
Fotoradar na "pięćdziesiątce" nie błyśnie, dopóki nie przekroczy się limitu o dyszkę? Czasami taki margines tolerancji się zdarzał, ale teraz i to ma się zmienić. Ten niepisany bufor właśnie idzie do kosza, a urzędnicy przygotowali bat, który uderzy nas po kieszeniach mocniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Dotychczas zdarzało się, że urządzenia CANARD miały ustawiony próg tolerancji na poziomie 10 km/h, więc mandat groził dopiero wtedy, gdy auto jechało o 11 km/h szybciej, niż pozwalały znaki. Ale była to niepisana zasada i nie zawsze to się sprawdzało. Resort chce jednak ten bufor drastycznie ściąć.
Zgodnie z nowym projektem fotoradary oraz odcinkowe pomiary prędkości zarejestrują wykroczenie już przy przekroczeniu limitu o 5 km/h, a na drogach ekspresowych i autostradach o 6 km/h. Dobrze byłoby, gdyby na odcinkowych pomiarach dostawiono jeszcze znaki przypominające o ograniczeniu, ale o tym już resort nie mówi.
Dlaczego urzędnicy w ogóle biorą się za ten system? Wystarczy spojrzeć na statystyki, które pokazują kompletną bezradność obecnych procedur. Weźmy chociażby warszawski fragment trasy S2.
Tylko w pierwszym półroczu urządzenia odnotowały tam ponad 30 tys. wykroczeń, z czego udało się wystawić... niespełna 10,6 tys. mandatów. Reszta utknęła w biurokratycznej machinie.
Koniec zabawy w "to nie ja prowadziłem"
Kto choć raz dostał pismo z Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego, ten wie, jak wyglądała dotychczasowa gra w kotka i myszkę. Wystarczyło wskazać fikcyjnego znajomego zza granicy albo kogoś, z kim służby nie były w stanie nawiązać kontaktu, żeby sprawa po cichu się przedawniła. Znam przypadki, gdzie całe procedury ciągnęły się miesiącami bez żadnego skutku.
Rząd postanowił tę furtkę zatrzasnąć z hukiem:
Nie odpiszesz na list? Zapłacisz nawet 7500 zł kary administracyjnej
Prawdziwym nokautem finansowym ma być jednak kara za ignorowanie korespondencji. Do tej pory wielu kierowców po prostu wrzucało listy z GITD do szuflady i liczyło na przedawnienie. Teraz taka taktyka zrujnuje domowy budżet.
Właściciel lub użytkownik samochodu dostanie dokładnie 30 dni na odesłanie wypełnionych dokumentów. Jeśli termin minie, a skrzynka urzędu będzie pusta, automatycznie wjedzie bezlitosna kara administracyjna.
Stawki za brak reakcji w przypadku przekroczenia prędkości powalają na kolana:
Ten sam bat ma działać na innych automatycznych punktach kontroli. Brak reakcji po zarejestrowaniu przejazdu na czerwonym świetle przez kamery RedLight ma kosztować równe 3000 zł, a zignorowanie wezwania po wjeździe na zamknięty przejazd kolejowy oznacza astronomiczną opłatę w wysokości 6000 zł.
Rabat na pocieszenie i data wejścia w życie przepisów
Żeby w tym całym systemie represji pojawił się choć mały element marchewki, urzędnicy dorzucili mechanizm "promocji" za szybkie uregulowanie należności. Jeśli ukarany wpłaci kwotę w terminie do 30 dni od momentu doręczenia decyzji, opłata administracyjna zostanie obniżona o 20 proc.
W przypadku najwyższej kary 7500 zł pozwoli to zaoszczędzić 1500 zł, więc ostateczny przelew wyniesie 6000 zł. Choć umówmy się, to marne pocieszenie przy tak gigantycznych kwotach.
Kiedy te zasady wejdą w życie? Spokojnie, to jeszcze nie jest obowiązujące prawo. Projekt przygotowany przez Ministerstwo Infrastruktury musi przejść pełną ścieżkę legislacyjną przez rząd, Sejm, Senat i biurko Prezydenta. W trakcie prac parlamentarnych poszczególne zapisy mogą jeszcze ulec modyfikacji.
1 / 10 Na początek coś łatwego...
Jeśli jednak cały plan zostanie przepchnięty w obecnym kształcie, nowy taryfikator i zasady działania fotoradarów zaczną obowiązywać od 1 stycznia 2028 roku.
