
Niemcy ze Stuttgartu właśnie pokazali odświeżone nowe Porsche Taycan na kolejny rok modelowy i udowadniają, że puryści nie mają się czego bać. Wręcz przeciwnie. To, co zrobili z tym autem, to pokaz siły i technologii, która ma uratować emocje w erze elektromobilności, zwłaszcza w tym modelu.
Głównym punktem programu w nowej odsłonie Taycana jest system E-Shift. Co to takiego? To technologia, która ma sprawić, że wasz samochód elektryczny przestanie brzmieć i zachowywać się jak bezduszny mikser. Za pomocą łopatek przy sportowej kierownicy GT możemy teraz przeklikać osiem wirtualnych przełożeń. Czyli coś, co ostatnio testowałem w Lexusie RZ, czy też jest w Hyundaiach Ioniq N.
Żeby była jasność, to nie jest tylko grafika na ekranie. Porsche podeszło do tematu śmiertelnie poważnie. Zmianie biegów towarzyszy realnie wyczuwalne szarpnięcie, a moment hamujący zależy od tego, które "wirtualne" przełożenie wybierzemy. Zupełnie tak, jakbyśmy hamowali silnikiem w klasycznej spalinówce.
Do tego dochodzi uaktualniony, głęboki dźwięk Porsche Electric Sport Sound, który ryczy zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz auta, idealnie dostosowując się do obciążenia i symulowanych obrotów. Efekt? Zobaczymy, przetestujemy i się wypowiemy.
Ale dla purystów, którzy płakali za dźwiękiem boksera, to może być brakujący element układanki. A dla absolutnych ekstremistów przygotowano coś jeszcze, bo topowa odmiana Turbo GT z pakietem Weissach dostanie fabryczny zestaw Manthey Kit, z którym Lars Kern właśnie wykręcił na Nürburgringu kosmiczny czas 6:55,533 min.
W końcu elektryk na normalną trasę
Zostawmy na chwilę torowe szaleństwa, bo Taycanem jeździ się też na co dzień i w dalekie trasy. Do tej pory największą zmorą potężnych elektryków była uciekająca w oczach energia podczas autostradowych przelotów.
Niemcy mocno usiedli nad efektywnością i dla bazowych wersji z napędem na tył dorzucili specjalne opony letnie o ekstremalnie niskich oporach toczenia. Wynik? W połączeniu z większym akumulatorem Performance Plus maksymalny zasięg WLTP wzrósł do barierowych 700 kilometrów.
Nawet jeśli odejmiemy od tego margines na realne warunki drogowe, dynamiczną jazdę czy klimatyzację, dostajemy luksusowego elektryka, którym bez stresu i ciągłego zerkania na stan baterii przejedziemy pół Polski na jednym ładowaniu.
Ekranologia na najwyższym poziomie
Wchodząc do wnętrza, od razu widać, że Porsche odrobiło lekcję z nowoczesnych multimediów, którą wcześniej przerabialiśmy już w elektrycznym Macanie i ostatnio mieliśmy okazję podziwiać w pierwszym elektrycznym Cayenne.
Nowy system multimedialny Porsche Communication Management (PCM) zyskał aż pięciokrotnie większą moc obliczeniową. Zapomnijcie o jakimkolwiek klatkowaniu czy opóźnieniach przy przesuwaniu mapy.
Koncepcja Porsche Digital Interaction to teraz małe dzieło sztuki użytkowej. Na ekranie głównym wita nas trójwymiarowy model Taycana renderowany w czasie rzeczywistym i dokładnie w takim kolorze lakieru, jaki wybraliśmy w salonie.
Możemy go obracać, klikać i z tego poziomu sterować funkcjami auta. Do tego dochodzą interaktywne widżety i aplikacja Motywy, która dopasowuje kolorystykę ekranów do oświetlenia ambientowego.
No i jest też sterowanie głosowe. Wbudowany Pilot głosowy działa teraz w oparciu o sztuczną inteligencję (AI) i potrafi prowadzić w pełni naturalną konwersację. Koniec z mechanicznymi, sztywnymi komendami. Co więcej, za pomocą zwykłego, luźnego zdania możecie nawet kazać autu... otworzyć pokrywę gniazda ładowania. Wszystko aktualizuje się bezprzewodowo w tle (OTA), więc auto nie zestarzeje się po wyjeździe z salonu.
Nowe Porsche Taycan na rok modelowy 2027 można już zamawiać w salonach. I wiecie co? Choć technologia wirtualnych biegów brzmi z boku jak gadżet, to pokazuje jedno: Porsche przynajmniej kombinuje, by nowoczesny elektryk wciąż dawał tę pierwotną, mechaniczną frajdę z prowadzenia.
