
Kto z nas nie słyszał o "genialnych" patentach na to, by uniknąć mandatu? Od płyt CD wieszanych pod lusterkiem (ktoś to jeszcze pamięta?) po liście "przypadkowo" przyklejone do zderzaka. Teraz jednak z Północy płyną wieści o zupełnie nowym pomyśle. Szwedzi wymyślili patent, który ma rzekomo sprawić, że fotoradary staną się bezużyteczne.
Brzmi jak mokry sen pirata drogowego? Jasne, ale od razu wam powiem, że dobrze się zastanówcie, bo to może odbić się wam potężną czkawką.
Magiczny spray i "niewidzialne" tablice rejestracyjne
Jak donoszą szwedzkie media, z portalem Vibilagare na czele, tamtejsi kierowcy na potęgę inwestują w specjalny środek, którym smarują tablice rejestracyjne. Cel jest prosty: zrobić z policji balona i jeździć bezkarnie.
Specyfik ten ma jedną główną zaletę, że jest całkowicie niewidoczny dla ludzkiego oka. Schody zaczynają się (a raczej kończą dla kierowcy), gdy do gry wchodzi lampa błyskowa miernika prędkości. Kiedy fotoradar strzela fotkę, silny strumień światła odbija się od pokrytej środkiem powierzchni z pełną mocą. Efekt?
Na zdjęciu policjant widzi tylko wielką, jaskrawą plamę światła w miejscu, gdzie powinny być numery. Nie ma numerów, nie ma sprawcy, nie ma jak wystawić kary. Zdjęcie ląduje w koszu, a kierowca nie musi płacić słonego mandatu za prędkość. Przynajmniej w teorii.
Na pierwszy rzut oka blachy wyglądają zupełnie normalnie. Zwykła kontrola drogowa prawdopodobnie nie zakończy się zatrzymaniem dowodu rejestracyjnego, bo policjant na drodze po prostu nie jest w stanie dostrzec tej chemicznej modyfikacji. Kierowca odjeżdża z uśmiechem, myśląc, że właśnie wygrał z systemem.
Tu jednak muszę wylać wiadro lodowatej wody na rozpalone głowy. Ten cały szwedzki sposób na fotoradary to balansowanie na krawędzi, a w zasadzie twardy upadek poza prawo.
Celowe manipulowanie przy tablicach, by ukryć tożsamość pojazdu, jest nielegalne. W skrajnym przypadku, jeśli ktoś dopatrzy się tej modyfikacji, sprawa może zostać potraktowana jako fałszowanie dokumentów państwowych.
Zamiast zwykłego mandatu za przekroczenie prędkości, mamy zarzut karny, sąd, gigantyczną grzywnę, a nawet widmo wyroku więzienia. Warto ryzykować wolność dla paru zaoszczędzonych stówek? Moim zdaniem absolutnie nie.
Fizyka bywa bezlitosna. Fotoradary i tak cię dopadną
Jest jeszcze jeden, czysto praktyczny problem z tym wynalazkiem. Prawda jest taka, że ten środek działa (jeśli w ogóle) tylko w bardzo sprzyjających okolicznościach.
Po pierwsze, fotoradary nie błyskają fleszem przez całą dobę. Lampa uruchamia się głównie wieczorem, w nocy lub przy bardzo słabych warunkach oświetleniowych. W ciągu dnia mierniki rejestrują obraz bez doświetlania. Brak emisji światła oznacza brak odbicia. Aparat robi zwykłe "pstryk", zdjęcia z fotoradarów są krystalicznie ostre, widać numery, a wezwanie do zapłaty i tak ląduje w waszej skrzynce.
Po drugie, technologia poszła do przodu. Nowoczesne fotoradary często korzystają z lamp opartych na podczerwieni. Ich matryce wyłapują odbicie wiązki IR, co pozwala zrobić czytelne zdjęcie nawet w całkowitej ciemności i to często bez widocznego gołym okiem błysku klasycznego flesza.
1 / 12 To na początek zmora wielu kierowców. Ta kontrolka oznacza problem...
Szansa, że błyszczący spray na tablicy "oślepi" tak zaawansowaną optykę, jest mocno dyskusyjna. Finał takiej zabawy jest zazwyczaj smutny dla portfela. Kierowca, ślepo wierząc w swój "magiczny" preparat z internetu, celowo dociska gaz przed żółtym masztem. Zamiast uniknąć kary, dostaje jeszcze wyższy mandat, bo urządzenie bez problemu odczytało numery pędzącego auta.
Mój wniosek? Zamiast kombinować jak koń pod górę i szukać w internecie nielegalnych specyfików, po prostu zdejmijcie nogę z gazu. Proste.
