
Kiedy w salonach królować zaczyna trzecia generacja Mercedesa GLC, na rynku obecna jest jeszcze druga odsłona tego modelu, łącząca dwa światy: elektryczny i spalinowy, czyli Mercedes GLC 300e, którego miałem przyjemność testować. Jego zasięg na prądzie jest imponujący, ale znalazłem kilka mankamentów.
Kiedy Mercedes zaprezentował pierwszą generację GLC w 2015 roku, od razu stał się hitem, bo miał niemal to samo, tylko w mniejszym wydaniu, co GLE, a był tańszy. W 2022 roku na drogi wyjechała druga generacja (oznaczona kodem X254) i to właśnie nią miałem okazję pojeździć.

I tu ciekawostka, bo w salonach debiutuje już trzecia odsłona, która jest pełnym elektrykiem. Niemcy postanowili jednak zostawić klientom furtkę i Mercedes GLC X254 z klasycznym napędem spalinowym i hybrydowym nadal jest w ofercie. Oczywiście nowa generacja powoli też będzie pokazywać się w spalinowych odsłonach, ale na razie musimy cieszyć się tym, co jest.
Dla wielu to świetna informacja, bo jeśli nie jesteście fanami nowego designu marki lub po prostu nie po drodze wam z prądem, no to macie alternatywę pół na pół.
Hybryda plug-in, która wreszcie ma sens. Ten zasięg w trybie EV to nie żart
Pod maską testowanego przeze mnie Mercedesa GLC 300 e 4MATIC drzemie hybryda plug-in. Mamy tu 2-litrowy silnik benzynowy R4 o mocy 204 KM współpracujący z jednostką elektryczną dorzucającą swoje 156 KM. Efekt? Łączna moc systemowa to rewelacyjne 313 KM i aż 550 Nm momentu obrotowego.
Całość spina 9-stopniowa, bardzo płynnie działająca automatyczna skrzynia biegów, a napęd oczywiście trafia na obie osie. Auto przyspiesza do setki w 6,7 sekundy, a prędkość maksymalna to 218 km/h.

Ale to, co w tym aucie robi największą robotę, to genialnie zestrojony układ hybrydowy. Producent wpakował tu baterię o pojemności brutto 31,2 kWh (25 kWh netto). W teorii daje to zasięg w trybie EV do imponujących 127 kilometrów.
W praktyce? Podczas mojego testu auto bez najmniejszego problemu pokonywało równe 100 km w cyklu mieszanym na samym prądzie, a zużycie energii oscylowało wokół 24-25 kWh/100 km.
Co więcej, hybryda ma tu świetne tryby rekuperacji sterowane manetkami przy kierownicy (z czego jeden pozwala po prostu swobodnie "żeglować"). To rozumiem! W wielu autach jesteśmy zdani na łaskę komputera, a tutaj mamy pełną kontrolę.

Nawet z rozładowaną baterią wciąż czuć ten przyjemny "boost" z prądu przy ruszaniu, dzięki czemu jazda jest aksamitnie gładka. Warto też dodać, że GLC 300 e pozwala na szybkie ładowanie prądem stałym (DC) z mocą do 60 kW, co w hybrydach plug-in nie jest wcale takie oczywiste. Ze zwykłego gniazdka naładujemy go w około 15 godzin.
Wnętrze premium, czyli świetny design i... wymagane opuszki palców niemowlaka
Gdy wsiadamy do środka, od razu czuć, że to klasa premium. Fotele są absolutnie fenomenalne: miękkie, obszyte świetnej jakości skórą, podgrzewane i w opcji wentylowane. Chociaż tutaj mały minus: skóra na boczkach siedziska niestety ma tendencję do pękania z czasem, ale taka to już natura tego materiału.


Plus za to za przestronność i sensowny pojemność bagażnika, która wynosi od 470 do 1530 litrów po złożeniu kanapy. Wnętrze jest nowoczesne i wciąż wygląda bardzo świeżo. Pozbyto się też irytującej i rysującej się od samego patrzenia fortepianowej czerni na rzecz szarych dekorów z delikatną fakturą.

Głównym centrum dowodzenia jest pionowy ekran ze świetnym, bajecznie prostym w obsłudze nowym systemem MBUX. Wszystko działa błyskawicznie, asystent głosowy rozumie, co się do niego mówi, a fenomenalne nagłośnienie Burmester po prostu pieści uszy.
Mercedes chwali się też magią podświetleń nastrojowych i, choć niektórzy nazywają to jarmarcznym stylem, mnie się to autentycznie podoba. Do tego systemy asystujące, na czele z ostrą i mega funkcjonalną kamerą 360 stopni wyposażoną w funkcję "przezroczystej maski", to motoryzacyjna ekstraklasa.


Ale, żeby nie było tak kolorowo, jest kilka rzeczy, za które inżynierom ze Stuttgartu należy się solidna bura. Brak fizycznych przycisków do sterowania klimatyzacją w trasie doprowadza do szału. A kierownica? Fajnie, że Mercedes zostawił na niej jakiekolwiek "przyciski", ale fizyczno-haptyczne gładziki to dramat. Szczerze? Nie wiem, jak małe musiałbym mieć opuszki palców, żeby móc bezbłędnie nimi operować. Zawsze wcisnę coś nie tak.

Do tego schowana głęboko w schowku ładowarka indukcyjna, z której ciężko wyjąć większego smartfona, też nie jest szczytem ergonomii.

No i testowany przeze mnie Mercedes GLC miał zamontowane opcjonalne, zewnętrzne progi. Nie dopłacajcie do tego. Ani to nie wygląda jakoś wybitnie, ani nie pomaga we wsiadaniu (to nie jest wielki G-klasa!), a jedyne co robi, to koncertowo brudzi nogawki przy każdym wysiadaniu, zwłaszcza z tylnej kanapy.
Za to auto nadrabia w genialnej jeździe, bo naprawdę fenomenalnie się je prowadzi, układ kierowniczy jest bardzo precyzyjny, a samochód swoimi gabarytami oraz zwrotnością da sobie radę i w ciasnych uliczkach. No i to wyciszenie oraz zawieszenie, które naprawdę są luksusowe.
Cena Mercedesa GLC zwala z nóg.
No i cena. Bądźmy szczerzy, tanio to już było. Cennik klasycznego GLC otwiera wersja 200 d (miękka hybryda w dieslu) za 250 000 zł. Benzynowe GLC 300 kosztuje od 289 100 zł. Natomiast bazowe GLC 300 e to już wydatek co najmniej 325 800 zł.
Mój egzemplarz wyceniono na... 450 000 zł! Z tego aż 123 000 zł to same opcje, z których lwią część stanowił pakiet AMG Premium Plus.
1 / 12 To na początek zmora wielu kierowców. Ta kontrolka oznacza problem...
Trzeba jednak przyznać, że auto jeździ kapitalnie, świetnie maskuje swoje 2325 kg masy własnej i zużywa śmieszne ilości paliwa, jeśli regularnie ładujemy baterię. Ale prawie 130 000 zł za dodatki do kompaktowego SUV-a to nie przesada? To już zostawiam waszej ocenie.
