
Wyjazd na wakacje do Czech czy szybki tranzyt na południe Europy do Chorwacji to dla wielu z nas chleb powszedni. Ale jeśli prowadzisz samochód w leasingu, ta zwykła podróż może zamienić się w absolutny, finansowy i logistyczny koszmar. Dlaczego?
Większość z nas myśli, że rutynowa kontrola drogowa w Czechach to co najwyżej sprawdzanie dokumentów, obecności kamizelki odblaskowej, apteczki i kompletu żarówek.
Z góry zakładamy, że jeśli jedziemy przepisowo, mamy ważne OC, a auto przeszło przegląd, to przecież włos z głowy nam nie spadnie. Otóż nie. Polscy kierowcy bardzo boleśnie przekonują się o tym na własnej skórze.
Policjanci każą zjechać na bok, skanują numery w swoim systemie, a potem... podchodzą do zderzaka ze śrubokrętem. Zgodnie z tamtejszym, rygorystycznym prawem, funkcjonariusz ma pełne prawo zatrzymać dowód rejestracyjny i zafundować wam natychmiastową utratę tablic rejestracyjnych, jeśli tylko system wykaże wiszący na pojeździe nieopłacony mandat z przeszłości.
I tu zaczyna się prawdziwy dramat. Samochód bez blach to w świetle prawa unieruchomiony wrak. Nie pojedziecie nim ani centymetra dalej. Zostaje wam tylko wezwanie lawety, co za granicą potrafi wyczyścić konto do zera.
Masz auto w leasingu? Zapłacisz za grzechy zupełnie obcych ludzi
Teraz dochodzimy do największego absurdu całej tej sytuacji. Jeśli prowadzisz swój prywatny wóz i kiedyś, przed laty, zignorowałeś mandat w Czechach z fotoradaru, to trudno, zapomniałeś, wpadłeś, wiesz za co obrywasz.
Ale co w przypadku, gdy jeździsz autem z firmy finansującej albo wziąłeś furę z wypożyczalni? Tu system po prostu niszczy niewinnych kierowców.
Dla czeskich służb absolutnie nie ma znaczenia, kto w danej chwili siedzi za kółkiem. Ich interesuje wyłącznie właściciel wpisany w papiery. Pomyślcie tylko: wielka firma leasingowa ma w Polsce kilkadziesiąt tysięcy samochodów.
Siłą rzeczy któryś z ich klientów w przeszłości złapał tam mandat i go zignorował. W czeskim systemie dług wisi na "właścicielu", czyli na firmie leasingowej.
Czeski patrol, który ma w radiowozach systemy automatycznego odczytu tablic, wyłapuje was na autostradzie. Funkcjonariusz podchodzi do okna i stawia sprawę jasno: albo ty, zwykły Kowalski, płacisz tu i teraz z własnej kieszeni całościowe zadłużenie potężnej korporacji leasingowej z Warszawy, albo on zabiera ci tablice.
Karzą ci płacić za kogoś, kogo nawet nie znasz! Biorąc pod uwagę rozmiary flot, kary dla kierowców leasingowanych aut mogą być w takich sytuacjach po prostu astronomiczne.
Polskie MSZ bije na alarm
To nie jest świeżynka wprowadzona wczoraj, by załatać budżet. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i nasza ambasada w Pradze od lat ostrzegają przed tym przepisem. Oficjalny komunikat rządu jest do bólu bezpośredni: "Jeśli korzystasz z auta w leasingu od firmy leasingowej, która nie opłaciła zaległych kar (...), policja może nałożyć mandat karny obejmujący całościowe zadłużenie danej firmy leasingowej".
Co robić? Urzędnicy radzą, by przed wyjazdem sprawdzić w swojej firmie leasingowej, czy nie ma zaległości w opłatach czeskich mandatów. Ale jak wyobrażacie sobie dodzwonienie się na infolinię giganta finansowego i wyciągnięcie od konsultanta informacji o zadłużeniu kilkudziesięciu tysięcy innych klientów?
To jest fizycznie awykonalne. Nawet sam leasingodawca może nie mieć pojęcia, że jakiś mandat w ogóle istnieje w czeskim rejestrze.
Jaka jest zatem najprostsza rada, jeśli nie chcecie wracać z wakacji na lawecie? Jeśli planujecie podróż na południe, a samochody leasingowe to wasz jedyny środek transportu, po prostu zaktualizujcie mapy i wytyczcie trasę tak, by fizycznie ominąć Czechy.
Czeskie służby nie patyczkują się z cudzoziemcami. Lepiej nadłożyć trochę drogi przez Niemcy albo Słowację, spalić kilka litrów paliwa więcej, ale mieć święty spokój, niż psuć sobie urlop gigantyczną awanturą na poboczu D1.
