Emily Blunt w Dzień objawienia
"Dzień objawienia" to kosmiczna katastrofa Fot. materiały prasowe

Świat wstrzymał oddech! W kinach można już obejrzeć "Dzień objawienia" Stevena Spielberga. Mieliśmy poznać prawdę o UFO. Ta jednak okazuje się przerażająco nudna. Tak nudna, że od razu musiałem napisać recenzję.

REKLAMA

Jestem tak stary, że pamiętam czasy, gdy nazwisko Spielberg było synonimem wspaniałego reżysera. W końcu mowa o twórcy, który potrafił przerazić nas rekinami na tyle, że baliśmy się wejść do Bałtyku, ocieplić wizerunek Obcych za pomocą "E.T.", zaprosić na przygodę z Indianą Jonesem czy wreszcie przywrócić do życia dinozaury. Teraz jednak ośmieszył nawet najbardziej fascynujące teorie spiskowe.

Recenzja "Dnia objawienia". Miała być sensacja...

Chyba żaden film nie miał tak udanej, do tego nieintencjonalnej kampanii promocyjnej. "Dzień objawienia" pojawia się w kinach w czasie, gdy władze USA odtajniają kolejne "paczki" z materiałami o UFO. I w tym czasie Spielberg prezentuje nam film, którego główną oś fabularną stanowi właśnie to: grupa osób postanawia pokazać światu, jaka jest prawda o kosmitach.

Całość zaczyna się zresztą jak u Hitchcocka. Jeden z dwójki głównych bohaterów, analityk ds. cyberbezpieczeństwa Daniel Kellner (Josh O'Connor), ucieka "facetom w czerni". Dowiadujemy się, że posiada materiały, które mogą wstrząsnąć światem. W tym samym czasie popularna pogodynka Margaret Fairchild (Emily Blunt) w czasie emisji prognozy pogody na żywo zaczyna mówić w tajemniczym, obcym języku. Amerykanie mają nie tylko problem z zaplanowaniem weekendu, ale też zaczynają zastanawiać się, o co chodzi.

Tę dwójkę chce dopaść agent Noah Scanlon (Colin Firth), który stoi na czele agencji, która od dekad ukrywa przed nami wszystkimi prawdę o UFO. Aha, w tle trwają jeszcze przygotowania do III wojny światowej. To tak jakby stawka już teraz nie była wysoka.

... a wyszła naiwna odpowiedź dla starszych fanów "Stranger Thing"

Opis brzmi ciekawie. Niemal jak "Problem trzech ciał", ale po amerykańsku, czyli będzie głośniej i jeszcze bardziej epicko!

Problem w tym, że scenariusz jest po prostu skrajnie naiwny i pretekstowy. Bohaterowie wychodzą z licznych opresji zupełnie jak postaci w grach, które atakują zombie-NPC. Wiele rzeczy dzieje się tu tylko dlatego, by popchnąć fabułę do przodu. I, czego szczególnie nie lubię w filmach: jeżeli w ogóle coś dowiadujemy się o bohaterach (o tym za chwilę), to z tego, co nam mówią. Zasada "show, don't tell" tutaj nie obowiązuje.

To ostatnie prowadzi nas do, no właśnie, słabo napisanych bohaterów. Właściwie trudno nam w pełni pojąć ich motywacje. Mało wiemy o ich przeszłości, a jeżeli już coś, to nie są to fakty, które tłumaczyłyby nam ich charaktery czy sposób zachowania.

Dalsza część artykułu poniżej.

Aktorzy robią tu co mogą, najbardziej stara się zabłysnąć i wycisnąć coś z tej pustki Blunt, ale ostatecznie i ona przegrywa w walce ze skryptem.

I dochodzimy w końcu do słonia w pokoju: efektów specjalnych. Z reguły nie zwracam na nie uwagi. Do czasu jednak. Tu oznaczają bowiem żałośne słabe CGI. Nie chcę spoilerować, ale scena kończąca film zamiast podnieść włosy na moich rękach, sprawiła, że niemal wybuchnąłem śmiechem.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że twórcy mówią o temacie, który można przetworzyć w naprawdę fascynujący sposób (jeszcze raz polecam książki z serii "Wspomnienie o przeszłości Ziemi"). Można było pokazać, jak wiadomości o UFO wpływają na geopolitykę, ekonomię czy religię. Ale nie! Łatwiej pójść w tanią sensację i wyścigi podkradzione z "Szybkich i wściekłych".

Jak to mogło przejść przez filtry Spielberga!?

Na początku wspomniałem, że wychowałem się na filmach Spielbergach. Do dziś uważam "Park Jurajski" czy "Szczęki" za produkcje fenomenalne, które powinny inspirować młodszych twórców. "Dzień objawienia" powinien być analizowany zaś na zajęciach ze scenopisarstwa, ale dotyczących tego, jak nie pisać skryptu. Na odtrutkę proponuję kilka filmów o UFO, które są o wiele lepsze.