najpierw maseczki, teraz wojna?", "Spalę to w piecu" – takie komentarze zalały internet, gdy Polacy zaczęli znajdować w skrzynkach pocztowych Poradnik bezpieczeństwa.
Bo oto rząd śmiał podzielić się wiedzą o tym, co robić w razie zagrożenia. Broszura, zamiast po uważnej lekturze trafić na półkę, staje się obiektem żartów i katalizatorem frustracji.
Najbardziej absurdalny komentarz, na jaki trafiłam, głosił, że poradnik ma skłonić Polaków do opuszczenia własnych domów po to, żeby mogli je zająć…Ukraińcy.
I to jest bardzo, bardzo smutna diagnoza naszego społeczeństwa.
"Chcą nas zastraszyć, chcą nas w coś wciągnąć"
O tym, że do końca stycznia 2026r. znajdziemy w skrzynkach pocztowych takie broszury, wiedzieliśmy już na początku marca. Ministerstwo Obrony Narodowej, MSWiA i Rządowe Centrum Bezpieczeństwa zapowiedziały, że – wzorem innych państw – przygotują poradnik na czas kryzysu. Tyle że w Szwecji, Szwajcarii czy w państwach bałtyckich podobne materiały nie wywołują zbiorowej histerii.
Są czytane, omawiane i przede wszystkim traktowane poważnie. Tam świadomość zagrożeń nie jest uznawana za straszenie, tylko za przejaw zdrowego rozsądku.
Ba, Litwa, Łotwa i Estonia nie tylko czytają, ale pełną parą przygotowują się na najgorsze. Mają nawet plany ewakuacji setek tysięcy cywilów z terenów graniczących z Rosją, na wypadek ewentualnej inwazji ze strony Rosji. Wszak nie wiadomo, co jeszcze Putinowi strzeli do głowy.
I nikt się nie śmieje. W Polsce próby rozmowy o bezpieczeństwie zderzają się z głęboko zakorzenioną podejrzliwością. Broszura natychmiast uruchamia mechanizm teorii spiskowych. Bo oto chcą nas zastraszyć. Mityczni "oni" zawsze wszystkiemu winni. Coś knują. Chcą nas w coś wciągnąć.
To nic, że twórcy poradnika zaprosili do współpracy ekspertów czy przedstawicieli służb. Nie ufamy im. Węszymy spisek.
O teoriach spiskowych rozmawiałam całkiem niedawno z prof. Rafałem Cekierą, dr. nauk społecznych z Uniwersytetu Śląskiego, wicedyrektorem Instytutu Socjologii.
"Zaufanie coraz częściej kierujemy nie do ekspertów mających dorobek w danej dziedzinie, lecz do osób, które przemawiają emocjonalnie, potrafią przyciągać uwagę i docierają do nas dzięki algorytmom sieci społecznościowych. W przestrzeni wirtualnej dominują więc kontrowersje, emocje i podważanie status quo, bo takie treści klikają i sprzedają się najlepiej".
W innych krajach poradniki bezpieczeństwa nie wzbudzają paniki ani teorii spiskowych. Ludzie je czytają, ćwiczą procedury, chcą wiedzieć, jak zachować się w razie zagrożenia. Tam świadomość kryzysu nie jest powodem do kpin, tylko impulsem do przygotowania.
I powinniśmy zacząć z nich brać przykład. Bo człowiek przygotowany rzadziej ulega panice. W liceum miałam lekcje z przysposobienia obronnego. Same konkrety. Teraz chętnie sobie przypomnę zasady ewakuacji i alarmowania. To chyba lepiej, niż miałabym pluć przez lewe ramię, żeby odpędzić nieszczęście?
Niepokojące są wyniki najnowszego Eurobarometru. Ponad połowa Polaków przyznaje, że nie odczuwa potrzeby zdobywania wiedzy naukowej. Co drugi respondent wątpi w rzetelność naukowców, a aż 7 na 10 osób ma problemy ze zrozumieniem przeczytanego tekstu. Nawet wśród absolwentów studiów magisterskich co szósty zmaga się z tzw. analfabetyzmem funkcjonalnym.
Żegnaj stabilny świecie
Smutne jest, że częściej boimy się informacji niż samego zagrożenia. Tylko dlatego, że przestaniemy o nich mówić, pożary, powodzie, blackouty czy konflikty zbrojne nie znikną.
Wiedza o tym, jak się zachować w sytuacjach zagrożenia to przejaw troski o siebie i swoich bliskich.
Bo przecież nie żyjemy w próżni. Za rogiem toczy się wojna w Ukrainie, światem wstrząsają cyberataki, kryzysy energetyczne i ekonomiczne. Zagrożenia przybierają różne formy.
Żegnaj stabilny, spokojny, dość przewidywalny świecie. Już nie tylko powódź czy pożar, teraz może przyjść coś zupełnie nieoczekiwanego. Coś, co jeszcze niedawno wydawało się abstrakcją.
I właśnie dlatego kraje, które traktują bezpieczeństwo poważnie, nie czekają, aż kryzys uderzy.
Całe szczęście w opiniach o "Poradniku bezpieczeństwa" nie brakuje też głosów rozsądku:
"Przeczytałem już dawno online, porównałem ze szwedzką żółtą książeczką i nasza jest lepsza. Polecam każdemu".
"Przejrzałam i zostawiłam. Fajnie podana wiedza w pigułce. Niektórzy narzekają, że nie trzeba było marnować papieru, że wystarczyłby poradnik online. Pamiętajmy jednak o naszych rodzicach i dziadkach. Nie wszyscy korzystają z Internetu"
"Nie byłoby tego poradnika, to zaraz by ludzie pretensje mieli, że nikt o nas nie myśli"
"Nie trzeba szukać pojedynczych informacji, bo wszystko jest w jednym miejscu. Dobrze, że o tych zapasach się mówi"
Nie zachłystuję się poradnikiem. Widzę w nim pewne mankamenty. Ale nie jestem ekspertem ds. bezpieczeństwa, żeby punktować jego bolączki. Po prostu cieszę się, że jest.
Szkoda tylko że tak późno.
Zobacz także
