
Ceny nowych samochodów w 2026 roku to temat, który u wielu wywołuje dreszcze, a u większości po prostu rezygnację. Jeśli myśleliście, że w Polsce jest drogo, spójrzcie na Japonię. Tamtejszy rynek oszalał, ale pokolenie Z zamiast potulnie przesiąść się do metra, wymyśliło system, który sprawia, że Ferrari czy Porsche przestają być tylko tapetą na telefonie. Patent jest prosty.
Mało który dwudziestolatek, nawet w Tokio czy Osace, ma w portfelu luźne kilkanaście milionów jenów na luksusowe auto. Jednak chęć poczucia włoskiej skóry pod palcami i usłyszenia ryku silnika V8 wcale nie zniknęła wraz z rosnącą inflacją.
"Split the bill", czyli jak oszukać system
Japończycy z Gen Z podeszli do tematu pragmatycznie. Skoro zrzucamy się na pizzę czy Netfliksa, to dlaczego nie na superauto?
Na fali tego trendu wypłynęła usługa Rendez-Vous. Zasada działania jest genialna w swojej prostocie i boleśnie logiczna. Zamiast brać morderczy kredyt, zbierasz grupę pięciu osób i wspólnie "kupujecie" dostęp do marzenia.
To nie jest klasyczny wynajem krótkoterminowy, gdzie auto po dobie wraca do wypożyczalni. To coś znacznie bliższego realnemu posiadaniu, ale bez finansowego samobójstwa.
Jak to wygląda w liczbach? Serwis Rendez-Vous kupuje sprawdzone auto z rynku wtórnego i przypisuje je do konkretnej piątki użytkowników. Każdy z nich dostaje kluczyki na 50 dni w roku. To wystarczająco dużo, by poczuć się jak właściciel, i wystarczająco mało, by koszty nie zwalały z nóg.
Kluczem jest tutaj utrata wartości samochodu. Jeśli auto kosztuje 20 milionów jenów (ok. 126 000 dolarów), a po roku jego wartość spadnie do 17 milionów, grupa musi pokryć tylko te 3 miliony różnicy. Po podzieleniu na pięć osób wychodzi około 600 000 jenów (niecałe 4000 dolarów) na głowę za rok zabawy.
Do tego dochodzą oczywiście koszty utrzymania, ubezpieczenie i podatki, ale finalna kwota wciąż wygląda jak okazja życia w porównaniu do zakupu Porsche 911 czy Ferrari Amalfi solo.
Koniec z kultem posiadania?
To, co dzieje się w Japonii, to nie tylko ciekawostka z drugiego końca świata. To wyraźny sygnał, że dla młodych kierowców definicja luksusu uległa zmianie. Kiedyś liczyło się to, co masz wpisane w dowodzie rejestracyjnym. Dziś liczy się access over ownership, czyli dostęp, a nie posiadanie.
Pokolenie Z widzi, że utrzymanie garażu w zatłoczonym mieście, przeglądy i użeranie się z serwisem to często więcej kłopotu niż frajdy. Platformy typu peer-to-peer, jak DriveShare, gdzie można wynająć Porsche Panamera bezpośrednio od właściciela, tylko potwierdzają tę tezę. Elastyczność stała się nową walutą.
To trochę widać w najnowszym raporcie "Droga do celu" przygotowanego przez infuture.institute we współpracy z Audi Polska. Wynika z niego, że młodzi ludzie już nie traktują samochodu jako tylko środka transportu czy wyznacznika luksusu. Dla nich to coraz częściej usługa lub emocje, bo to w aucie możemy się odizolować, pobyć samemu ze sobą, odpocząć.
Czy taki model dzielenia własności przyjąłby się w Polsce? Patrząc na to, jak chętnie korzystamy z carsharingu i jak rosną ceny w salonach, japoński model "składkowego" wydaje się jedyną sensowną drogą dla fanów motoryzacji, którzy nie chcą spędzić reszty życia na jedzeniu zupek błyskawicznych, byle tylko mieć w garażu luksusową markę.
