
Na plaży w Darłówku rozegrały się dramatyczne sceny. Kobietę i mężczyznę kąpiących się w Bałtyku porwał prąd. Na pomoc ruszyli ratownicy. Zaczęła się walka z czasem. Choć ostatecznie plażowiczów udało się wyciągnąć z wody, to akcja zakończyła się tragedią. Nie żyje jedna osoba.
Całą tę akcję zrelacjonowała Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa. W poniedziałek 17 sierpnia ratownicy zostali wezwani na plażę w Darłówku, gdzie zaczęło się topić dwoje plażowiczów. Wszystko przez to, że porwał ich silny morki prąd.
Tragedia na plaży w Darłówku
"Do działań skierowano ratowników Brzegowej Stacji Ratowniczej w Darłowie, jednostki ratownicze R-17 i R-26 oraz pojazd ratowniczy Land Rover BSR Darłowo" – przekazali przedstawiciele SAR.
Obie osoby udało się wydobyć z wody. Stan mężczyzny był jednak bardzo ciężki. Ratownicy natychmiast rozpoczęli resuscytację krążeniowo-oddechową. Po godz. 19:00 na miejsce dotarł śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, którego załoga przejęła działania ratunkowe. Ratownicy SAR nadal wspierali akcję. W gotowości pozostawał także śmigłowiec Marynarki Wojennej z Darłowa.
Niestety po kilkudziesięciu minutach dotarły najgorsze informacje. Życia mężczyzny nie udało się uratować. Jak dowiedział się portal PolskieRadio24.pl od przedstawicieli Komendy Powiatowej Policji w Sławnie, nie przeżył 53-letni wczasowicz. Druga poszkodowana to 46-letnia kobieta. Została przetransportowana do szpitala w Sławnie. Dziennikarze dowiedzieli się od mundurowych, że plażowicze weszli do wody, gdy na kąpielisku powiewała czerwona flaga.
Bałtyk jest piękny, ale potrafi być też zabójczy. Pływanie w morzu to świetna sprawa, o ile pamiętamy o naszym bezpieczeństwie. Wszyscy wiemy, by nie szarżować, nie wchodzić do wody pod wpływem i przestrzegać czerwonych flag, ale powszechna wiedza o prądach wstecznych jest mała. Tymczasem to śmiertelne i podstępne zagrożenie, które co roku czyha i zbiera największe żniwo w sezonie wakacyjnym. O tym, czym jest śmiertelnie groźny fenomen Bałtyku i jak na niego uważać, pisał więcej w naTemat Bartosz Godziński.
Zobacz także
Prąd porwał dzieci. 17-latek nie żyje
Ostatnio wspominaliśmy też o tragedii, które rozegrała się na Litwie, ale z udziałem Polaków. Rodzice z trójką dzieci weszli do wody w pobliżu molo, po czym silny prąd morski porwał dzieci. Ojciec zdołał uratować najmłodszą dziewczynkę. Ratownicy wyciągnęli z wody około 13-letniego chłopca, który zdołał uczepić się pala molo. 17-letni syn został porwany przez nurt i zniknął pod wodą.
Do działań przystąpili ratownicy i strażacy. W akcję zaangażowali się również plażowicze, którzy utworzyli "żywy łańcuch". Ciało 17-latka odnaleziono i wyciągnięto na brzeg po około godzinie.
Mer Połągi, Šarūnas Vaitkus, zdementował krążące plotki o skoku z molo czy poślizgnięciu się na kamieniach. Wyjaśnił, że przyczyną tragedii był prąd morski. Mer złożył kondolencje rodzinie i podziękował służbom i świadkom za próbę ratunku.
"Jesteśmy wstrząśnięci. Szczególnie bolesne jest uświadomienie sobie, jak szybko piękny rodzinny wieczór nad morzem może przerodzić się w tragedię. Po stracie dziecka nie ma słów, które złagodziłyby ogromny ból. Dzisiaj wszystko inne traci znaczenie w obliczu bólu jednej rodziny" – napisał mer we wpisie na mediach społecznościowych.




