
Słowa Dariusza Klimczaka o tym, że jest cięty na hulajnogi, zelektryzowały nie tylko użytkowników, ale przede wszystkim branżę. Polski Związek Lekkiej Elektromobilności odpowiada krótko: nie wylewajmy dziecka z kąpielą, bo problemem nie jest sam sprzęt, a państwo, które od lat nie radzi sobie z przepisami.
Minister infrastruktury Dariusz Klimczak w ostatnim czasie udzielił wywiadów RMF FM oraz Radiu ZET i był pytany o ulajnogi elektryczne. W jego wypowiedziach padły dość ostre słowa pod adresem tego środka przemieszczania się.
Szef resortu przyznał, że "jest cięty na hulajnogi elektryczne", nazywając część z nich "szajsem" i dodał twardo, że absolutnie ich "nie popiera".
Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Polskie Stowarzyszenie Lekkiej Elektromobilności (PSLE) wydało oświadczenie, w którym nie kryje potężnego zaskoczenia.
I trudno im się dziwić, bo generalizowanie w ten sposób to po prostu niebezpieczna gra. Osobiste uprzedzenia polityka nie powinny przecież wytyczać tego, jak wygląda polityka rządu wobec sprzętu, którego z własnej woli używają każdego dnia setki tysięcy Polaków.
To nie hulajnogi elektryczne są problemem
PSLE nie ukrywa, że branża ma swoje wyzwania, ale trzeba umieć je zdiagnozować, a nie rzucać oskarżeniami na ślepo. Jeśli chcemy poprawić bezpieczeństwo, musimy spojrzeć prawdzie w oczy. Branża wskazuje trzy główne grzechy, z którymi trzeba się natychmiast zmierzyć:
Zamiast narzekać na hulajnogi elektryczne, stowarzyszenie od dawna organizuje akcje edukacyjne z policją, starając się łatać potężne dziury w państwowym systemie szkolnictwa, który ewidentnie nie nadąża za drogowymi innowacjami.
Tu dochodzimy do sedna sprawy. Wiecie, co jest najbardziej fascynujące? Lekka elektromobilność rozwinęła się w naszym kraju całkowicie oddolnie. Nikt nie dawał tu rządowych dopłat, nie było ulg podatkowych ani wielkich kampanii promocyjnych rządu (w przeciwieństwie do wielkiej motoryzacji na prąd, która idzie nam, powiedzmy sobie szczerze, bardzo opornie).
Setki tysięcy ludzi po prostu poszło do sklepów i kupiło własne e-hulajnogi, bo to tania i bezemisyjna alternatywa dla stania w korkach w aucie czy w ścisku w komunikacji miejskiej. Dla wielu osób, które z racji ograniczeń fizycznych nie mogą korzystać z pojazdów napędzanych siłą mięśni, to wręcz transportowe wybawienie.
Branża apeluje do rządu
Dlatego oświadczenie PSLE to jasny i bardzo racjonalny apel: Panie Ministrze, usiądźmy do stołu. Zamiast rzucać do mikrofonu hasła o "szajsie", zorganizujmy wreszcie merytoryczne konsultacje.
Niech do rozmów usiądzie Ministerstwo Infrastruktury, MSWiA, Ministerstwo Finansów, Policja, straże miejskie i eksperci od bezpieczeństwa ruchu drogowego. Przepisy drogowe dla hulajnóg trzeba po prostu uszczelnić i mądrze wyegzekwować.
Trzeba uderzyć w szarą strefę i zatrzymać napływ nielegalnego sprzętu, ale nie można przy okazji zniszczyć w pełni legalnej, odpowiedzialnej, prywatnej mikromobilności, którą Polacy tak bardzo polubili.
Bo szczerze mówiąc, hulajnoga to tylko narzędzie. Wrogiem na drodze nie jest bateria czy silnik elektryczny w małym kole. Wrogiem jest chaos regulacyjny, brak egzekucji istniejącego prawa i potężne braki w edukacji. I to z tym aparat państwa powinien zrobić porządek w pierwszej kolejności.
