BMW N52
Dzisiaj takich silników już się nie robi. Przejadą mln km bez poważnego remontu Fot. Shutterstock

Kiedyś samochód projektowało się po to, żeby jeździł, a nie po to, żeby spłacić leasing i trafić na złom. Pancerne silniki sprzed dwóch czy trzech dekad do dziś stanowią wzór nie do podrobienia. Oto kultowe, najtrwalsze jednostki napędowe, które udowodniły, że przy odpowiednim serwisie przebieg na poziomie pół miliona kilometrów to dla nich dopiero rozgrzewka.

REKLAMA

Downsizing, wysilone trzycylindrowe silniki, skomplikowane układy hybrydowe i osprzęt tak wrażliwy, że byle gorsze paliwo potrafi wywołać choinkę kontrolek na desce rozdzielczej. Kiedyś motoryzacja wyglądała zupełnie inaczej. Liczyła się czysta mechanika, potężne zapasy materiałowe i konstrukcja, która miała przetrwać dekady.

Legendarny Mercedes OM617

Jeśli mielibyśmy stworzyć absolutny wzorzec w kategorii silnik nie do zajechania, na podium bezapelacyjnie staje Mercedes OM617.

Mercedes OM617

Ten pięciocylindrowy diesel produkowany przez Mercedesa trafiał pod maski kultowych modeli, takich jak Mercedes W123 (słynna "Beczka"), elegancki Mercedes W126 czy elitarna Klasa G.

Recepta na nieśmiertelność była prosta: żeliwny blok, żeliwna głowica, mechaniczna pompa wtryskowa i brak jakiejkolwiek zbędnej elektroniki. W efekcie realne przebiegi silnika OM617 rzędu 500–800 tys. km na nikim nie robiły wrażenia, a na rynku do dziś krążą egzemplarze, które bez remontu kapitalnego pokonały ponad 1 mln km. To była absolutna mechaniczna poezja.

BMW N52, Volvo Redblock i amerykański Ford Windsor V8

Niemiecka i szwedzka szkoła inżynieryjna również mają się czym pochwalić, choć prezentują nieco inne podejście:

  • BMW N52: Jedna z ostatnich wybitnych, wolnossących rzędowych szóstek z Monachium. Brak turbosprężarki znacząco ograniczył liczbę elementów, które mogą pójść z dymem. Trwałość silnika BMW N52 szacuje się na 200–300 tys. km bez większych stresów, a jedynym powtarzalnym słabym punktem bywa elektryczna pompa wody oraz elementy układu chłodzenia.
  • Volvo Redblock: To fundament, na którym powstała legenda trwałości Volvo. Żeliwny blok, nieskomplikowana mechanika i spory zapas materiałowy sprawiają, że wyniki na poziomie 300–400 tys. km to absolutny standard. Zapchana odma czy drobny wyciek to jedyne, co może spędzać sen z powiek.
  • Ford Windsor V8: Klasyka amerykańskiej motoryzacji. Prosta budowa, brak skomplikowanej elektroniki i tanie części zamienne sprawiają, że ten silnik po prostu jedzie dalej, nie zważając na upływ lat. 200–300 tys. km przebiegu nie robi na nim najmniejszego wrażenia.
  • Japońska szkoła trwałości: Toyota 2JZ, Honda B-Series i V8 od Lexusa

    Japończycy w latach 90. podeszli do tematu inżynierii z niesamowitą wręcz precyzją. Najlepszym tego przykładem jest Toyota 2JZ. Ta rzędowa szóstka zasłynęła co prawda w kultowej Suprze, ale trafiała też pod maski bardziej cywilnych modeli, jak Lexus IS czy Lexus GS.

    Toyota 2JZ

    Konstrukcja okazała się tak pancerna, że bez trudu znosiła kosmiczne przyrosty mocy przy tuningu. W fabrycznym wydaniu silnik 2JZ bez remontu potrafi przejechać od 300 do 500 tys. km, a ewentualne dolegliwości ograniczają się głównie do drobnych wycieków oleju czy kaprysów układu VVT-i w nowszych wersjach.

    Inną drogą poszła Honda. Honda B-Series udowodniła światu, że wysokoobrotowy silnik benzynowy wcale nie musi krótko żyć. Mimo agresywnego charakteru i kręcenia się pod czerwone pole, te jednostki z łatwością pokonują ponad 300 tys. km. Wytrzymują naprawdę wiele, choć ostrzejsza jazda przyspiesza zużycie uszczelniaczy zaworowych.

    Z kolei Lexus 1UZ-FE to pokaz siły, którym Japończycy chcieli utrzeć nosa europejskiej klasie premium. Silnik V8 Lexusa projektowano z gigantycznym zapasem wytrzymałości. Efekt? Wyjątkowa kultura pracy i bezproblemowe przebiegi w granicach 300–500 tys. km. Tutaj prędzej przerazi was skomplikowany dostęp do rozrusznika podczas serwisu niż jakakolwiek poważna awaria silnika.

    Nie można też zapomnieć o kultowej rodzinie Nissan VQ V6. To wielokrotnie nagradzany wolnossący silnik V6, który w genialny sposób łączył świetną dynamikę z wysoką trwałością. Przebiegi rzędu 200–300 tys. km są dla niego chlebem powszednim, choć niektóre wersje lubią po latach wypić nieco oleju silnikowego.

    Czy wśród nowoczesnych aut znajdziemy jeszcze trwałe silniki wolnossące?

    Mogłoby się wydawać, że we współczesnym świecie nie ma już miejsca na trwale zaprojektowane jednostki. Na szczęście istnieją wyjątki od reguły. Dobrym przykładem jest Mazda Skyactiv-G.

    Japońscy inżynierowie poszli pod prąd i zamiast małego silnika z turbo zaproponowali wolnossący silnik benzynowy o wysokim stopniu sprężania. Brak turbiny redukuje ryzyko kosztownych napraw, a sama konstrukcja bez trudu pokonuje 150–250 tys. km i więcej.

    Jedynym wyzwaniem bywa nagar gromadzący się przez bezpośredni wtrysk paliwa, ale to usterka eksploatacyjna, a nie wada konstrukcyjna.

    Wniosek z tego przeglądu jest jeden i wraca do nas niczym bumerang: im prostszy silnik, tym większa szansa na bezawaryjną eksploatację. Stare konstrukcje silników wygrywają brakiem przesadnie skomplikowanego osprzętu, konserwatywnym strojeniem i potężnym zapasem materiałowym.

    Nowoczesne auta są dynamiczne, oszczędne i ekologiczne, ale w kategorii "po prostu jedź i nie psuj się" legendy sprzed lat wciąż grają w zupełnie innej lidze.