
Szukacie używanego auta? Zwróćcie uwagę, na jego kolor. Jednym z ciekawszych rozdziałów najnowszego raportu "Rekordziści rynku aut używanych 2025" przygotowanego przez autoDNA jest ten, który opisuje procent uszkodzonych aut z drugiej ręki pod względem właśnie odcienia nadwozia. Który przoduje w statystykach?
Kiedy wybieramy wymarzony samochód, zazwyczaj spędzamy godziny przeglądaniu zdjęć wnętrza, nadwozia, sprawdzaniu osiągów silnika czy czytaniu o systemach bezpieczeństwa. Ale czy ktokolwiek z was zastanawiał się kiedyś, czy kolor lakieru ma wpływ na to, jak często dane auto lądowało u blacharza? Okazuje się, że statystyka bywa bezlitosna.
I nie, nie chodzi tutaj o to, że każde auto w kolorze X miało stłuczkę. To po prostu ciekawostkowa statystyka z raportu "Rekordziści rynku aut używanych 2025" przygotowanego przez autoDNA.
Jego autorzy zebrali dane na temat uszkodzeń wśród aut używanych i wyciągnęli z niego statystykę dotyczącą koloru nadwozia. Nie jest to wyrocznia, ale punkt zaczepienia, który przy zakupie może wam dać do myślenia i jest to bodziec do sprawdzenia, czy aby na pewno to "bezwypadkowe" w opisie auto, rzeczywiście nie miało żadnej "ukrytej przygody".
Grafitowy król stłuczek? Oto ranking pechowych kolorów
Oto pełne zestawienie TOP 10 kolorów pojazdów, dla których najczęściej odnotowywano szkodę. Jak widać najwięcej z grafitowym nadwoziem (12,27 proc.), a potem z brązowym (11,65 proc.). Podium zamyka szary 10,66 proc.
Dlaczego tak jest? Czy grafitowy zlewa się z asfaltem, a perłowy jest po prostu rzadziej wybierany przez "piratów drogowych"? Przyczyny są złożone, ale wnioski płynące z analizy są jasne: kupując auto z tej listy bez rzetelnego sprawdzenia historii, ryzykujecie przysłowiową "wtopę".
Przód auta to "magnes" na wydatki
Analiza rozmieszczenia uszkodzeń autoDNA pokazuje brutalną prawdę: najczęściej cierpi przednia część auta, a najrzadziej tylna. To nie jest przypadek. Prawdopodobieństwo uderzenia przodem jest po prostu większe, a co gorsza takie naprawy są zazwyczaj najbardziej kosztowne.
To właśnie te samochody najchętniej kupują importerzy szukający "okazji handlowej". Mechanizm jest prosty: kupić tanio rozbite auto, naprawić je po kosztach w "szarej strefie" i sprzedać jako ideał.
Taka oszczędnościowa naprawa to pierwszy etap zarobku nieuczciwego sprzedawcy. Kolejnym jest zatajenie zakresu prac lub w ogóle faktu, że auto brało udział w jakimkolwiek zdarzeniu.
Pułapka słowa "bezwypadkowy"
Tutaj dochodzimy do momentu, w którym wielu kupujących daje się złapać na haczyk. Widzicie w ogłoszeniu dumny napis "bezwypadkowy"? To wcale nie musi oznaczać, że auto nie miało poważnych napraw blacharskich.
Wielu handlarzy stosuje trik i powołuje się na ustawową definicję wypadku. Zgodnie z nią, wypadek to zdarzenie, w którym ktoś odniósł obrażenia lub poniósł śmierć. Jeśli auto zostało owinięte wokół latarni, ale kierowcy nic się nie stało, technicznie rzecz biorąc, dla niektórych jest to jedynie "kolizja", a pojazd pozostaje "bezwypadkowy".
To szkodliwy brak jednolitej definicji, który sprawia, że sprawdzenie przeszłości pojazdu to jedyna realna ochrona.
Pamiętajcie też, że auto po naprawie nie musi być skreślone z waszej listy. Kluczem jest to, czy naprawa została wykonana zgodnie z technologią i czy sprzedawca potrafi ją rzetelnie udokumentować. Chcemy przecież wiedzieć, czym jeździmy i czy w razie kolejnej stłuczki strefy zgniotu zadziałają tak, jak zaprojektowali to inżynierowie, a nie "pan Mirek" w garażu.
