Nie chcesz być śmieciem? Nie współpracuj z wysypiskiem

Nie chcesz być śmieciem? Nie współpracuj z wysypiskiem
Nie chcesz być śmieciem? Nie współpracuj z wysypiskiem Fot. Shutterstock
Dzisiejsza historia będzie historią tylko moją. Choć zdaję sobie sprawę, że takie same lub zbliżone dzieją się codziennie w każdym miejscu naszego kraju, nie mam jednak ambicji bycia głosem mojego pokolenia. „Pokolenia zmarnowanych szans”, „pokolenia na zmywaku”, „pokolenia rozczeniowego” tego oznaczanego coraz to innymi literkami alfabetu, pokolenia którego tak na prawdę zdefiniować przecież nie można. Moja historia jest moją. Jeśli Twoja, Twojej znajomej, koleżanki, przyjaciela jest podobna powiem Ci tylko jedno – tym bardziej jest to smutne.


Będzie to pewnego rodzaju manifest. Pewnego rodzaju krzyk buntu. Pewnego rodzaju przelanie czary goryczy, bo zbliża się weekend i czara przydałaby się na wódkę. Zanim zakwalifikujesz mnie jako kolejną zrzędzącą małolatę która dużo chce mało robiąc, zanim wrzucisz mnie do jednego worka (czy raczej wyślesz jednym samolotem do UK) razem z Sandrą Borowiecką wiedz jedno. Z tą dziewczyną łączy mnie jedno. Wiesz co? Też nie mam studiów. A nie mam ich nie dlatego, że dorabiam do tego ideologię z gatunku „papier do niczego mi się nie przyda”, a dlatego, że uwaga, szok – nie było mnie na nie stać.


Trochę dlatego, że uważam, że studiowanie za 200 złotych w Kosinusie lub Wyższej Szkole Tanich Poprawek jest wg mnie niewarte zachodu. Ale również dlatego, że gdy mamusia i tatuś nie dają choć dwuzerowego wspomożenia co miesiąc, szybko orientujesz się, że miesięczne czesne kosztuje tyle ile 3 miesięczny zapas mięsa.


Nie będę się teraz użalać. To była moja świadoma decyzja, do której z czasem dorobiłam teorię o pośpiechu z doklejoną wymówką, że kiedyś. Na tym jednak nasze podobieństwo się kończy.

Jestem osobą która żadnej pracy się nie boi, której żadna praca nie hańbi, a żadne wynagrodzenie nie jest za niskim. Tak, nawet ten osławiony tysiąc za który podobno nie da się przeżyć. Tysiąc jest dobrym wynagrodzeniem, jeżeli Twoja praca nie wymaga wielkich kompetencji. Pracowałam zarówno fizycznie jak i umysłowo. Na wszelkie możliwe zmiany. Jednocześnie doszkalając się, czytając, węsząc, pytając i ucząc się niejednokrotnie więcej niż przeciętny spijacz piwa z akademika.


Mam doświadczenie zarówno w rozmowach z członkami zarządu największych polskich spółek jak i zmywaniu podłóg w sklepach wielkopowierzchniowych. Nigdy nie byłam osobą krzyczącą „należy mi się!”, bo wiem, że w naszej sytuacji gospodarczo-ekonomicznej za darmo to nawet kop w dupę na rozruch nie należy się. Radziłam sobie zawsze, na wsi, na zadupiu, bez wykształcenia, znajomości, z dzieckiem na rękach. Ale aktualnie te ręce mi opadły i nie wiem, czy podniosę je odpowiednio szybko, by nie wypaść z obiegu.

Oto moja historia.

Stali czytelnicy mojego bloga zapewne pamiętają, jeśli jesteś nowym też warto, żebyś się dowiedział. Ostatnie dwa lata spędziłam pracując jako ankieter CATI pracujący dla jednej z tych firm której nazwa nie jest niczym innym jak ładnie brzmiącym zlepkiem literek. CATI, czyli po naszemu telefoniczny.

Wsiąkłam w to jak Alczyszyn w MLM i tak samo dałam sobie zrobić wodę z mózgu. Początek takiej współpracy to jest JE* – poraźmy wieśniaka/młodziaka/starszą panią (do wyboru) splendorem. Szkolenie w stolycy. Wieżowce, przeszklone ściany, ołpen spejsy. Idealnie ułożone fryzury, zadbane dłonie, zapach perfum. Patrzysz na to, a potem w lustrze w łazience na swoją zmęczoną twarz i ogryzione do wysokości łokcia paznokcie i myślisz sobie „to jest to”. Pranie mózgu, praca łatwa, przyjemna, dobrze płatna i POTRZEBNA. Tak potrzebna. Opinia jest wszystkim, opinia is the KING i to Ty, właśnie Ty, ją dla nas zdobywasz. Jesteś łącznikiem, kontaktem, klejem superglue łączącym klienta z firmą.

Słuchasz tego, wsiąkasz w to, jarasz się jak stóg siana od niedopałka fajki.
Nie przeszkadza Ci nawet to, że oferują Ci umowę o dzieło. Bo przecież to swoboda, niezależność, dowolność i wolność. Podoba Ci się takie nie szablonowe rozwiązanie.

Zmieniasz styl ubierania, wbijasz się w kiecę i pantofle. Nie tak nieskazitelne jak te warszawskie ale jak na małomiasteczkowe warunki całkiem przecież eleganckie. Osiągasz sukcesy, jesteś dobra, najlepsza.

3 miesiące pod rząd pokonujesz 300 osób z całej Polski które robią to co Ty. Masz najwięcej przeprowadzonych rozmów. W nagrodę premię. Premię o wysokości 20% wynagrodzenia. 1/5 wynagrodzenia! Myślisz: „przecież gdybym zarabiała 10 tysięcy to byłoby…”. Nie myślisz o tym, że nie zarabiasz dwóch.

Mija rok. Orientujesz się, że:
- wada wzroku pogorszyła Ci się o dwie dioptrie
- posturą lekko zaczynasz przypominać Dzwonnika z Notre Damme
- łatwiej się irytujesz
- gorzej śpisz.

Ale to nic. Przecież to nic. Przed kompem sobie siedzisz a za godzinę masz tyle co w supermarkecie dziewczyny za dwie nie mają.

Mija drugi rok.Zdajesz już sobie sprawę z tego co przed rokiem a dodatkowo dociera do Ciebie, że:
- nikt Ci za badania wzroku ani okulary nie zapłacił
- swój własny prąd do pracy zużywasz, swój własny komputer COMODORE i wydałaś już łącznie 300 zł na słuchawki z mikrofonem, a dodatku na to nie masz
- nie miałaś ani dnia PŁATNEGO urlopu, PŁATNEGO zwolnienia chorobowego ale mało tego, nawet minuty PŁATNEJ przerwy w pracy.

Jakby tego było mało, zaczynasz zauważać, że od kilku miesięcy „nikną” Ci godziny pracy. Coś jakby ich mniej choć pracujesz więcej. Kiedy rozmawiasz o tym z przełożonym okazuje się tylko w tym miesiącu masz potrącone ich aż 50, bo przez taki a nie inny czas zwlekałaś z wybieraniem nr do respondenta.

Noż ku**unia jasna. Nie wiem jakim trzeba być mistrzem opierdalingu, żeby ze 120 przepracowanych godzin przesiedzieć bezczynnie 50, ale ja na pewno nim nie jestem. Dla mnie sprawa jest prosta, zakladając, że połowa z 300 osób pracujących straci po kilkanaście godzin pracy (oczywiście przez swoje „lenistwo”) można łatwo policzyć ile zyska firma, albo kieszeń osób które są zwierzchnikami tych trzech setek.

Koniec. Finito.
Nigdy nie podobało mi się określenie ”umowy śmieciowe”, ale wreszcie rozumiem jego zasadność, bo sama poczułam się jak śmieć. Nie mam nic przeciwko „elastycznym formom zatrudnienia” ale niech elastyczny w nich będzie czas, nie, cholera, zasady. Nie dam się więcej wykorzystywać, i Wy też nie dawajcie. Nie wyłączajcie myślenia. Nie dajcie wkręcać się w trybiki nienaoliwionej korporacji. Nie warto.

Aktualnie szukam pracy. Może być nawet za ten wzgardzony przez Sandrę B tysiąc, może być za mniej. Byle uczciwie.

Czytaj także:

"Opuszczam nasz kraj z poczuciem porażki. Będę zmywała gary"

19 lat, około 50 tys. zł obrotów miesięcznie i 800 ludzi pod sobą. Michał Alczyszyn najmłodszy menadżer MLM w Polsce



Autorka wpisu prowadzi bloga Archiwum Chaosu.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...