Samochody, parking
Motoryzacyjne trzęsienie ziemi w Chinach, osiem marek do likwidacji? Nie do końca Fot. Shutterstock

Informacja o tym, że chiński rynek motoryzacyjny przejdzie brutalną czystkę, a osiem marek dostanie nagły zakaz wytwarzania pojazdów, rozeszła się z prędkością światła. Gdy w sieci pojawił się oficjalny komunikat, że Ministerstwo Przemysłu i Technologii Informacyjnych (MIIT) wykreśla z oficjalnych spisów kolejnych producentów, w branży wybuchła panika. Okazuje się, że sprawa ma drugie, znacznie ciekawsze dno.

REKLAMA

W Chinach urzędowe zezwolenia rządzą wszystkim, a bez wpisu na specjalną rządową listę nie masz prawa wyprodukować nawet jednego zderzaka. Zgodnie z pierwotnymi doniesieniami, zakaz produkcji samochodów i całkowite wykasowanie z rejestru miało dotknąć takie firmy jak BAIC Yinxiang, Zotye, Lifan, Hawtai, Leopaard, Haima oraz FAW Xiali.

Dla nas, z europejskiego punktu widzenia, kluczowe było jednak inne nazwisko. Na liście skazańców pojawił się bowiem Brilliance. Starsi stażem kierowcy i fani motoryzacji z pewnością pamiętają tę markę. To był jeden z absolutnych pionierów, który próbował podbić Europę już w pierwszej dekadzie XXI wieku.

Pamiętam te plany, wielkie zapowiedzi i... spektakularną klapę. Auta nie zyskały popularności, importer ogłosił upadłość, a marka z podwiniętym ogonem wycofała się z Europy w 2009 roku. Wizja, że teraz ostatecznie znika z powierzchni ziemi, idealnie pasowała do narracji o pękającej chińskiej bańce. Ktoś jednak bardzo pospieszył się z wnioskami.

Nagły zwrot akcji. Chiński rząd wydał oficjalne oświadczenie

Kiedy temat stał się tak głośny, że zaczął zagrażać wizerunkowi potężnego sektora eksportowego, do tablicy został wywołany sam Pekin. Oficjele wydali pilny komunikat i... całkowicie zdementowali te rewelacje, nazywając je bezużytecznymi fake newsami pozbawionymi oficjalnych dowodów. Co więc wydarzyło się naprawdę?

Okazuje się, że urzędnicy nie cofnęli pełnych kwalifikacji produkcyjnych żadnej z siedmiu wymienionych firm (jedynie FAW Xiali stracił papiery, ale to akurat stara historia sprzed kilku lat). Całe zamieszanie wyniknęło z faktu, że w przypadku kilku brandów faktycznie anulowano – lub planuje się anulować – uprawnienia, ale wyłącznie dla konkretnych lokalizacji produkcyjnych.

Co najciekawsze, decyzje te wcale nie zapadły z pozycji siły na wniosek rządu, ale były suwerennym ruchem samych marek, które optymalizują swoje fabryki.

Zamiast stu marek zostanie tylko kilka potęg

Choć ta konkretna plotka okazała się fałszywa, eksperci nie mają wątpliwości: nowy trend w motoryzacji i potężne tąpnięcie na tamtejszym rynku są faktem. W samych Chinach w 2025 roku sprzedano kosmiczne 34,4 miliona nowych aut.

Problem polega na tym, że o ten gigantyczny tort walczy tam aż 100 lokalnych marek. Efekt? Brutalna, wyniszczająca wojna cenowa, na której mniejsi gracze zaczynają krwawić. W tym roku rodzimi producenci stracili w Chinach około 20 proc. sprzedaży, co jest m.in. pokłosiem likwidacji dopłat do aut bezemisyjnych i ulg podatkowych.

Prawdziwym celem rządu nie jest więc nagłe zamykanie sprawnych fabryk, ale planowana od dawna konsolidacja rynku. W kuluarach mówi się wprost: Pekin chce doprowadzić do sytuacji, w której zamiast ponad setki małych, rozproszonych producentów, powstanie zaledwie pięć do siedmiu potężnych globalnych koncernów o ugruntowanej pozycji.

Dla nas, potencjalnych klientów w Europie, to w gruncie rzeczy bardzo dobra wiadomość. Kupując chińskie samochody, wielu kierowców zadaje sobie fundamentalne pytanie: "Co zrobię z tym autem za 5 lat, jeśli pęknie mi reflektor albo padnie elektronika?". Obawa przed tym, że marka zniknie z rynku, a części zamienne staną się niemożliwe do zdobycia, skutecznie odstrasza od salonów.

Jeśli oczywiście do tego dojdzie i chiński rynek się skonsoliduje, to zostaną na nim wyłącznie najsilniejsi gracze, więc problem z serwisem i stabilnością marek może przestać istnieć. Ale czy to się urzeczywistni? Zobaczymy.