
Nowy film Stevena Spielberga ma być jednym z najgłośniejszych powrotów do tematu UFO. "Dzień Objawienia" już samym tytułem obiecuje wejście w świat tajnych dokumentów, sygnalistów i wielkiego ujawnienia. Bartosz Migas z "Biura Tajemnic" sprawdza, czy za tą obietnicą kryje się coś więcej niż hollywoodzka legenda.
Nowy film Stevena Spielberga, "Dzień Objawienia" – w oryginale "Disclosure Day" – miał premierę 10 czerwca 2026 roku i już samym tytułem obiecuje wejście w środek jednej z najgorętszych współczesnych debat. Czy rządy, zwłaszcza amerykański, ukrywają prawdę o UFO?
Dla wielu widzów nazwisko Spielberga jest dodatkową obietnicą. To przecież twórca kultowych "Bliskich spotkań trzeciego stopnia", filmu, który na dekady ukształtował popkulturowe wyobrażenie o kontakcie z obcą cywilizacją.
W specjalnym odcinku podcastu "Biuro Tajemnic" Bartosz Migas przygląda się filmowi nie tyle jak klasyczny recenzent kina, ile jako osoba śledząca ufologiczny kontekst.
Film omija najważniejszy temat?
Migas przypomina, że Spielberg sam podgrzewał atmosferę wokół filmu. Miał sugerować, że inspiracją były prawdziwe wydarzenia i współczesny ruch disclosure, czyli fala działań, zeznań i publikacji dokumentów dotyczących niezidentyfikowanych obiektów latających.
Chodzi m.in. o przełomowy artykuł z 2017 roku, doniesienia o tajnych programach Pentagonu, nagrania udostępniane przez amerykańskie instytucje oraz głośne zeznania Davida Grascha z 2023 roku.
Problem w tym, że – jak ocenia autor podcastu – w samym filmie tych wątków prawie nie ma. Nie ma politycznej gry, sygnalistów, napięć w armii ani realnego zaplecza sporu o ujawnienie dokumentów. Zamiast tego widz dostaje fikcyjną opowieść o człowieku uciekającym z tajnymi nagraniami przed organizacją strzegącą wiedzy o kosmitach.
Tajna agencja, która nie budzi grozy
Najostrzej Migas punktuje konstrukcję filmowej intrygi. Tajna organizacja, która ma pilnować największej tajemnicy ludzkości, wypada jego zdaniem zaskakująco nieporadnie. Zamiast atmosfery paranoi i napięcia pojawiają się pościgi, banalne rozwiązania fabularne i sceny, które miejscami wywołują śmiech – nie zawsze chyba zamierzony.
Postaci również nie pomagają. W ocenie prowadzącego są płaskie, jednowymiarowe i często istnieją tylko po to, by wypowiedzieć potrzebną kwestię, po czym zniknąć z pamięci widza. A to szczególnie rozczarowujące, bo temat aż prosi się o psychologiczne napięcie: kto ma prawo ukrywać prawdę? Czy ludzkość naprawdę nie jest gotowa na kontakt? I co stałoby się po oficjalnym ujawnieniu?
Zobacz także
Czy ludzkość naprawdę spanikowałaby po prawdzie o UFO?
Najciekawszy fragment podcastu dotyczy nie samej fabuły, ale założenia, które od lat powraca w ufologii, że rządy ukrywają informacje o obcych, bo społeczeństwa pogrążyłyby się w chaosie. Migas podważa tę tezę. Przypomina, że UFO od ponad 75 lat funkcjonuje w popkulturze, książkach, filmach, podcastach i debacie publicznej. To nie jest już temat egzotyczny ani nieznany.
Jego zdaniem trudno uwierzyć, że oficjalne potwierdzenie istnienia obcych cywilizacji nagle zburzyłoby religie, rządy i porządek społeczny. Historia zna rewolucje naukowe, które zmieniły ludzkie myślenie o świecie, ale nie doprowadziły do końca cywilizacji.
Najmocniejsza konkluzja brzmi gorzko. "Dzień Objawienia" nie jest filmem, który rozwija współczesną debatę o UFO. Nie przemyca sensacyjnych tropów, nie buduje wiarygodnego spisku i nie daje poczucia, że Spielberg naprawdę chce opowiedzieć o ruchu disclosure. Bardziej wygląda to – jak sugeruje Migas – na próbę wykorzystania zainteresowania ufologią i własnej legendy reżysera, który "zna UFO".
A jednak odcinek "Biura Tajemnic" warto obejrzeć w całości, bo najciekawsze dzieje się nie w samej ocenie filmu, lecz w pytaniach, które przy okazji padają. Czy prawda o UFO naprawdę byłaby dla nas szokiem? Czy obcy, gdyby chcieli się ujawnić, potrzebowaliby ludzkich pośredników? I dlaczego współczesne kino tak często ucieka od realnych kontrowersji w bezpieczną fikcję?






