
Pędził na drodze i stracił prawo jazdy. Mógł skorzystać z immunitetu, ale nie zrobił tego. – Czasem takie doświadczenia uczą czegoś ważnego. Nawet kiedy znów będę mógł jeździć samochodem, planuję korzystać dużo więcej z pociągów – mówi Michał Kołodziejczak, poseł KO i były wiceminister rolnictwa, w szczerej rozmowie z naTemat.pl.
Aleksandra Tchórzewska: Niedawno pan poseł ujawnił, że kilka miesięcy temu jechał za szybko, przez co stracił prawo jazdy. Nie skorzystał pan z immunitetu. Dlaczego?
Michał Kołodziejczak, poseł KO: Widocznie po prostu przyjąłem to, co mi się należało, tak samo, jak każdemu innemu człowiekowi. Dla mnie to jest normalne – nie czuję się kimś, kto powinien mieć więcej praw niż inni obywatele Polski.
Jeśli jakiś polityk tego nie rozumie, to znaczy, że coś mu się pomyliło i jest to po prostu niepoważne.
Oczywiście przepisów ruchu drogowego powinien przestrzegać każdy, ale każdy z nas jest tylko człowiekiem i popełnia błędy. Za błędy trzeba ponosić odpowiedzialność i konsekwencje. Jeżeli jedzie się za szybko, konsekwencją może być choćby utrata prawa jazdy, nawet na trzy miesiące.
Mnie również to dotyczyło, dlatego w tym przypadku nie zasłaniałem się immunitetem.
Dlaczego przekroczył pan prędkość?
Można się po prostu zapomnieć. Teren był zabudowany i pojechałem za szybko. Oczywiście trzeba uważać. Ja sypię głowę popiołem. Ale nie miałem zamiaru unikać konsekwencji.
Przepisy są i trzeba ich przestrzegać, a jeśli ktoś tego nie robi, musi liczyć się z karą. To proste. Jazda niezgodna z przepisami może prowadzić do konsekwencji, które nie kończą się tylko mandatem czy utratą prawa jazdy na trzy miesiące. A trzy miesiące bez samochodu to naprawdę odczuwalna dolegliwość.
Ciężko bez auta?
Wie pani, wszystko dzieje się po coś. Zauważyłem na przykład, że do mojego okręgu wyborczego z Warszawy można bardzo dobrze dojechać zarówno pociągiem, jak i samochodem. Samochodem to ponad dwie, dwie i pół godziny do Konina, a pociągiem, wsiadając na Dworcu Centralnym, godzina i 38 minut.
Czasem takie doświadczenia uczą czegoś ważnego. Nawet kiedy znów będę mógł jeździć samochodem, planuję korzystać dużo więcej z pociągów.
Polecam!
Podróż pociągiem do Wrześni zajmuje niecałe dwie godziny, a samodzielna jazda samochodem z Warszawy do Wrześni – nawet startując z centrum – wymagałaby naprawdę dobrej organizacji i zajęłaby około dwóch i pół godziny.
Jadąc pociągiem, można spokojnie zrobić coś pożytecznego – poczytać książkę czy zająć się innymi sprawami, co sam też praktykowałem w tym czasie. To jest po prostu wygodne.
Same pozytywy?
Ze złych sytuacji trzeba wyciągać wnioski. One nas czegoś nas uczą. Dla mnie samego były lekcją – nie tylko, jeśli chodzi o podróżowanie pociągiem, ale też o to, żeby bardziej uważać, kiedy już będę jeździł samochodem. Wiele takich sytuacji wynika z nieuwagi.
Nie sugerowano panu, żeby jednak skorzystał pan z immunitetu?
Były takie podpowiedzi. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale były osoby, które mówiły mi: "Słuchaj, możesz w każdym momencie pokazać dokument".
I pan nie posłuchał.
Bo dla mnie byłoby to po prostu nie fair. Ja sam przed sobą czułbym się źle. Nie twierdzę, że jestem super przykładnym człowiekiem – bo nie jestem – ale kiedy mogę, staram się być.
Czy w pana ocenie politycy i posłowie często zasłaniają się immunitetem?
Uważam, że osoby publiczne – nie tylko politycy, ale też osoby z wyższą pozycją społeczną – często wykorzystują swoją pozycję do różnych celów. Widać to przecież gołym okiem, kiedy osoby znane, rozpoznawalne, a nawet politycy chcą poczuć się lepsi od innych.
Uważam jednak, że nie po to podejmujemy te działania, żeby zdobywać jakieś korzyści.
Powinno się ograniczyć immunitety?
Według mnie immunitety nie powinny dotyczyć jazdy samochodem. Oczywiście są sytuacje, w których faktycznie mogą być potrzebne, ale czy do prowadzenia auta są konieczne – nie wiem. Może jedynie w przypadku wykonywania bardzo ważnej misji publicznej, gdy trzeba szybko dotrzeć na miejsce.
Dostałem też mandat jakiś czas temu w Warszawie. Wygląda na to, że ktoś przesłał nagranie do Faktu albo Super Expressu. Skontaktował się ze mną policjant i powiedział, że jest nagranie i należałoby mi przekazać mandat osobiście.
Odpowiedziałem: "Dobrze, proszę dać mi mandat". Zapłaciłem wtedy całkiem sporą kwotę za przekroczenie prędkości. Nie chciałbym wchodzić w szczegóły, ale policjant przyznał, że do tej pory nie spotkał się z takim podejściem.
Czyli że inni się wykłócają, tak?
Najwyraźniej tak, choć nigdy nie byłem świadkiem takich zachowań. Natomiast nasza rozmowa trwała bardzo krótko.
Już raz pan stracił prawo jazdy.
Powiem pani coś bardzo ciekawego: owszem, trzy lata temu miałem odebrane prawo jazdy i była też sprawa w sądzie. Okazało się wtedy, że nie powinno mi ono zostać zabrane. Był błędny pomiar prędkości. Rzekomo jechałem 102 km/h, a okazało się, że byłem poniżej 100, więc należałby się tylko mandat albo upomnienie. Tymczasem od razu odebrano mi prawo jazdy.
Jak to możliwe?
Jest granica błędu w tych urządzeniach – chyba 2–3 proc. – a teren ma różne ukształtowanie. Ekspertyzy w trakcie sprawy sądowej potwierdziły te wątpliwości. Oczywiście w międzyczasie nie mogłem jeździć, a sprawa sądowa decydowała o zwrocie prawa jazdy. Poddałem się całemu procesowi, nie robiąc z tego awantury.
Poszedłem normalną ścieżką prawną, ale tutaj jest pewna luka w przepisach. Bo cóż z tego, że faktycznie nie powinno mi zostać odebrane prawo jazdy, skoro wszystko okazało się dopiero po czasie, a ja już odbyłem swoją "karę".
Czy to doświadczenie, to co się wydarzyło, zmieniło pana spojrzenie na przepisy drogowe i system kar w Polsce? Stało się dla pana okazją do refleksji?
Na pewno było to dla mnie przyczynkiem do refleksji. Kiedy często jeździłem z różnymi osobami jako pasażer – a nie lubię być pasażerem – obserwowałem, jak inni kierowcy się zachowują, na przykład patrzą w telefon.
Gdy jeździmy częściej jako pasażerowie, dużo wyraźniej widzimy, jak zachowują się inni, i zaczynamy myśleć: "O kurczę, może też robię podobnie". To skłania do zastanowienia się nad własnym zachowaniem na drodze.
Zobacz także
Ostatnio minister Żurek popełnił wykroczenie drogowe. Odniesie się pan do tej sytuacji?
Ja od razu zareagowałem, kiedy policja mnie zatrzymała – nie zastanawiałem się. Wiedziałem, że jest przewinienie i musi być kara.
Ale nie oceniam też innych – nie chciałbym oceniać zachowania innych ludzi. Nie znamy ich motywów, nie wiemy, co się dokładnie wydarzyło ani jak to wyglądało.
Zawsze można odwołać się od mandatu, pójść do sądu, mieć inne zdanie – i to też jest część przestrzegania prawa.
Nie ma pan takiego poczucia: jeździłem źle, od tej pory będę już jeździł przepisowo?
Oczywiście, że tak, dzisiaj tak uważam. Ale każdy z nas jest człowiekiem i trzeba się kontrolować. Wie pani, od pewnego czasu wziąłem się też za swoją formę psychiczną i sposób życia, bo nie był on przykładny przez długi czas. Codziennie staram się kontrolować różne rzeczy: jedzenie, ćwiczenia, nawyki.
Schudłem 4 kg w półtora miesiąca i staram się trzymać dobrą formę, ale to wymaga codziennej kontroli i refleksji, bo łatwo się zapomnieć.
Teraz pani pyta, czy obiecuję, że nie będę już jeździł nieprzepisowo. Oczywiście, że tak, ale czy tak będzie zawsze?
Oczywiście będę starał się nie popełniać wykroczeń. Ta kara mnie boli, nie ukrywam, ale zgodziłem się na nią i nie chciałem zasłaniać się immunitetem, bo wiedziałem, że może to też dać pozytywną lekcję i przemyślenie.
Ma pan pozytywny odzew po tym, jak ujawnił pan utratę prawa jazdy i nie korzystał z immunitetu?
Dostałem miłe sygnały od ludzi, którzy wskazywali, że zachowałem się tak, jak należy – że nie każdy tak postępuje. Przecież mamy choćby przykład posła Mejzy czy Macierewicza.
A ile jest przypadków, o których w ogóle nie wiemy?
