Ładowanie auta elektrycznego
Ładujesz elektryka w domu? Przez te błędy dosłownie tracisz prąd Fot. Shutterstock

Myślisz, że wiesz, ile prądu zużywa twój elektryk, bo tak pokazuje ci wykres na komputerze pokładowym? Błąd. Ekran rzadko chwali się tym, ile energii gubi po drodze, zanim ta w ogóle trafi do ogniw. Niemiecki ADAC właśnie wziął pod lupę straty ładowania w samochodach elektrycznych. I powiem wam szczerze: wyniki niektórych modeli to mało śmieszny żart z portfeli kierowców.

REKLAMA

Zacznijmy od podstaw, czyli od uzupełniania energii pod własnym domem. Niemiecki automobilklub przetestował trzy scenariusze: klasyczne gniazdko 2,3 kW (10 A), dedykowany wallbox (11 kW oraz 22 kW) i wreszcie ładowanie z instalacji fotowoltaicznej przy niskiej mocy 4,1 kW (symulacja ładowania ze słońca trzema fazami).

Biorąc pod uwagę dzisiejsze ceny prądu, każdy kilowat ma znaczenie. Wnioski? Ładowanie z gniazdka domowego to najbardziej absurdalny sposób, zeby uzupełnić zapas prądu w baterii. Rekordzistą w traceniu waszych pieniędzy okazał się Mercedes CLA 350 EQ, który przy zwykłym gniazdku notuje straty ładowania na poziomie aż 24,2 proc.

Producent ze Stuttgartu mocno przyciął koszty na ładowarce pokładowej, która w tym konkretnym przypadku przyjmuje zaledwie 8 amperów zamiast i tak niskich dziesięciu. Wrzucasz w auto prąd, a niemal jedna czwarta po prostu znika w powietrzu.

Inne auta wypadają nieco lepiej, ale wciąż mówimy o bardzo wysokich stratach. VW ID.7 gubi 15,3 proc., Volvo EX30 14,2 proc., a najoszczędniejsza w tym gronie Tesla Model Y, bo 12,7 proc. Z kolei gdy podepniemy te same maszyny pod wallbox o mocy 11 kW lub 22 kW, wartości te spadają drastycznie do przedziału 5,1 - 7,0 proc. (tu najlepiej wypadło Renault R5 E-Tech).

Jeśli masz elektryka, kup wallboxa. Ta inwestycja zwróci się o wiele szybciej, niż myślisz. Zasilanie z nadwyżek z fotowoltaiki to pewien kompromis (straty na poziomie 8 - 12,8 proc.), ale tu przynajmniej korzystamy z "darmowego", własnego prądu.

Dlaczego w ogóle tracimy prąd przy ładowaniu z sieci domowej?

Gdy ładujemy auto w garażu, w grę wchodzi ładowanie prądem przemiennym (AC). Baterie trakcyjne magazynują jednak prąd stały (DC). Oznacza to, że ładowarka pokładowa samochodu musi ten prąd na bieżąco przetwarzać, a to proces, który siłą rzeczy kosztuje energię.

Ale to zaledwie połowa problemu. Kiedy auto jest podpięte do kabla, z układu 12 V budzi się jego elektronika sterująca. Zasada jest prosta: im dłużej trwa proces, tym dłużej te wszystkie systemy "chodzą".

Przy zasilaniu ze zwykłego gniazdka 230V napełnianie baterii wlecze się godzinami, a moduły potrafią w tym czasie pożerać od 100 do nawet 300 watów na bieżąco.

Podpinając auto pod wallboxa, znacznie skracamy cały cykl, przez co systemy pokładowe szybciej idą spać, a my radykalnie ograniczamy poboczne zużycie energii. Do tego musimy doliczyć jeszcze ewentualne straty na długich, starych przewodach w domowej instalacji (nawet do 4 proc.).

Szybkie ładowarki w trasie. Tam prąd zjada temperatura

A co w sytuacji, gdy ruszamy na dłuższą trasę? Wtedy zjeżdżamy na stacje, gdzie króluje ładowanie prądem stałym (DC). Tutaj matematyka wygląda zupełnie inaczej.

Konwersja z AC na DC odbywa się w samym "słupku", a nie w samochodzie, więc te straty są po naszej stronie minimalne (średnio około 3 proc.). Prawdziwym "złodziejem" energii staje się za to termika.

Akumulatory litowo-jonowe szczerze nienawidzą skrajności, czyli ani mrozów, ani upałów. Kiedy podpinamy auto pod superszybką ładowarkę, elektronika często musi aktywować układ chłodzenia, żeby chronić ogniwa przed przegrzaniem.

To chłodzenie jest zasilane bezpośrednio ze stacji, co oznacza, że prąd ten nie trafia do baterii, ale licznik bije i musimy za niego zapłacić. Zimą problem się odwraca: auto musi nagrzać ogniwa z mocą kilku kilowatów, żeby w ogóle zacząć sensownie przyjmować prąd.

Kondycjonowanie baterii. Czas to pieniądz, ale czy oszczędność?

Jak udowodniły testy na modelach takich jak Hyundai Ioniq 6, Renault Megane E-Tech czy VW ID.3, uśrednione straty ładowania na szybkich ładowarkach DC wahają się od 5 do 15 proc. Z tego ogrzewanie baterii przy samym słupku zabiera od 2 do 8 proc. Warto przy tym obalić jeden popularny mit.

Wiele nowych aut ma funkcję wstępnego kondycjonowania (podgrzewania) baterii w trakcie jazdy do ładowarki. Czy to oszczędza energię? Bynajmniej. To funkcja, która oszczędza wyłącznie nasz czas.

Energia potrzebna do doprowadzenia ogniw do optymalnej temperatury i tak zostaje zużyta, czyli po prostu auto robi to z własnej baterii w trakcie dojazdu, uszczuplając bieżący zasięg, zamiast zmuszać nas do marznięcia pod kablem. Bilans energetyczny pozostaje ten sam.

logo
Quiz

1 / 12 To na początek zmora wielu kierowców. Ta kontrolka oznacza problem...

Konkluzja? Najbardziej opłacalne zawsze będzie ładowanie prądem przemiennym pod własnym domem, o ile robimy to z pełną, optymalną mocą przez dedykowane urządzenie. Wtedy ten rodzaj napędu ma największy sens ekonomiczny. Zwykłe gniazdko traktujcie wyłącznie jako "koło ratunkowe", bo regularne używanie go to nic innego, jak zgoda na to, by wasze pieniądze ulatniały się w eterze.