
Liderzy Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro i Arkadiusz Mularczyk nie zostali wpuszczeni na molo w Sopocie, gdzie chcieli wejść bez biletu. A kiedy dziennikarka zadzwoniła do Mularczyka po komentarz, usłyszała, ze ma o tym nie pisać, bo inaczej będzie pozew.
REKLAMA
W ostatni weekend Ziobro i Mularczyk odwiedzili Pomorze m.in. po to, by wesprzeć swojego kandydata na prezydenta Elbląga. Wybrali się też do Sopotu, gdzie chcieli pospacerować po molo. Świadkiem ich zachowania była czytelniczka "Gazety Wyborczej".
Jak opisuje, ubrani w garnitury politycy szybkim krokiem zmierzali do wejścia nie zwracając uwagi na to, że obok jest kolejka do kasy. "Pani na bramce zagrodziła im drogę, ręką wskazała pobliskie okienko i zdecydowanym głosem powiedziała: 'do kasy'. Wyglądało to dość zabawnie, bo aż ich zamurowało. Nie było żadnych dyskusji. Obydwaj karnie podreptali w kierunku kas" – relacjonuje mieszkanka Sopotu. Według niej politykom nawet nie przyszło do głowy, że mogą tak jak inni turyści stanąć w kolejce do kasy. Skoro są VIP-ami to najwyraźniej uznali, ze takie zasady ich nie obowiązują.
Co na to sami zainteresowani? Arkadiusz Mularczyk w rozmowie z "Gazetą" twierdzi, że wcale nie chciał wejść na molo bez biletu: "Pomyliliśmy wyjście z wejściem. Pani nas zatrzymała, pokazała, gdzie kupuje się bilety. Nie wyjmowaliśmy legitymacji poselskich, niczego nie żądaliśmy, tylko poszliśmy do kasy. Na molo weszliśmy z biletami, tam zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i tyle. Pani sobie żartuje, że zamierzaliśmy wejść bez biletów? Nic nadzwyczajnego się nie stało".
Szefowi klubu parlamentarnego Solidarnej Polski nie spodobał się pomysł publikacji artykułu o tym zdarzeniu. Zadzwonił do dziennikarki i zagroził, że pozwie czytelniczkę, która opowiedziała o problemach na molo, a jeśli "Gazeta" upubliczni sprawę, złoży pozew także przeciwko redakcji.
Czytaj także:
Źródło: "Gazeta Wyborcza"
