Muzycy Iron Maiden i plakat "Burning Ambition".
Widzieliśmy film dokumentalny o Iron Maiden. Efekt? Raczej rozczarowujący. Foto: Photography Stock Ruiz/Shutterstock, Mat. Prasowe

Gdy nadajesz filmowi o Iron Maiden tytuł "Burning Ambition", sugerujesz, że widz zobaczy fascynującą opowieść o zespole, która stara się wyjaśnić, skąd wziął się fenomen legendarnej kapeli. Czy to się udało? I tak, i nie. Od razu jednak podpowiemy, że zachwyceni po seansie będą tylko fanatyczni wielbiciele grupy.

REKLAMA

Na ekrany polskich kin wszedł "Burning Ambition", film dokumentalny o losach Iron Maiden. Już tytuł brzmi jak zapowiedź czegoś fascynującego. Tyle że efekt jest mocno przeciętny.

Iron Maiden na dużym ekranie to fajny pomysł, ale...

Pomysł wydawał się interesujący: w końcu mowa o największym heavymetalowym zespole na świecie, który od wczesnych lat 80. regularnie zachwyca fanów porywającymi koncertami i (mniej lub bardziej) udanymi płytami.

I początkowo twórcy nawet zdają egzamin. A to starają się wyjaśnić fenomen zespołu jego odwzajemnioną miłością do fanów, a to tym, że grupa ma swoją maskotkę – truposza Eddi'ego – a to wreszcie ambicją i pracowitością muzyków oraz napięciami na linii Steve Harris-Bruce Dickinson.

Przez pierwszą godzinę to naprawdę działa. Widzimy entuzjastyczne (choć w tym wypadku to eufemizm) zachowania fanów na koncertach w latach 80., słyszymy współczesne wypowiedzi przedstawicieli fanbase'u (w tej roli m.in. przedstawiciel Polski, a także aktor Javier Bardem, perkusista Metalliki, Lars Ulrich, czy gitarzysta Rage Against the Machine, Tom Morello) o znaczeniu, jaki ma w ich życiu muzyka Iron Maiden – nietypowego zespołu metalowego z własnym browarem.

Na to nakładają się barwne opisy przebytych tras koncertowych, w tym polskie występy z 1984 roku. I właściwie ten segment jest najciekawszy i wieńczy udaną część "Burning...".

"Burning Ambition" to tylko dłuuuuga reklama zespołu?

Następnie oglądamy, jak w zespole dochodzi do rozłamu: odchodzi gitarzysta Adrian Smith, a następnie wokalista Bruce Dickinson, który dekadę temu był zachwycony flagowym produktem polskiego lotnictwa – samolotem Flaris. Obaj zostają zastąpieni przez kolejno: Janicka Gersa i Blaze'a Bayley'a. Widzimy upadek zespołu: to, że nagle ze stadionów spada ponownie do etapu większych klubów.

I wreszcie – jak w rasowym hollywoodzkim hicie – do grupy wracają Smith oraz Dickinson i ta wraca na szczyt. Tu pełnokrwista opowieść się kończy.

Stale powracające wypowiedzi o tym, jak to muzycy kochają swoich fanów, a fani muzyków po prostu nużą. Bardzo mało dowiadujemy się tu o relacjach w grupie.

Oczywiście jest tu pokazana pewna rywalizacja pomiędzy krnąbrnym wokalistą a dominującym założycielem Iron Maidem, basistą Steve'em Harrisem, ale temat szybko zostaje spłycony do rzekomo jednej sprzeczki o to, kto powinien stać na środku sceny. Ani słowa o tym, że Dickinson chciał mieć większy wpływ na twórczość formacji (o czym fani wiedzą z licznych biografii książkowych).

Druga godzina filmu przypomina zresztą przerośniętą reklamę zespołu, w czasie której ten stale nagrywa genialne albumy, powszechnie kochane przez wszystkich (tak nie jest), gra niezapomniane trasy koncertowe (bliższe prawdy) i z wielkim bólem serca żegna się z podstarzałym perkusistą, który nie jest już w stanie grać dynamicznego heavy metalu.

O tym, że dokument o zespole metalowym może wyglądać inaczej, świadczy choćby "Some Kind of Monster", który pokazuje Metallikę – powracającą w maju do Polski – w momencie kryzysu twórczego i bliską rozpadu. Fenomen ciężkiego grania o stokroć lepiej przeanalizowano w "Metal: A Headbanger’s Journey", w którym znaczenie takich dźwięków pod lupę biorą nawet antropolodzy. Nie wspominając o serialu "Helvete", który w fascynujący sposób opowiada o początkach norweskiego black metalu.

Od razu zaznaczę: nie przyjmuję argumentu, że gdyby do "Burning..." dodać fragmenty analizujące twórczość "Ironów" na poważnie (np. przez krytyków muzycznych), film byłby za długi. Jego druga część jest bowiem rozwleczona i nudna przez powtarzające się zachwyty fanów i banalne wypowiedzi muzyków o tym, jaką to rodzinę tworzą ze swoimi wielbicielami. To materiał na reklamę, a nie ciekawy dokument, do którego chce się wracać.

Nie wiem, jak film dokładnie powstawał, ale można odnieść wrażenie, że w realizację zbyt mocno ingerował management. W efekcie powstał produkt marketingowy, a nie pełnokrwisty dokument. "Blood Brothers" będą zachwyceni, ale niedzielni fani rocka podrapią się tylko po głowie, nadal nie w pełni rozumiejąc, skąd wziął się fenomen "Żelaznej Dziewicy".