
Warszawa lat 30. XX wieku – rewie, eleganckie redakcje i mroczne zaułki miasta, w których kobiety często pozostawały bezbronne wobec niesprawiedliwego prawa, lekarzy i własnych mężów. Serial "Piekło kobiet" sięga po historię, by opowiedzieć o tematach (niestety) wciąż aktualnych – przemocy, utrudnianiu dostępu do aborcji i patriarchalnym systemie. Problem w tym, że robi to tak dosłownie, że momentami aż kuriozalnie. A jednak trudno się od niego oderwać – to produkcja jednocześnie słaba, przerysowana i… zaskakująco wciągająca. Oceniam serial HBO Max po czterech odcinkach.
Tytuł serialu raczej nie pozostawia pola do interpretacji – podobnie jak słynny zbiór felietonów "Piekło kobiet" autorstwa Tadeusza Boya-Żeleńskiego, opublikowany w 1930 roku. Pisarz i publicysta opisywał w nim tragiczne skutki restrykcyjnego prawa antyaborcyjnego w II Rzeczypospolitej.
W tekstach publikowanych wcześniej w "Kurierze Porannym" alarmował, że brak dostępu do antykoncepcji i zakaz przerywania ciąży najmocniej uderzają w najbiedniejsze kobiety – zmuszone do nielegalnych aborcji w nieludzkich warunkach i z tragicznymi konsekwencjami zdrowotnymi albo do korzystania z usług tzw. "fabrykantek aniołków". Te miały odpłatnie opiekować się niemowlętami, ale w praktyce celowo doprowadzały do ich śmierci, co zresztą świetnie pokazała wstrząsająca "Dziewczyna z igłą".
Felietony Boya – dosadne i prawdziwe – podobnie jak teksty Ireny Krzywickiej wywołały w dwudziestoleciu międzywojennym ogromny skandal obyczajowy, a prawica obrała pisarza za główny cel ataków. Jednocześnie stały się jednym z najbardziej donośnych głosów w dyskusji o świadomym macierzyństwie i reformie antykobiecego prawa.
Minęło prawie sto lat i niby wiele się zmieniło, ale... czy na pewno? Kobiety wciąż muszą walczyć o prawa reprodukcyjne i przerywać ciążę w aborcyjnym podziemiu albo bać się o własne zdrowie w trakcie ciąży. Hasło "piekło kobiet" wróciło jak bumerang na protestach Strajku Kobiet w 2020 roku, a serial HBO Max – wyreżyserowany przez Annę Maliszewskę i napisany przez Magdalenę Franczuk oraz Ewę Popiołek – postanowił pokazać je dosłownie, sięgając zarówno po historię, jak i współczesność.
Tak, piekło kobiet istnieje, co do tego nie ma wątpliwości. Jednak produkcja HBO nie zdołała pokazać go jak należy. Niestety.
O czym jest "Piekło kobiet"? Serial HBO Max dzieje się w przedwojennej Warszawie
Serial "Piekło kobiet" przenosi widzów do przedwojennej Warszawy i skupia się na historii Heleny Wróblewskiej (Agata Turkot z "Domu dobrego"), redaktorki pisma matrymonialnego "Fortuna Amandi", które prowadzi wraz z mężem Maksymilianem (Mateusz Damięcki). To zamożna kobieta sukcesu, która przebiera się trzy razy dziennie (nie przesadzam) w najmodniejsze kreacje, ma nieskazitelną cerę, perfekcyjny makijaż, i to szczęście, że wolno jej spełniać się w pracy. Do pełni szczęścia brakuje jej tylko dziecka, a niepłodność sprawia, że na jej małżeństwie pojawiają się rysy.
Pozornie spokojne życie Heleny zmienia śmierć młodej tancerki rewiowej, która umiera w wyniku nielegalnego zabiegu przerwania ciąży. Jedynym śladem po dziewczynie pozostaje tajemniczy list pozostawiony w redakcji. Helena zaczyna prywatne śledztwo i szybko odkrywa, że sprawa może mieć związek z działalnością jej własnej gazety. To właśnie do "Fortuny Amandi" napisał mężczyzna, który skrzywdził zmarłą dziewczynę.
Własne dochodzenie w sprawie prowadzi też Emil Heckmann, ginekolog-idealista i brat tancerki (w tej roli Hubert Miłkowski) zdeterminowany, by za wszelką cenę wywalczyć sprawiedliwość dla swojej siostry. Okazuje się, że w mieście grasuje seryjny gwałciciel, a kolejne kobiety padają ofiarą przemocy. Sytuacja jest śmiertelnie poważna, jednak śledztwo Heleny jest torpedowane zarówno przez jej męża i szwagierkę (Katarzyna Herman), jak i przez policję oraz cały system państwa.
Serial "Piekło kobiet". Dosłowność, która momentami aż bawi
Już po pierwszym odcinku widać, że "Piekło kobiet" nie zamierza bawić się w subtelności. I niby dobrze, bo temat łamania praw kobiet wymaga mocy, bezkompromisowości i zacięcia. Przebierałam nogami na myśl o emancypacyjnym, feministycznym serialu, ale dostałam raczej aktywistyczny spot niż pełnowymiarową opowieść.
Największym problemem serialu jest to, że scenariusz próbuje zmieścić wszystko naraz. Już w pierwszych odcinkach pojawiają się właściwie wszystkie możliwe tematy dotyczące sytuacji kobiet: gwałty, nielegalne aborcje, przemoc wobec kobiet, patriarchalny system, hipokryzja elit, niesprawiedliwe prawo, toksyczne małżeństwa i siostrzeństwo. A później dochodzą kolejne.
Są one oczywiście niewiarygodnie ważne – zarówno w kontekście lat 30., jak i współczesności. Problem w tym, że serial przedstawia je tak dosłownie i tak bez metafor, że efekt bywa odwrotny od zamierzonego. Zamiast poruszającej opowieści dostajemy czasem publicystyczny wykład, do tego kierowany do widzów, którzy – o czym wydają się być przekonane twórczynie – nie mają o niczym pojęcia.
Owszem, wątki i sceny są bardzo mocne, a Maliszewska, Franczuk i Popiołek – podobnie jak Wojciech Smarzowski w "Domu dobrym" – nie boją się dosłowności. Sceny nielegalnych aborcji, gwałtu małżeńskiego czy policyjnego badania zgwałconej kobiety są szokujące i przerażające, co w moim odczuciu jest ogromnym plusem, bo inaczej nie wstrząśniemy społeczeństwem.
To wszystko wciąż się dzieje, jest prawdziwe i aktualne. Problem w tym, że ważne tematy zostały włożone w tak kuriozalną otoczkę, że trudno traktować je całkiem poważnie. Bo sam serial jest naprawdę fatalnie napisany i zrobiony. Mogło być bardzo dobrze, a wyszło średnio: piszę to z ogromnym smutkiem.
Polski serial HBO o kobietach nie jest udany. Niestety
Ekspozycja jest tu wręcz niebotyczna – bohaterowie bez przerwy mówią wprost, co robią, co zamierzają zrobić albo jakie mają poglądy. Wszystko jest tak łopatologiczne, że momentami aż zabawne, a dialogi często brzmią tak, jakby bohaterowie czytali rozprawkę o własnej postaci.
Podobnie wygląda konstrukcja świata przedstawionego. Z jednej strony mamy piękną, bardzo stylową scenografię, fantastyczne kostiumy i retro klimat przedwojennej Warszawy. Z drugiej – sam serial jest bardzo współczesny, ale nie w tym pozytywnym sensie opowieści historycznej z nowoczesnym zacięciem. Nie jest to "Wielka" ani "Nasza bandera znaczy śmierć".
"Piekło kobiet" sprawia wrażenie, jakby autorki pisały serial osadzony w latach 20. XXI wieku, ale przestraszyły się dosłowności, więc przeniosły go niemal sto lat wcześniej. Oglądając serial miałam wrażenie, że coś tu się rozjechało – bohaterowie zachowują się współcześnie, mówią współcześnie, wątki są współczesne. Wcale nie miałam jednak poczucia, że to celowa anachroniczność, która ma pokazać podobieństwa między przeszłością a teraźniejszością.
Jeśli taki był zamiar, to niestety nie działa – wszystko sprawia wrażenie przypadkowego i trochę od czapy, jakby ktoś zmiksował niechcący dwie przestrzenie czasowe i myślał, że nie zauważymy. Serial traktuje zresztą historię bardzo swobodnie. Do tego niektóre sceny są tak dziwacznie nakręcone i mają w sobie tyle kiczu – który sprawia momentami wrażenie, jakby miał być celowym kampem, ale nie wyszło – że momentami nie wierzyłam w to, co widzę.
Do tego sama bohaterka wydaje się niemal nierealna: perfekcyjne mieszkanie, nieskończona kolekcja strojów i aura wyemancypowanej bohaterki, która bardziej przypomina współczesną postać przeniesioną w czasie niż kobietę z lat 30. Owszem Helena stopniowo dojrzewa, a jej życie sypie się jak domek z kart, ale trudno traktować ją poważnie, skoro punkt wyjścia był zwyczajnie nierzeczywisty. Typową Polką ona nie jest.
Pamiętajcie, wszyscy mężczyźni są źli
Najbardziej problematyczny okazuje się sposób rysowania bohaterów – najgrubszą możliwą kreską. Postać Maksymiliana, męża Heleny, jest właściwie karykaturą: zestawem wszystkich możliwych cech seksisty i patriarchalnego męża. To nie tyle mężczyzna z krwi i kości, ile archetyp beznadziejnego faceta i słownikowego toksyka. Mateusz Damięcki robi, co może, by nadać bohaterowi choć trochę głębi, ale tak fatalnie i tendencyjnie napisanej postaci nie da się uratować. Maksymilian budzi nie tylko odrazę, ale czasem i niekontrolowany śmiech, a chyba nie o to chodziło.
Podobnie zachowuje się większość męskich bohaterów. Kolejni mężowie i partnerzy kobiet są albo oprawcami, albo oportunistami, albo tchórzami. Są stereotypowi do bólu, a "dobrymi mężczyznami" pozostają właściwie tylko Emil oraz pojawiający się w serialu Tadeusz Boy-Żeleński. Brakuje w tym wszystkim równowagi, a mężczyźni wydają się po prostu pisani pod "tezę" – nie ma żadnych niuansów, żadnych smaczków, (prawie) wszyscy włożeni do jednego wora.
Prawicowy dziennikarz grany przez Borysa Szyca – wielki fan Romana Dmowskiego – wygląda jak chodząca satyra. Z kolei bohater Jacka Komana, artysta rewiowy, jest absolutnie kuriozalny, ale przynajmniej kampowy, więc nie trzeba traktować go dosłownie. Swoją drogą niemiłosiernie przypomina swoją postać z... "Moulin Rouge!". Trudno powiedzieć, czy to celowy zabieg, czy przypadek, ale miałam dziwne déjà vu.
Zobacz także
Bohaterowie – przynajmniej po czterech odcinkach – są albo czarni, albo biali. Nie ma tu szarości. Aktorzy naprawdę robią co mogą z bardzo topornie napisanymi postaciami, ale ani Damięcki, ani Szyc, ani Katarzyna Herman – wszyscy bardzo utalentowani – zwyczajnie nie mają szans w starciu z tak słabym scenariuszem.
Najlepiej wypadają Agata Turkot jako Helena, Hubert Miłkowski jako Emil oraz Maria Kowalska jako Ewa, siostrzenica Heleny, bo jako jedyni sprawiają wrażenie prawdziwych ludzi. Choć wciąż są raczej symbolami dobrych osób uwikłanych w zły system.
"Piekło kobiet" porusza bardzo ważne tematy, ale nieudolnie
Paradoks "Piekła kobiet" polega na tym, że mimo topornego scenariusza, przerysowanych postaci, kiczu i dialogów, które chwilami brzmią niezamierzenie komicznie, serial naprawdę wciąga. Retro klimat działa, tempo jest szybkie, a intryga kryminalna – choć po czterech odcinkach wydaje się dość przewidywalna i miejmy nadzieję, że nie pójdzie to drogą – wciąż ciekawi.
To serial idealny do obejrzenia za jednym zamachem, bo naprawdę po każdym odcinku chciałam zobaczyć, co będzie dalej. I na szczęście mogłam, bo jako dziennikarce udostępniono mi wcześniej pierwsze odcinki. Mam jednak wrażenie, że cotygodniowa premiera wcale nie będzie dla "Piekła kobiet" korzystna. Fabuła rozkręca się dopiero po pierwszym odcinku, a pilot jest słaby i wielu widzów może się po prostu zniechęcić już na starcie. W tym przypadku lepiej sprawdziłaby się forma "wszystko naraz", bo serial naprawdę wciąga jak czarna dziura.
Mimo wszystkich wad "Piekło kobiet" to produkcja ważna – pokazuje, że choć mamy inne czasy i minęło prawie sto lat, wcale nie tak wiele się zmieniło. Sto lat później sytuacja kobiet w wielu aspektach wciąż pozostaje koszmarna, a przynajmniej gorsza niż mężczyzn. I wcale nie chodzi tylko o aborcję, ale choćby o próbę łączenia życia zawodowego z macierzyństwem, zgłaszanie przemocy seksualnej na policji czy strach podczas nocnych powrotów do domu. Tutaj bez zmian.
"Piekło kobiet" to produkcja stworzona z bardzo wyraźną misją – i chwała jej za to. Niestety przez swoją dosłowność momentami sprawia wrażenie bardziej łopatologicznego manifestu niż wielowymiarowej opowieści. I piszę to jako "lewaczka" i feministka, która zgadza się w zasadzie ze wszystkimi tezami serialu. Warstwa światopoglądowa raczej nie budzi moich wątpliwości.
Mogła powstać produkcja, która naprawdę coś zmieni – tak jak "Dom dobry" zmienił sposób rozmowy o przemocy domowej w Polsce. Niestety "Piekło kobiet" trudno traktować całkiem poważnie przez styl: "patrzcie, pokażemy wam wszystkie problemy kobiet – bardzo dosłownie i jak krowie na rowie".
Paradoksalnie jednak ta przesada sprawia, że serial ogląda się trochę jak… guilty pleasure. Może twórczynie mają jeszcze asa w rękawie, a kolejne odcinki zniuansują fabułę i bohaterów, dodadzą subtelności i dadzą pole do dyskusji. Na razie to serial jednocześnie słaby i zaskakująco wciągający.
Daję mu jednak szansę, zwłaszcza że temat jest naprawdę ważny. Szkoda tylko, że tak nieudolnie przedstawiony – woda na młyn dla skrajnej prawicy.
