Ignacy Liss w serialu "Proud"
Ignacy Liss w godzinę ulepił bohatera, jakiego w polskim streamingu jeszcze nie było. Recenzja pierwszego odcinka "Proud" Fot. materiał prasowy

"Proud" nie jest jak żaden inny polski serial na HBO Max. Modelowi granemu przez Ignacego Lissa również daleko do jakiegokolwiek znanego nam bohatera w rodzimym streamingu. Pierwszy odcinek to wprowadzenie do historii o skrzywdzonym młodym człowieku, który próbuje zagłuszyć żal, jakim naznaczone było jego dotychczasowe życie. Prolog wystarczył, żebym chciała sięgnąć po więcej.

REKLAMA

Imprezy, zlecenia modelingowe, przyjemności – wokół nich kręci się życie Filipa, aroganckiego modela, którego własne problemy i przyzwyczajenia powoli zjadają go od środka. Na pierwszy rzut oka "Proud" w reżyserii Karola Klementewicza ("Powiedz TAK!") kreśli nam historię geja, którego z początku nie da się lubić. Lekceważy każdego, kto jest już zmęczony niesieniem mu pomocy; sypia z kim popadnie bez dbania o bezpieczeństwo, a konsekwencje jego egoizmu i beztroski ponoszą osoby trzecie.

Polski serial, który zadebiutował w połowie miesiąca dumy, już od pierwszego odcinka zapowiada się jako scenopisarska perła. Rzadko zdarza się, by twórcy w tak umiejętny sposób zawarli w godzinnym prologu wszystko, czego potrzebuje dobre wprowadzenie.

"Proud" zachwyca od pierwszego odcinka. To może być przełom w polskim streamingu

Po imprezie do białego rana Filip budzi się w mieszkaniu w towarzystwie kilku półnagich mężczyzn, których poznał podczas castingu dla modeli. Gdy ledwo otwiera oczy, widzi przed sobą wściekłą i rozczarowaną siostrę. Anka (w tej roli Sylwia Boroń) to samotna matka, która ma na głowie znacznie większe obowiązki niż pilnowanie stojącego nad przepaścią młodszego brata. Już po jednej scenie widzimy, że nie robi mu rodzicielskiego wykładu po raz pierwszy. Coś w niej jednak pękło i nie zamierza dłużej tolerować jego wybryków.

Filip w oczach większości postaci, które wpadają na niego na mieście, jawi się jako nieodpowiedzialny, zuchwały i egocentryczny. W ich spojrzeniach nie dostrzeżemy niczego dobrego na jego temat – sam doskonale zadbał o złą reputację. Co po zapoznaniu nas ze swoim antybohaterem zrobił Karol Klementewicz wraz ze scenarzystką Moniką Pęcikiewicz? Duet bez sięgania po nadmierną ekspozycję zasiał w scenariuszu ziarna, które nie usprawiedliwiają modela, ale mają potencjał na znakomicie rozpisany wątek odkupienia.

logo
Ignacy Liss w serialu "Proud". Fot. materiał prasowy

Bo sami widzicie, Filip nosi maskę, która niczym gruby mur chroni go przed zranieniem. Możemy zauważyć to, kiedy na przesłuchaniu mężczyzna z agencji modelingowej zaczyna się dławić i tylko on – w stroju Adama – rusza mu na pomoc. Bezinteresownie, niemniej z wymalowaną na twarzy obawą, że komuś uda się dojrzeć jego prawdziwe ja. W krótkiej rozmowie z siostrą słyszymy zresztą, że oboje zostali porzuceni przez ojca i byli wychowankami domu dziecka.

Dalsza część artykułu poniżej.

Pierwszy odcinek "Proud" kończy się wprowadzeniem konfliktu, który zgodnie z zasadami dramaturgii wystawi Filipa na próbę. Ignacy Liss – jeden z najbardziej obiecujących aktorów młodego pokolenia – w zaledwie godzinę ulepił naprawdę wiarygodny portret skrzywdzonego chłopaka, któremu życie rzuci jeszcze niejedno wyzwanie.

Serial nagrodzony podczas międzynarodowego festiwalu Series Mania łączy naturalne i adekwatne dla formatu aktorstwo z intrygującą narracją oraz hipnotyzującą produkcją, nie traktując wielkomiejskiej otoczki i tematu społeczności LGBTQ+ jako elementu estetycznego. Czuć, że twórcy nie chcą na siłę przekonywać odbiorców do konkretnych poglądów, a raczej dać im bogate narzędzia, by na własną rękę – poprzez to, co widzą na małym ekranie – mogli przemyśleć ponownie swoje stanowisko.