
Polska jest jedynym dużym krajem UE, który wciąż nie przyjął euro i nie kwapi się, aby to zmienić. Czy to mądra strategia, czy kosztowny błąd? I czy euro kiedyś musimy wreszcie przyjąć? W rozmowie z cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat" odpowiedzi udziela prof. Marek Belka – były premier, były prezes NBP i jeden z najbardziej doświadczonych polskich ekonomistów.
Kiedy Polska wstępowała do Unii Europejskiej w 2004 roku, podpisała się pod jednym zobowiązaniem, o którym dziś mało kto głośno mówi: że przyjmie wspólną europejską walutę. Nie ustalono żadnej konkretnej daty, ale sam obowiązek jest twardo wpisany w traktat. Euro miało być nie tyle przywilejem, ile naturalnym krokiem na drodze do głębszej integracji europejskiej.
Minęło ponad dwadzieścia lat i krok ten wciąż uczyniony nie został. Politycy kolejnych rządów – zarówno lewicy, jak i prawicy – unikali tematu jak ognia. Euro stało się w Polsce przedmiotem strachu, a nie poważnej debaty. Tymczasem do strefy euro przystępowały kolejne kraje "nowej UE" – Słowenia, Cypr, Malta, Słowacja, Estonia, Łotwa, Litwa, Chorwacja, a niedawno Bułgaria. Polska została w kurczącym się klubie posiadaczy odrębnej waluty.
W tym czasie zdążył wyrosnąć jeden z najpopularniejszych argumentów przeciw euro: że to złoty uratował nas przed recesją podczas wielkiego kryzysu finansowego. Że własna waluta daje nam swobodę i elastyczność, której nie ma żaden kraj ze wspólną walutą. Że lepiej zachować złotego, bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Brzmi rozsądnie – ale czy na pewno jest prawdziwe?
W rozmowie z cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat" Jakub Noch pyta o to prof. Marka Belkę – premiera RP w latach 2004-05 i prezesa NBP w okresie 2010-16, a przede wszystkim jednego z najbardziej doświadczonych polskich ekonomistów, z wiedzy którego korzystały takie organizacje, jak G20.
Czy Polska musi przyjąć euro?
prof. Marek Belka
były premier RP i były wieloletni prezes NBP
Jakub Noch: Dlaczego? Od lat wielu ekonomistów przekonuje, że to by się nie opłaciło. I przypominają, iż płynny kurs złotego uratował nas przed recesją. Prof. Marek Belka: Bzdura. Płynny kurs to był epizod z roku 2008, kiedy złoty osłabł. Ale była to sytuacja szczególna, bo dwa-trzy lata wcześniej złoty niemożliwie się umacniał – była bańka spekulacyjna na złotym. Jej konsekwencją były zresztą niesławne frankowe kredyty hipoteczne.
Można powiedzieć, że ta bańka pod wpływem kryzysu 2008 roku pękła. W tej chwili nie obserwujemy żadnej bańki spekulacyjnej na złotym. Zatem w normalnych warunkach nie można liczyć na kolejną taką reakcję złotego na zagrożenie ewentualną recesją.
W jaki sposób ekonomiczny świat się zmienił od czasu, gdy złoty był ratunkiem?
Brak euro uratował nas wtedy przypadkiem. Natomiast dziś ponosimy głównie koszty posiadania własnej waluty. Przede wszystkim nasz system pieniężny jest bardziej niestabilny – kurs złotego waha się bardziej niż kurs euro. A tak naprawdę suwerennej polityki pieniężnej i tak nie prowadzimy.
Z jednym wyjątkiem: przed wyborami parlamentarnymi w 2023 roku, mimo bardzo wysokiej inflacji prezes NBP i ówczesna Rada Polityki Pieniężnej obniżyli stopy procentowe. To było bez sensu i przez kilka lat owocowało wyższą inflacją, niż gdyby polityka pieniężna była rozsądna. Argument, że możemy prowadzić własną politykę pieniężną, jest więc nietrafny – raz jak naprawdę ją prowadziliśmy, była zła.
Zobacz także
W pozostałym czasie złoty po prostu podąża za euro, tyle że stopy procentowe u nas, a więc koszt funkcjonowania gospodarki, są znacznie wyższe. Jest to szczególnie istotne w okresie turbulencji, takich jak te, które właśnie przeżywamy. Mamy bardzo wysoki i szybko rosnący dług publiczny.
Pocieszamy się, że oprocentowanie naszych obligacji na rynku jest niewysokie, ale to nieprawda. Jest dosyć wysokie, dwukrotnie wyższe niż gdybyśmy byli w strefie euro. To właśnie są koszty posiadania własnej waluty: rośniemy wolniej, inwestycje są droższe. Nie mówiąc już o kredytach hipotecznych. Kto dziś chce kupić lub zbudować dom w Polsce, płaci prawie 7 proc. odsetek, podczas gdy w Hiszpanii to 3,5 proc. Ale czy jesteśmy w ogóle gotowi na przyjęcie euro? Inflacja jest ciągle wysoka, deficyt rośnie, kryteriów z Maastricht nie spełniamy. Nie spełniamy kryteriów z Maastricht, ale przecież my nawet nie mówimy, że chcemy przyjąć euro. A przez to nie działa też drugi czynnik dyscyplinujący finanse publiczne, jakim byłoby samo dążenie do członkostwa w strefie euro.
Nawiasem mówiąc, argument, że jesteśmy za biedni, żeby przyjąć euro, jest bzdurny. Chorwacja, Bułgaria, Słowacja świetnie sobie radzą z euro i są biedniejsze od nas. Poziom dochodu narodowego nie ma nic do rzeczy, jeśli chodzi o możliwość posiadania wspólnej waluty europejskiej. Jak długo Bruksela – a właściwie Frankfurt, gdzie siedzibę ma Europejski Bank Centralny – wytrzyma polskie przeciąganie momentu przyjęcia euro? W sytuacji, gdy Polska i część krajów nie przyjęła wciąż euro, zawsze istnieje opcja… wyjścia z Unii Europejskiej. Wielka Brytania to przećwiczyła i dziś tego żałuje. Dopóki nie jesteśmy w strefie euro, tą opcją można grać, osłabiając zresztą całą Unię.
W momencie wejścia do strefy euro ta opcja przestaje być realna, ponieważ koszt wyjścia z euro jest kosmiczny i niepoliczalny. Pokazuje to zresztą przykład Giorgii Meloni, która będąc w opozycji, przebąkiwała o wyjściu z euro, a dziś Włochy są pierwszym klientem Europejskiego Banku Centralnego. Podobnie jest z nacjonalistami francuskimi.
Mówiąc krótko: kto uważa, że Unia Europejska jest rzeczą historycznie korzystną, powinien być za wejściem do strefy euro. Kto uważa, że to rozwiązanie przejściowe i że należy szukać szczęścia gdzie indziej – no cóż, chyba w objęciach Putina, bo w objęciach Trumpa to raczej za daleko – ten oczywiście może być przeciwnikiem wejścia do strefy euro. To są jednak już względy geopolityczne i bezpieczeństwa, nie ekonomiczne.
"Tylko 1 pytanie naTemat" – konkretne rozmowy na ważne tematy
Rozmowa z prof. Markiem Belką to pierwszy odcinek nowego cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat". Co tydzień rozmawiamy z najciekawszymi postaciami ze świata polityki, ekonomii, nauki i kultury – ale inaczej niż zwykle. Zamiast gonić za wszystkimi tematami naraz, zatrzymujemy się przy jednym: konkretnym, ważnym i wartym prawdziwej rozmowy pytaniu o Polskę, Europę i świat.
Bo czasem jedna dobra odpowiedź mówi więcej niż godzinny wywód.
