Emily Blunt i Josh O'Connor w "Dniu objawienia"
"Dzień objawienia" to apel Spielberga do ludzi Fot. Kadr z "Dnia objawienia"

"Dzień objawienia" Stevena Spielberga to widowisko science fiction, które tylko pozornie opowiada o UFO. W rzeczywistości jest filmem o ludziach. Poprzez historię o kontakcie z pozaziemską cywilizacją legenda kina apeluje o humanizm i empatię. Dziś jego apel wybrzmiewa wyjątkowo mocno.

REKLAMA

Nowy film Stevena Spielberga, kinowej legendy i popkulturowej instytucji, podoba się większości krytyków i fanów. Na Rotten Tomatoes ma obecnie 80 procent pozytywnych opinii od recenzentów i niewiele mniej, bo 75 procent, od publiki. To naprawdę bardzo dobre oceny.

Oczywiście nie wszyscy są przekonani. W tej drugiej grupie jest mój redakcyjny kolega Jacek Walewski, który przyznał "Dniu objawienia" dwie gwiazdki i nazwał dzieło science fiction "kosmiczną katastrofą". "Najgorsze w tym wszystkim jest to, że twórcy mówią o temacie, który można przetworzyć w naprawdę fascynujący sposób (...). Można było pokazać, jak wiadomości o UFO wpływają na geopolitykę, ekonomię czy religię. Ale nie! Łatwiej pójść w tanią sensację i wyścigi podkradzione z 'Szybkich i wściekłych'" – pisze w swojej recenzji Jacek. Nazywa też scenariusz "naiwnym i pretekstowym".

Jego opinię bardzo szanuję, ale... zupełnie się z nią nie zgadzam, na co wskazuje już liczba gwiazdek przyznanych przeze mnie "Dniu objawienia".

O czym jest "Dzień objawienia"? UFO, rządowy spisek i kosmiczna technologia to dopiero początek

Uwaga, małe spoilery.

W "Dniu objawienia" jesteśmy wrzuceni w sam środek akcji. Steven Spielberg oraz współscenarzysta David Koepp ("Park Jurajski", "Wojna światów") nie tracą czasu na wprowadzenia i wyjaśnienia, co niektórych widzów może odstraszyć. Reżyser nagrodzi jednak publiczność za cierpliwość.

Na samym początku poznajemy Daniela Kellnera (wspaniały Josh O'Connor, gwiazdor "The Crown", "Challengers" i "Żywy czy martwy"). To młody analityk ds. cyberbezpieczeństwa, który postanawia ujawnić prawdę skrywaną przez amerykański rząd i tajną agencję Wardex. Jaka to prawda? Kosmici istnieją, a politycy i naukowcy nie tylko poddają ich okrutnym eksperymentom, ale bezczelnie wykorzystują ich technologię.

Kellner nie działa sam. Wraz z nim z rządowej agencji odeszła grupa ludzi na czele z jedną z szych, Hugo Wakefieldem (wciąż niedoceniany, dwukrotnie nominowany do Oscara Colman Domingo), który głęboko wierzy, że świat powinien dowiedzieć się o kontaktach z obcymi. Podobnego zdania jest Daniel, który ukradł z Wardexu ściśle tajne materiały o pozaziemskiej cywilizacji. Chce wszystko wpuścić do sieci.

Daniel i jego dziewczyna Jane (Eve Hewson z "Co kryją jej oczy" i genialnego "The Knick", prywatnie córka Bono) uciekają przed agentami Wardexu i jej bezwzględnym szefem Noah Scanlonem. Scanlon, w którego wciela się sam laureat Oscara Colin Firth, ikona brytyjskiego kina, nie waha się użyć obcej technologii, aby uciszyć whistleblowera.

logo
Fot. Kadr z "Dnia objawienia"

Podczas gdy widz stara się połapać, o co chodzi Danielowi i Wardexowi, poznajemy drugą główną bohaterkę, Margaret Fairchild (absolutnie znakomita Emily Blunt, gwiazda "Oppenheimera" i serii "Diabeł ubiera się u Prady"). Margaret jest pogodynką z Kansas City, która pewnego dnia zaczyna dziwnie się zachowywać. Bezwiednie mówi w obcych językach i czyta myśli ludzi. Jakby tego było mało, na antenie zaczyna wydawać z siebie tajemnicze dźwięki, które okazują się językiem kosmicznej rasy. Jedyną osobą, która je rozumie jest Daniel Kellner...

"Dzień objawienia" można z łatwością podzielić na dwie części. W pierwszej zostajemy wrzuceni na głęboką wodę, poznajemy (niestety po łebkach) Daniela, Margaret i Wardex. Akcja jest szybka, wyjaśnień jest mało, możemy czuć się zagubieni, ale stopniowo dostajemy kolejne puzzle, które uważny widz może zacząć składać w całość. Druga część, która rozpoczyna się po spotkaniu Daniela i Margaret, to absolutne serce filmu i moment, kiedy "Dzień objawienia" z thrillera zamienia się w poemat science fiction, a widownia zostaje nagrodzona za swoją wytrwałość.

Steven Spielberg znowu patrzy na kosmitów z fascynacją i empatią

Steven Spielberg lubi filmy o UFO. Ma w swoim dorobku brutalną i pełną grozy "Wojnę światów" o inwazji z kosmosu, ale "Dzień objawienia" jest duchowym dzieckiem jego dwóch wcześniejszych dzieł: "Bliskich spotkań trzeciego stopnia" z 1977 roku i "E.T." z 1982 roku. Obcy nie są w nich zagrożeniem, lecz symbolem dziecięcej niewinności, duchowego uniesienia, nadziei i chęci porozumienia ponad podziałami. Podobną ścieżką 79-latek idzie w swoim najnowszym filmie, ponownie dając pokaz charakterystycznych dla swojej twórczości empatii i humanizmu.

logo
Fot. Kadr z "Dnia objawienia"

"Dzień objawienia" jest bardzo dobrym filmem, ale z całą pewnością nie jest filmem doskonałym. Ma wady. Tajemnicze kosmiczne urządzenie jest fabularnym wytrychem, które potrafi właściwie wszystko, w scenariuszu są dziury, bohaterowie nie są w pełni rozwinięci, kosmici to stereotypowe ufoludki (co, moim zdaniem, było celowym zabiegiem Spielberga), a komputerowo wygenerowane zwierzęta wyglądają jak... komputerowo wygenerowane zwierzęta.

Nie ma to jednak większego znaczenia, bo siłą "Dnia objawienia" jest – nieważne, jak tandetnie to brzmi – jego serce. Spielberg doskonale zdaje sobie sprawę z tego, w jakiej kondycji jest współczesny świat. Ba, w filmie ludzkość jest na krawędzi III wojny światowej.

Reżyser "Szczęk" i "Poszukiwaczy Poszukiwaczy zaginionej Arki" mógł dać nam spektakularny blockbuster o kosmicznej inwazji, ale nie chciał tego robić. Zamiast tego stworzył piękny apel o humanizm i empatię. To właśnie empatia jest ewolucją – mówi w pewnym momencie filmowy Hugo Wakefield.

Dalsza część artykułu poniżej.

– U podstaw "Dnia objawienia" leży pytanie: co stało się z naszą empatią? Czy prawdziwy dzień ujawnienia zjednoczyłby to, co dziś jest podzielone, albo pomógł naprawić szkody wyrządzone przez stopniowy zanik empatii? Właśnie w tym tkwił dla mnie osobisty wymiar tej historii. W tym filmie większy nacisk położono na ludzkie relacje niż nawet na samo, pełne nadziei spotkanie między pozaziemską cywilizacją a ludzkością – tłumaczył Steven Spielberg w Entertainment Weekly.

"Dzień objawienia" nie jest więc filmem o UFO, lecz filmem o ludziach. Poprzez postaci Daniela i Margaret Spielberg mówi do nas: słuchajcie i czujcie. Rozmawiajcie, próbujcie się porozumieć, dostrzegajcie innych. Porzućcie egocentryzm, bo wyginiecie. Naiwne? Tak. Ale w cynicznym świecie potrzebujemy właśnie takiej naiwności.

Nawet jeśli odłożymy na bok przesłanie i przymkniemy oko na wady, "Dzień objawienia" pozostaje dziełem wielkiego Stevena Spielberga, który po raz kolejny pokazuje, jak wybitnym jest reżyserem i jak kręcić filmy. Pomagają mu w tym mistrzowie: polski operator Janusz Kamiński i kompozytor John Williams. Razem przypominają, czym jest kino absolutne – nie tylko obrazem i dźwiękiem, ale przede wszystkim czuciem, emocjami i przeżyciem.