
Michał S. został zatrzymany po 15 latach od zabójstwa 13-letniej Izy. Przez ten czas prowadził zwyczajne życie – jak każdy z nas. – Gdyby te światy nie były od siebie odcięte, ten człowiek albo by się zapił, albo odebrał sobie życie – ocenia psycholog kryminalny i profiler Jan Gołębiowski.
Archiwum X po 15 latach złapało zabójcę 13-letniej Izy z Gdyni. O sprawie przeczytasz tutaj.
Aleksandra Tchórzewska: Jak to możliwe, że człowiek, który dziś pracuje, ma rodzinę, biega maratony i jeździ na religijne zjazdy, 15 lat temu odebrał życie trzynastolatce? To maska, wyparcie, próba odkupienia win?
Jan Gołębiowski, psycholog kryminalny, profiler, biegły sądowy: Trzeba pamiętać, że do tego zabójstwa doszło 15 lat temu, kiedy sprawca miał 22 lata. Te wydarzenia dzieli więc sporo czasu. Ale tak: ludzie nie są czarno-biali. Każdy żyje w jakichś odcieniach szarości. On był wtedy stosunkowo młodym mężczyzną.
Wszystko wskazuje na to – a pomagałem wtedy analizować tę sprawę – że był to czyn dość spontaniczny, wykorzystujący czynniki sytuacyjne. Istniała jednak również hipoteza, że sprawca mógł znać ofiarę z widzenia i wcześniej na jej temat fantazjować. Dziś ta koncepcja się potwierdza.
Większość sprawców w takich okolicznościach nie planuje samego zabójstwa. Wiodącym motywem jest motyw se**ualny – zgwałcenie. Na miejscu był jego materiał biologiczny, doszło do wytrysku, co jednoznacznie potwierdza se**ualne podłoże tej zbrodni.
Samo zabójstwo ma później charakter instrumentalny – służy pozbyciu się ofiary, żeby nie mogła pójść na policję i wskazać znanego z widzenia sąsiada czy chłopaka z okolicy.
A potem taki człowiek próbuje przystosować się do tego, co zrobił. Uruchamiają się mechanizmy obronne: zaprzeczenie i wyparcie, czyli całkowite wyrzucenie tego wspomnienia ze świadomości, a także odcięcie się od emocji, które są z nim związane.
I zabójca 13-letniej Izy Strzałkowskiej żył sobie jakby nigdy nic?
W jego przypadku życie potoczyło się dalej. I to nawet dość pozytywnie. Nie znam oczywiście szczegółów jego życia prywatnego – może stosował przemoc wobec żony, może działo się tam coś innego. Ale z informacji, które się pojawiają, wynika, że nie był notowany, karany, nie miał też założonej Niebieskiej Karty.
Można powiedzieć, że traktował to, jak taki filmowy "grzech młodości". Czy sam właśnie tak to sobie zdefiniował i zracjonalizował? Tego nie wiem, ale jest to bardzo prawdopodobne.
Świadczy o tym fakt, że w momencie zatrzymania od razu się przyznał.
Skąd taka reakcja?
Tacy ludzie w chwili ujęcia bardzo często odczuwają specyficzny rodzaj ulgi.
Słyszałem od niektórych sprawców o życiu w niewyobrażalnym, nieustannym napięciu. Wystarczył samochód podjeżdżający pod blok albo kroki listonosza na klatce schodowej, żeby natychmiast sztywnieli i zastanawiali się, czy to policja po nich idzie.
Kolega policjant opowiedział mi kiedyś bardzo wymowną historię. Po wielu latach zatrzymywał sprawcę do sprawy z Archiwum X. Następnego dnia rano, gdy wyciągali go z policyjnego "dołka", powiedział im, że to była pierwsza noc od kilkunastu lat, którą wreszcie normalnie przespał. Bo przez cały ten czas, kiedy pozostawał na wolności, nie zmrużył głęboko oka spokojnym snem.
To zupełnie inna sytuacja niż w przypadku Norberta Basiury, jednego ze skazanych za zabójstwo Małgosi w Miłoszycach. On do dziś zaprzecza, że dopuścił się tej zbrodni. Chce być przedstawiany z imienia i nazwiska, zgadza się na publikację wizerunku, udziela wywiadów. A przecież również po latach od zbrodni ułożył sobie życie – miał żonę, dzieci.
Każdy z nas jest inny, ma inną osobowość i inaczej podchodzi do problemów. Działa tu prosta analogia do codziennego życia: gdy ktoś traci pracę albo ma wypadek, jeden zareaguje w określony sposób, a drugi zupełnie inaczej. Wachlarz zachowań u sprawców przestępstw jest równie szeroki.
Niektórzy po przestępstwie popadają w nałogi – zaczynają ostro pić albo sięgają po inne środki odurzające. Pamiętam jedno z pierwszych zabójstw, które analizowałem: sprawę zamordowania 12-letniej Ani Macierowskiej w Górze Kalwarii. 23-letni sprawca, który brutalnie zamordował swoją sąsiadkę, tuż po zbrodni zaczął nadużywać alkoholu.
Każdy radzi sobie z tym ciężarem inaczej.
Wracając do obecnego sprawcy – Michał S. skończył studia. Widać więc, że po zbrodni ułożył sobie życie w zupełnie inny sposób niż Basiura. To byli ludzie o zupełnie innym sposobie funkcjonowania. Basiura – w mojej ocenie – był człowiekiem raczej bardzo prymitywnym.
Czytaj dalej
Zobacz także
Z komentarzy w sieci wynika, że sąsiadki były Michałem S. zachwycone. Chodził z dziećmi na plac zabaw, był kulturalny, zawsze mówił "dzień dobry". Czy taki człowiek, patrząc na własne dzieci, miewa migawki tamtej zamordowanej dziewczynki? Czy to są dwa całkowicie odcięte od siebie światy?
Gdyby te światy nie były od siebie odcięte, ten człowiek albo by się zapił, albo targnąłby się na własne życie. W codziennym funkcjonowaniu musiał to wypierać, zaprzeczać i brutalnie wyrzucać ze świadomości.
Oczywiście od czasu do czasu mogły pojawiać się tzw. flashbacki i mimowolne skojarzenia wywołane różnymi bodźcami. Wystarczyło usłyszeć imię "Iza", poczuć znajomy zapach, zobaczyć charakterystyczny kolor ubrania czy minąć na ulicy kogoś podobnego – i nagle pojawiał się dreszcz.
Zabójstwo jest dla sprawcy niezwykle silnym przeżyciem. W literaturze opisuje się, że u niektórych sprawców mogą występować objawy przypominające zespół stresu pourazowego (PTSD). Działa tu klasyczny mechanizm bodźca wyzwalającego wspomnienia – podobnie jak u żołnierza wracającego z wojny, u którego dźwięk wybuchającej petardy nagle przywołuje traumatyczne doświadczenia. U sprawcy wystarczy drobny szczegół z codzienności, by uruchomić całą lawinę wspomnień z tamtej nocy.
Żeby jednak te wspomnienia go w jakiś sposób nakręcały, musiałby być skrajnym psychopatą. A tacy ludzie też się zdarzają.
Miałem kiedyś do czynienia ze sprawcą – seryjnym gwałcicielem i zabójcą prostytutek przydrożnych. Zabrał jednej z zamordowanych kobiet telefon i oddał go swojej żonie. Kiedy żona z niego korzystała, on nie wyparł tego ze świadomości. Wręcz przeciwnie – wykorzystywał to później do fantazjowania.
Na szczęście dostał dożywocie.
Czy powinniśmy mu w jakikolwiek sposób współczuć? Że przez 15 lat żył w takim napięciu, z takim ciężarem?
To jest już indywidualna kwestia naszej empatii. Niektórym sprawcom w pewien sposób współczuję, bo za ich czynami również kryje się ludzki dramat. Ale takie współczucie absolutnie nie oznacza usprawiedliwienia tego, co zrobili.
Ocena moralna pozostaje jednoznaczna: człowiek zamordował młodą dziewczynę i ponosi za to odpowiedzialność. W pewnym sensie przekreślił także własne życie – grozi mu bardzo surowa kara, być może nawet dożywocie, choć akurat w tym przypadku mam co do tego wątpliwości.
Największe współczucie kieruję jednak do jego żony i dzieci. Z informacji pojawiających się w mediach wynika, że w domu funkcjonował normalnie – robił zakupy, chodził z dziećmi na plac zabaw. W chwili zatrzymania wracał właśnie z jednej z takich zwyczajnych czynności – wynosił śmieci.
I nagle ta kobieta dowiaduje się, że kilkanaście ostatnich lat przeżyła u boku człowieka podejrzanego o zamordowanie nastolatki. To dla niej niewyobrażalna tragedia. Co ma teraz powiedzieć dzieciom? Jak wyjaśnić im, dlaczego tata nie wróci i już nigdy nie pójdzie z nimi na plac zabaw?

Czy to w ogóle możliwe, że żona i najbliższe otoczenie niczego nie zauważyli? Przecież przy kolejnych rocznicach śmierci dziewczynki media wracały do tej sprawy. Nikt nie dostrzegł, jak on reagował?
Jak najbardziej mogli tego nie zauważyć. A właściwie: dlaczego mieliby coś zauważyć? Nawet jeśli czasami stawał się bardziej napięty, wycofany czy ponury, dla bliskich mogło to oznaczać dziesiątki innych rzeczy. Nikt nie zakłada przecież, że przyczyną czyjegoś gorszego nastroju może być udział w niewyjaśnionym zabójstwie sprzed lat.
Zresztą my nie wiemy, jak on rzeczywiście reagował w takich sytuacjach.
Zastanawia mnie też, czy takie skrajne popędy można w sobie po prostu "zgasić"? Czy to był jednorazowy – choć to straszne słowo w tym kontekście – czyn? Gdyby go nie zatrzymano, mógłby za kilka albo kilkanaście lat skrzywdzić kogoś ponownie?
Myślę, że policja i prokuratura z pewnością brały pod uwagę taki scenariusz w toku śledztwa. Genetyka była tutaj ogromnym przełomem, więc naturalne jest, że analizowano również, czy ta osoba może mieć związek z innymi niewyjaśnionymi sprawami. Być może z czasem dowiemy się, czy ten człowiek mógł odpowiadać także za inne czyny. Niewykluczone, że w przyszłości śledczy ogłoszą, że ten człowiek ma na sumieniu coś jeszcze.
Ale równie dobrze mogło być tak, że był to dla niego ten jeden "grzech młodości". Wszystko zależy od tego, jak sprawca wewnętrznie przepracuje swój czyn.
Jeżeli szybko pojawiają się u niego ambiwalentne emocje, poczucie winy i wyrzuty sumienia, prawdopodobieństwo ponowienia takiego czynu jest mniejsze. Natomiast jeśli zabójstwo zaczyna go budować, daje mu poczucie siły, wyjątkowości czy satysfakcji, wtedy ryzyko kolejnej zbrodni rośnie.
Czyli reakcje sprawców mogą być skrajnie różne?
Tak. To bardzo indywidualne uwarunkowania. Dla wielu sprawców zabójstwo jest ekstremalnie trudnym doświadczeniem, którego nie chcą nigdy więcej powtórzyć.
Ale są też tacy, dla których zbrodnia staje się źródłem dowartościowania. Czują się silni, wyjątkowi. Potrafią czerpać satysfakcję z tego, że media informują o sprawie, a policja wciąż ich nie złapała. Mija dziesiąta, dwunasta rocznica zbrodni, nikt nic nie wie, a on siedzi na kanapie i myśli: "A ja wiem". To daje mu poczucie przewagi.
Zwłaszcza że on mieszkał tak blisko swojej ofiary. Musiał mijać jej rodzinę na ulicy. Mama dziewczynki zmarła kilka lat temu, ale przecież później aż do zatrzymania widywał jej ojca. Trudno sobie wyobrazić, co mogło wtedy dziać się w jego głowie.
Na ten moment wszystko wskazuje na to, że nie popełniał kolejnych przestępstw. Fakt, że po zatrzymaniu od razu się przyznał, może sugerować, że nie czerpał z tej zbrodni satysfakcji. Bardziej prawdopodobne jest, że towarzyszyły mu ambiwalentne emocje i wyrzuty sumienia.
Pytanie tylko, czy jego głęboka religijność pojawiła się już po zabójstwie, czy był taki wcześniej. Literatura zna przypadki, gdy sprawcy po dokonaniu ciężkich przestępstw uciekają w intensywne praktyki duchowe. Szukają w ten sposób odkupienia win – zaczynają regularnie chodzić do kościoła, a niektórzy nawet idą do konfesjonału i spowiadają się z tego, co zrobili.
Czy ksiądz, który usłyszałby podczas spowiedzi wyznanie takiej zbrodni, mógłby przekazać tę informację policji?
Nie. Obowiązuje go tajemnica spowiedzi. Gdyby ją złamał, groziłyby mu bardzo surowe konsekwencje kanoniczne, włącznie z zakazem wykonywania posługi kapłańskiej. W Kościele złamanie tajemnicy spowiedzi jest traktowane jako jedna z najpoważniejszych rzeczy.
Dla porównania – lekarza czy psychologa również obowiązuje tajemnica zawodowa, ale w ściśle określonych sytuacjach, na przykład gdy dowiedzą się o popełnieniu lub planowaniu ciężkiego przestępstwa, mają obowiązek zawiadomić odpowiednie służby. Z tajemnicy dziennikarskiej sąd może zwolnić w wyjątkowych, przewidzianych prawem przypadkach. Natomiast z tajemnicy spowiedzi duchownego sąd państwowy zwolnić nie może.
Co pan o tym sądzi?
Jestem zdecydowanym przeciwnikiem takiego rozwiązania. Uważam, że Kościół jest instytucją działającą w społeczeństwie, a duchowni powinni podlegać takim samym zasadom jak inni obywatele.
Uważam, że w sprawach kryminalnych nie powinno być wyjątków.
Wspomniał pan wcześniej o napięciu, z którym niektórzy sprawcy żyją po zbrodni. Czy ono z czasem słabnie? Czy człowiek, który przez lata pozostaje nieuchwytny, zaczyna wierzyć, że już nigdy nie zostanie złapany?
Na pewno z czasem wiele rzeczy się zaciera. Im dłużej człowiek nie ponosi odpowiedzialności za swój czyn, tym bardziej przystosowuje się do codziennego funkcjonowania. Ten strach po prostu stopniowo wygasa.
Rozmawiałem kiedyś ze sprawcą podejrzanym o zbrodnię, którego Archiwum X dopadło dopiero po 28 latach. Zadałem mu pytanie projekcyjne o to, jak czuje się ktoś, kto żyje z taką tajemnicą. Odpowiedział bardzo prosto: "Na początku mu się to śniło, ale potem przestało".
Ludzie są w szoku. Po informacji o zatrzymaniu Michała S. wiele osób weszło na jego profil na Facebooku i zaczęło publikować agresywne komentarze. Co pana najbardziej uderza w tych reakcjach?
Bardziej dziwi mnie to, że ludzie zaczynają robić własne "śledztwo". Znajdują profil, który może należeć do tej osoby, ale wcale nie musi – bo skąd mają pewność? – i publikują tam różne komentarze.
Potrafię zrozumieć emocje ojca zamordowanej Izy. To człowiek, który przeżywa niewyobrażalną tragedię i działa pod wpływem ogromnego bólu. Trudniej zrozumieć sytuację, w której ktoś z Krakowa czy Rzeszowa, oddalony o setki kilometrów od Gdyni, siada przed komputerem i wylewa hejt na osobę, która być może jest sprawcą, a być może nie. To jest dla mnie naprawdę szokujące.
Internauci często próbują przejąć rolę wymiaru sprawiedliwości. Stawiają się w pozycji tych, którzy wymierzają karę.

Co to mówi o nas jako społeczeństwie?
Żyjemy w świecie mediów społecznościowych i ten mechanizm widzę przy każdej głośnej sprawie. Niedawno minęła kolejna rocznica zaginięcia Iwony Wieczorek. Internauci sami coś ustalają i bardzo szybko pojawia się przekonanie: "Musimy to wiedzieć. Te informacje nam się należą".
A przecież materiały publikowane w podcastach czy artykułach może czytać również sprawca.
To jest dla mnie jakaś dziwna, bardzo roszczeniowa grupa ludzi. Sam korzystam z internetu, ale nie mam w sobie czegoś takiego jak "tożsamość internauty".
A jeśli chodzi o sam mechanizm ataku i wylewania agresji – to jest dostarczanie sobie silnych emocji. Korzystanie z mediów społecznościowych wiąże się ze stymulacją szlaków dopaminowych, cały czas jesteśmy w stanie pobudzenia. A taki temat jak brutalna zbrodnia jeszcze dodatkowo to wzmacnia.
Wtedy pojawiają się bardzo prymitywne odruchy. Ludzie deklarują, że kieruje nimi współczucie dla ofiary – w tym przypadku Izy. Jednak bardzo szybko to współczucie przeradza się w potrzebę odwetu: nie tylko wobec sprawcy, ale także wobec każdego, kto odważy się napisać coś niezgodnego z dominującą narracją. Wystarczy, że ktoś napisze: "Szkoda mi jego żony", a niemal od razu pojawiają się komentarze: "Wiedziała, za kogo wychodzi". Ta agresja rozlewa się na wszystkich wokół. To bardzo pierwotny mechanizm: oko za oko, ząb za ząb.




