
Niemcy to dla nas motoryzacyjny raj obiecany. Szerokie, wciąż w wielu miejscach pozbawione limitów prędkości i co najważniejsze bezpłatne autostrady sprawiają, że podróż do Berlina, Monachium czy Frankfurtu to czysta przyjemność. Jednak ta sielanka kończy się gwałtownie w momencie, gdy zjeżdżasz z "autobahnu" do centrum miasta. Jeśli myślałeś, że brak winiet oznacza brak opłat, możesz się srodze zdziwić.
Wjeżdżając do niemieckich metropolii bez małego, zielonego kółeczka na szybie, wystawiasz się na strzał, który zaboli twój portfel bardziej niż tankowanie na autostradowym MOP-ie.
Umweltzone, czyli niemiecki bat na "kopciuchy" (i nie tylko)
To, co u nas dopiero raczkuje pod nazwą stref czystego transportu, w Niemczech jest codziennością od 2008 roku. Umweltzone to obszary ekologiczne, które obejmują śródmieścia kilkudziesięciu niemieckich miast. Nie myśl, że dotyczy to tylko gigantów pokroju Berlina czy Stuttgartu, bo strefy znajdziesz też w mniejszych miejscowościach, przez które możesz przejeżdżać tranzytem.
Zasada jest prosta: chcesz wjechać do centrum? Musisz mieć na przedniej szybie (po stronie pasażera) zieloną naklejkę z cyfrą "4". Potwierdza ona, że twój samochód spełnia normy emisji spalin i nie zamieni urokliwego rynku w chmurę czarnego dymu. Co ważne, raz kupiona plakietka jest ważna bezterminowo i honorowana w całym kraju.
Mandat w Niemczech za brak naklejki?
Niemiecka policja i służby miejskie (Ordnungsamt) mają oko na "obcych". Brak naklejki jest widoczny z daleka, a tłumaczenie, że "przecież moje auto jest nowe", nic nie da. Mandat za brak zielonej naklejki to obecnie równe 100 euro, czyli przy obecnym kursie znacznie ponad 400 zł.
Dla porównania, koszt wyrobienia plakietki to ułamek tej kwoty. To chyba najgorszy sposób na wydanie pieniędzy podczas zagranicznego wyjazdu, bo to płacić karę za coś, co można było załatwić za równowartość kilku kaw na stacji.
Pułapka na "elektryki"
Tutaj zaczynają się schody i prawdziwy absurd, na który nacięło się już wielu Polaków. Wydawałoby się, że jadąc Teslą czy innym elektrykiem na zielonych tablicach, jesteś "czystszy niż łza" i żadne strefy cię nie dotyczą. Nic bardziej mylnego.
Obowiązek posiadania naklejki Umweltzone dotyczy również właścicieli aut elektrycznych i hybryd plug-in. Choć w Berlinie auta z literą "E" na tablicy bywają traktowane ulgowo, to już np. we Frankfurcie nad Menem głośna była historia Polaka, który dostał mandat jadąc "elektrykiem" bez plakietki. Prawo to prawo i dokument na szybie musi być. Jedyny wyjątek? Motocykle. One wjeżdżają do stref bez żadnych opłat i naklejek.
Dobra wiadomość jest taka, że niemieckie przepisy wciąż są dość łaskawe dla starszych aut, o ile nie są to diesle z ubiegłego wieku.
Jeśli masz starszego diesla z normą Euro 2 lub 3, dostaniesz naklejkę czerwoną lub żółtą, ale z nimi do centrów miast takich jak Berlin i tak nie wjedziesz. One służą jedynie do dekoracji szyby na parkingach podmiejskich.
Gdzie kupić naklejkę i jak nie dać się naciągnąć?
To najważniejszy punkt programu. W internecie roi się od pośredników, którzy załatwią ci naklejkę za "jedyne" 150-200 zł. Polski Związek Motorowy życzy sobie za to ok. 180 zł. Nie idź tą drogą.
Najlepszym i najtańszym sposobem jest wizyta na dowolnej stacji kontroli pojazdów w Niemczech. Szukaj logo Dekra, GTÜ czy TÜV. Wystarczy podjechać, okazać dowód rejestracyjny i zapłacić od 5 do 15 euro.
W większości punktów zielona naklejka zostanie wydana od ręki za około 7,50 euro (ok. 33 zł). To dziesięć razy mniej niż zapłaciłbyś u polskiego pośrednika i ułamek kwoty mandatu.
Pamiętaj tylko o godzinach otwarcia, bo w soboty niemieckie stacje diagnostyczne pracują krótko, a w niedziele są zamknięte na cztery spusty. Warto więc zadbać o to zaraz po przekroczeniu granicy.
