
Pamiętasz, jak w dzieciństwie ratowaliśmy się nawzajem? Skakaliśmy za sobą w ogień. Obejmowaliśmy się czułym ramieniem. Dziś, kiedy chcesz przyjaciółce opowiedzieć o tym, co cię boli, usłyszysz, że zaniżasz jej wibracje. Albo, że zalewasz ją swoim smutkiem. Ona musi się od ciebie odciąć, żeby chronić siebie. – Kiedy zmarł mi tata, od swojej przyjaciółki usłyszałam: "Nie mam obecnie zasobów dla twojego smutku" – opowiada 44-letnia Kasia.
Jesteśmy inni niż przed laty. I całe szczęście.
Zadbaliśmy o swoje granice, nauczyliśmy się asertywności i w końcu przestaliśmy pozwalać na emocjonalne nadużycia. Problem w tym, że w tej słusznej walce o siebie niepostrzeżenie wylaliśmy dziecko z kąpielą, zamieniając zdrową podmiotowość w emocjonalny pancerz.
Dziś granica coraz rzadziej służy do ochrony przed przemocą. Coraz częściej staje się wygodną wymówką. Z dnia na dzień zrywamy relacje, kiedy nam nie pasują. Nie dajemy się wypłakać przyjaciołom, bo jeszcze nam popsują dzień.
W efekcie staliśmy się społeczeństwem idealnie zaopiekowanych jednostek, które są tak bardzo "tu i teraz" dla samych siebie, że nie potrafią już być dla nikogo innego.
A już na pewno nie wtedy, kiedy w relacji pojawia się trud lub dyskomfort.
Odtrącenie
– Kiedyś wyrazem przyjaźni było wspieranie w kryzysie. A teraz, gdy mam kryzys, to słyszę, że jestem toksyczna, że atakuję swoim smutkiem i należy mnie odciąć – mówi gorzko 41-letnia Renata, moja znajoma.
Usłyszała od przyjaciółki, że kiedy jest smutna, ta czuje się niekomfortowo. Przyjaciółka stwierdziła nawet, że jej własne "ciało daje jej znaki", by odseparować się od Renaty. A przecież Renata pamięta lata dziecięce i nastoletnie, kiedy mogły sobie smarkać w rękaw i powiedzieć wszystko. W swoim otoczeniu słyszy bardzo podobne historie o nagłym rozrywaniu wieloletnich więzi. Scenariusz jest powtarzalny: jedna strona w końcu zdobywa się na szczerość i mówi o tym, co chciałaby w relacji zmienić. Druga jednak, zamiast podjąć dialog, uznaje konfrontację za "zbyt trudną" i po prostu odchodzi, nazywając ucieczkę od problemu dbaniem o swój komfort.
Renata mówi dalej o tym, jak bardzo niebezpieczna jest propaganda dbania o siebie i swoje granice. Jej zdaniem to nic innego jak egoizm i zachęcanie do przemocy wobec innych poprzez ich nagłe odrzucanie.
Renata
doświadczyła odtrącenia za strony przyjaciółki
Zdaniem mojej rozmówczyni wszystko to nakręcają algorytmy, którym zależy na tym, żebyśmy byli samotni. Bo wtedy spędzamy więcej czasu w telefonie. I kupujemy.
To od Renaty wychodzi temat tego tekstu.
– Trzeba ratować tę straszną sytuację. Trzeba obudzić się z tego koszmaru. Napisz o tym – prosi.
Twierdzi, że panuje terror pozytywności, że nie dopuszczamy do siebie trudnych uczuć.
– Separujemy się od relacji, które niekoniecznie niosą coś innego niż tylko przyjemność. A to, co tylko pozytywne, jest pozbawione życia. Unikanie bólu za wszelką cenę to ucieczka od życia. Dziś ból uznajemy za porażkę – mówi mi.
Renata nie jest odosobniona w swoich obserwacjach. Słyszę zewsząd o ucinaniu "toksycznych" relacji, o "ochronie swojego komfortu" i stawianiu siebie na piedestale.
Kołyszemy swoje wewnętrzne dzieci, obejmujemy ramionami samych siebie i barykadujemy w bańkach dobrostanu.
Mam wrażenie, że nie są to już pojedyncze przypadki, tylko nowy model funkcjonowania.
40-letnia Beata: – Miałam gorszy czas w życiu. Nie opowiadałam o tym w towarzystwie, bo – nie oszukujmy się – nikt nie chce słuchać cudzych jęków. Ale wszyscy o tym wiedzieli. Pewnego dnia byłam umówiona z koleżanką na kawę. Odmówiła, uzasadniając, że jest teraz w "bardzo dobrym energetycznie czasie" i moje niskie wibracje mogą jej zaszkodzić. Napisała też, że dziś jest ten dzień, kiedy musi pochylić się nad swoimi emocjami i głęboko siebie "ukochać".
Beata też lubi wspominać przeszłość, kiedy dźwięk domofonu wystarczał, żeby zbiec ze schodów i ratować bliską osobę z opresji. Kiedy dzielenie problemu na pół faktycznie pomagało.
A jeśli koleżankę rzucił chłopak, to płakało się razem z nią, a nie odgradzało, żeby przypadkiem nie naruszyła naszego dobrostanu.
– Ludziom brakuje też elastyczności. Wszystko jest wpisane w grafik. Nie chodzi przecież o to, żeby rzucać wszystko i rezygnować z ulubionych zajęć, zwłaszcza gdy się za nie płaci. Ale czasami można przecież coś przesunąć, znaleźć tę krótką chwilę "pomiędzy", żeby po prostu być dla drugiej osoby. Jestem przerażona tym, dokąd zmierzają relacje – nie kryje.
I podaje przykład:
– Chciałam oddać koleżance książkę. Wiedziałam, że będę przechodziła obok jej bloku. Oczywiście nie uskuteczniam wizyt bez zapowiedzi, bo to już nie te czasy. Zadzwoniłam kilka godzin wcześniej, powiedziałam, że będę w pobliżu i jej w drzwiach przekażę. Teraz mieszkamy na dwóch krańcach miasta. Nie zgodziła się. Powiedziała, że będzie po zajęciach z jogi i potrzebuje wyciszenia.
Zobacz także
Psycholożka: Poświęcenie się jest dziś niemodne
– Przez dziesięć lat byłyśmy jak siostry. Przeżyłyśmy razem przeprowadzki, pierwsze prace, rozstania. Ale kiedy rok temu zmarł mój tata, a ja zapadłam się w sobie, nagle okazało się, że nasza relacja nie istnieje – zaczyna swoją opowieść 44-letnia Kasia.
Kasia
doświadczyła samotności w żałobie
To kolejna historia, którą dziś słyszę. Wszystkie je łączy jeden wspólny mianownik: lęk przed naruszeniem własnej bańki komfortu.
Gdzie kończy się dbanie o siebie, a zaczyna nieczułość wobec drugiego człowieka? Pytam o to Sylwię Sitkowską, znaną psycholożkę i psychoterapeutkę. – Żyjemy w kulturze, która intensywnie promuje dbanie o siebie, higienę psychiczną i tzw. wysokie wibracje. Samo w sobie jest to bardzo zdrowe, tyle że często zapominamy przy tym o jednym: człowiek jest istotą społeczną. Nie jesteśmy samotnymi wyspami, żyjemy wśród innych – zauważa.
Tłumaczy, że problem zaczyna się w chwili, gdy własny dobrostan staje się wartością absolutną. Według niej to częsty błąd osób, które dopiero uczą się stawiać granice – zanim odnajdą zdrowy balans między "ja" a "inni", popadają w przesadę.
Jak wyjaśnia, zanim dojdziemy do dojrzałego wniosku, że inni są równie ważni co my, często najpierw mocno przesadzamy w drugą stronę. Kultura nas w tym kierunku wręcz popycha, ale zdaniem psycholożki takie dbanie o siebie jest po prostu błędnie rozumiane.
– Mówi się dużo o granicach i własnym komforcie, ale brakuje w tym wszystkim tej drugiej części: świadomości, że po drugiej stronie też jest osoba. Ktoś, kto ma swoje potrzeby, o które warto dbać tak samo, jak o własne – zaznacza Sitkowska.
Przywołuje przy tym pojęcie asertywności, która według niej ma dziś bardzo głęboki, choć nieco zapomniany sens. Wyjaśnia, że asertywna postawa mówi o tym, że "ja jestem okej i ty jesteś okej" – moje potrzeby są ważne, ale twoje również.
Choć granice chronią nas przed przeciążeniem, psycholożka przypomina, że każda autentyczna relacja musi opierać się na kompromisie i gotowości do dawania.
Sylwia Sitkowska
psycholożka, psychoterapeutka
Tłumaczy to na konkretnym przykładzie: jeśli chcemy mieć do kogo zadzwonić, gdy umrze nam ojciec, musimy sami umieć znieść dyskomfort, gdy to komuś innemu umiera tata. Nawet jeśli jest to dla nas trudne i narusza nasz chwilowy spokój.
Zdaniem ekspertki budowanie głębokich więzi wymaga czasem przekroczenia własnej granicy, dania z siebie więcej, a niekiedy "zagryzienia zębów".
– W realnym świecie nie ma idealnych historii, w których zawsze dostajemy to, czego chcemy, a inni są zawsze zachwyceni kontaktem z nami. Czasami ktoś może być właśnie niezadowolony czy zraniony przez to, że ja wyrażę swoją granicę i to też trzeba umieć znieść. Ale jeśli naprawdę nam na czymś zależy, musimy umieć dawać, a nie tylko chronić własny komfort – podsumowuje.
