Joanna Erbel o sytuacji w Warszawie - mamy coraz większe szanse, aby nas wysłuchano

Joanna Erbel
Joanna Erbel Agencja Gazeta
Joanna Erbel, popularna miejska aktywistka, poważnie rozważa sięgnięcie po realną władzę w Warszawie. Nie chce żyć w rozwarstwionym społeczeństwie, dlatego działa przeciwko wszelkim formom wykluczenia, a stabilną sytuację mieszkaniową uznaje za podstawę poczucia bezpieczeństwa. W dodatku uważa, że wszyscy mamy prawo, a nawet obowiązek domagać się od władz samorządowych dokładania wszelkich sił, by miasto było przestrzenią przyjazną dla wszystkich grup społecznych.


Co sprawiło, że tak mocno zaczęłaś interesować się eksmisjami oraz sytuacją na rynku mieszkaniowym? Jak doszło do tego, że zostałaś miejską aktywistką?

Joanna Erbel: Jako miejska aktywistka zaczęłam działać kilka lat temu. Miasto jest dla mnie podstawową przestrzenią życia. Jestem tym typem osoby, która jeśli wyjeżdża z miasta na wakacje, to do innego miasta - bo to w nich czuję się najlepiej, a nie w lesie, na plaży czy na wsi. Dlatego oczywiste było dla mnie, że chcę żyć wygodnie, ale również i spędzać czas wolny w mieście. Na początku jako aktywistkę interesowała mnie głównie przestrzeń publiczna i obecne w niej formy wykluczenia oraz sztuka w przestrzeni publicznej jako narzędzie jej demokratyzacji. Z czasem zauważyłam, że przestrzeń publiczna, rozumiana jako otwarta przestrzeń miejska, to tylko wycinek polityki miejskiej. I że szereg ważnych kwestii społecznych wychodzi poza nią.

W Warszawie ostatnio dzieje się dużo. Nowy Wspaniały Skłot, ocalenie Kulturalnej, próby odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz. Czy to według Ciebie znak, że mieszkańcy wreszcie biorą miasto w swoje ręce? Mają na to realne szanse?

Zainteresowanie miastem jest całkiem nowym zjawiskiem w Polsce, ale to nie kwestia ostatnich kilku miesięcy, ale ostatnich kilku lat. W Warszawie gwałtowne zainteresowanie miastem to rok 2007, wtedy między innymi powstał Dotleniacz Rajkowskiej. Również wtedy zaczęło się pojawiać coraz dyskusji na temat jakości przestrzeni miejskiej. W Poznaniu takim ważnym przełomem było powstanie, również 2007 roku, Stowarzyszenia My-Poznaniacy, które skupiało wokół siebie dużo inicjatyw lokalnych. W ciągu tych ponad 5 lat jako mieszkanki i mieszkańcy miasta coraz silniej zaczęliśmy czuć, że miasto należy do nas i mamy prawo, a nawet i obowiązek domagać się od władz samorządowych, aby dokładali wszelkich sił do tego, żeby miasto było przyjazną przestrzenią dla wszystkich grup społecznych.

A czy to ma realny wpływ na "stołki" w urzędach?

Zarówno skłotowanie lokali, obrona ulubionej klubokawiarni czy referendum, nawet jeśli to ostatnie uznaje się raczej za element kampanii prezydenckiej Piotra Guziała, to symbol zmian. Mieszkanki i mieszkańcy mają też coraz większe szanse, żeby zostać wysłuchane i wysłuchani. Warszawski kontekst referendum odwoławczego nie jest tutaj bez znaczenia. Obserwuję obecnie roszady w ratuszu. Po awansie burmistrza Bemowa, Jarosława Dąbrowskiego, na stanowisko wiceprezydenta, czyli osoby niechętnej uboższym grupom społecznym, mamy zmiany w ratuszu, które ucieszą ruchy społeczne (a przynajmniej część z nich).


Marcin Wojdat, dotychczasowy dyrektor Centrum Komunikacji Społecznej, urzędu odpowiedzialnego za dialog społeczny, został sekretarzem miasta. W weekend dowiedzieliśmy się z prasy, że pozbawiono stanowiska również Tomasza Gamdzyka, naczelnika wydziału estetyki, który wsławił się niechęcią do sztuki w przestrzeni publicznej, zwłaszcza Dotleniacza. Jednym zaś z powodów jego zwolnienia było, jak podkreśla jeden z pracowników ratusza to, że "nie był otwarty na dialog, np. z ruchami miejskimi." Jakkolwiek można uznawać tę ostatnią dymisję za populistyczny ruch podyktowany groźbą referendum, to jednak mówienie o konieczności dialogu, w tym z ruchami społecznymi jest bardzo dużą zmianą.

Z tego co mówisz, wszystko wydaje się sukcesywnie iść do przodu, lecz mimo tych kilku lat debaty, a czasem i walki, o których wspominałaś wcześniej, wciąż dzieją się w mieście rzeczy szybkie, nieprzemyślane, dziwne lub po prostu głupie, oburzające ludzi, którzy tu żyją i szkodzące im. Istnieje na to jakiekolwiek remedium?

Zmiana społeczna zazwyczaj następuje powoli. Jednak tempo, w którym zmieniają się nasze miasta jest bardzo szybkie. Jeszcze kilka lat temu prawie nikt nie słyszał o budżecie obywatelskim, a tym którzy słyszeli kojarzył się odległym Porto Alegre. Obecnie coraz więcej miast wprowadza częściowe budżety obywatelskie i nawet jeśli można krytykować za to, że sumy, którymi mieszkanki i mieszkańcy mogą dysponować są niewielkie, to jednak jest to radykalna zmiana.

Tak samo z przestrzenią publiczną. W 2007 roku zorganizowanie wydarzenia w przestrzeni publicznej było trudne i rzadko można było liczyć na pomoc urzędu. W tym roku warszawskie Centrum Komunikacji Społecznej wydało poradnik "Działaj w przestrzeni!", który tłumaczy jak zorganizować wydarzenie w przesterzni publicznej Warszawy. Pojawia się też coraz większe zainteresowanie polityką samorządową. Nie chcemy, żeby nasze zaangażowanie polityczne było redukowane do głosowania raz na cztery lata.

Jaś Kapela powiedział mi kiedyś, że na miejscu Hanny Gronkiewicz-Waltz najchętniej widziałby Ciebie. Wielu ludzi mocno Cię popiera. Zamierzasz kiedykolwiek sięgnąć po realną władzę?

Poważnie rozważam taki scenariusz. Obecność polityczna i działalność oddolna nawzajem się wspierają. Miejska polityka nie może oderwana o tego, co dzieje się na poziomie lokalnym.

Jeżeli tak by się stało, co stanowiłoby pierwszą rzecz, którą być zmieniła?

Trzeba odważnie i konsekwentnie zacząć działać na rzecz ograniczenia ruchu samochodowego. A tego nie da się zrobić bez zatrzymania (i obniżenia) cen biletów komunikacji miejskiej, co zresztą postulujemy w ramach inicjatywy Stop Podwyżkom Cen Biletów ZTM, zwężania ulic, wyznaczania pasów rowerowych i kontrapasów, likwidowania kładek oraz tworzenia przejść naziemnych, tam gdzie jak przy Rotundzie ruch odbywa się pod ziemią. Te zmiany oczywiście dzieją się obecnie, ale zbyt wolno. W dodatku Warszawie potrzebna jest zmiana polityki, ale i ciągłość rządzenia. Dobrzy, rzetelnie pracujący urzędnicy i urzędniczki powinni móc dalej wykonywać swoja prace.

Kto do takich należy? Komu można zaufać?

Takich osób jest bardzo wiele. Mamy do czynienia z pewnym paradoksem - wciąż jako społeczeństwo nie cenimy pracy urzędników i urzędniczek, ale jak się kogoś pyta, czy została dobrze obsłużona przed urząd, to zwykle taka osoba odpowiada, że tak. Takimi osobami, które w Warszawie bardzo dużo uwagi i czasu poświęcają szukaniu nowych rozwiązań i dialogowi społecznemu są na pewno wiceprezydent Michał Olszewski, Marcin Wojdat (obecnie mianowany na sekretarza miasta, a wcześniej dyrektor Centrum Komunikacji Społecznej), zespół CKSu, Urszula Majewska z dzielnicy Śródmieście, która jest zarówno rzeczniczką prasową, osobą odpowiedzialną za konsultacje i naczelniczką wydziału kultury, Łukasz Puchalski, nasz pełnomocnik rowerowy.

Kiedy składaliśmy podpisy w ramach obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej Stop Podwyżkom Cen Biletów ZTM to mieliśmy bardzo dobre doświadczenie współpracy z Biurem Rady Miasta. Wcześniej również bardzo udana była współpraca z wiceburmistrzem Śródmieścia - Piotrem Królikiewiczem, która doprowadziła do ponownego otwarcia baru "Prasowego". Problem polega często na tym, iż trzeba zaufać, że urzędnikom i urzędniczkom zależy na tym, żeby nam pomóc, że nie występują przeciwko nam. I nawet jeśli w pełni nie podzielamy wizji miasta, to możliwe jest znalezienie optymalnego rozwiązania. Jak przestajemy traktować urzędników i urzędniczki z wrogością, oni też nie mają potrzeby bronienia swojego zdania i pozycji jak oblężonej twierdzy. Niektóre rzeczy da się załatwić od ręki, a niektóre wymagają czasu i wspólnego szukania rozwiązań. Tak było w przypadku Prasowego czy dialogu wiceprezydenta Michała Olszewskiego ze środowiskiem klubokawiarni w kontekście ciszy nocnej.

Klubokawiarnie - dlaczego ich działalność jest niedoceniana przez miasto, które zdaje się nie cieszyć się z tego, że ktoś społecznie rozwija kulturę i często utrudnia mu działanie zamiast wspierać?

Jest wręcz przeciwnie. Ten dialog pomiędzy miastem a klubokawiarniami pokazuje, ze ratusz docenia rolę klubokawiarni, nie tylko jako przestrzeni kulturotwórczych - jak zwykle się o nich myśli, ale również jako przestrzeń spotykania się ludzi działających w przemysłach kreatywnych, czyli związanych z kulturą, designem, reklamą, promocją, architekturą oraz tych, którzy szukają sposobów na poprawę życia w mieście. Konflikt dotyczył hałasu w nocy, który przeszkadzał części osób mieszkających w sąsiedztwie klubokawiarni oraz wrogie nastawienia straży miejskiej.

A Nowy Wspaniały Świat, któremu odebrano lokal, a później mimo wygranego konkursu nie przyznano kolejnego? Próby odebrania koncesji Warszawie Powiśle?

NWŚ miał umowę na 3 lata, która nie została przedłużona. Budynek jest w końcówce procesu reprywatyzacji i sytuacja jest skomplikowana. Odpowiedź na pytanie, w jaki sposób uruchomić pustostany (również te będące w procesie reprywatyzacji) jest obecnie jednym z wyzwań, które stoją przed miastem. Niemniej, wola, żeby to zrobić jest - razem z Bęc Zmianą zgłosiliśmy się do wiceprezydenta Olszewskiego z pomysłem na stworzenie mapy pustostanów i z potrzebą szukania nowych form tymczasowego najmu i zostaliśmy potraktowani poważnie i rozmawiamy.

Konkurs na Grzybowską 2 - bo to ten lokal wygrała Krytyka Polityczna, był dużym ciosem i nadwyrężył zaufanie jakie jako środowisko miejskich aktywistek i aktywistów mieliśmy do dzielnicy Śródmieście. Wcześniej istniała niepisana umowa, że jeśli komisja konkursowa zdecyduje przyznać komuś jakiś lokal, to burmistrz (nawet jeśli będzie się zgadzał) uzna zdanie komisji. Tu tak się nie stało. Z kolei rozmowy między miastem a klubokawiarniami zaczęły się w tym momencie, kiedy Powiśle zaczęło być zagrożenie. Miasto doceniło rolę klubokawiarni i zaczęło szukać nowych rozwiązań. Więc generalnie stosunek do klubokawiarni jest coraz lepszy.

A stosunek do lokatorek i lokatorów? Jesteś osobą, która na ten temat może powiedzieć wiele.

Jeśli chodzi o politykę mieszkaniową, to Warszawa jest w zupełnie innej sytuacji względem pozostałych miast. Po pierwsze boryka się z konsekwencjami Dekretu Bieruta i reprywatyzacją - w ten sposób traci istotną część swojego zasobu komunalnego. W efekcie czego lokatorzy i lokatorki komunalni są oddawani razem z budynkami prywatnym właścicielom i jak mówią o sobie z goryczą są "wkładką mięsną". W reprywatyzowanych kamienicach rosną czynsze i lokatorzy i lokatorki są praktycznie pozostawieni sami sobie, bo miasto przestaje się nimi interesować. Nie ma też odpowiedniej ilości lokali komunalnych, do których Ci lokatorzy mogliby się przenieść.

Wprawdzie Warszawa jako jedyne z większych miast zatrzymało wykup mieszkań po preferencyjnych cenach i buduje około 300 mieszkań rocznie oraz szuka sposobów pozyskiwania mieszkań, ale to wciąż za mało. Trwają też prace nad ustawą reprywatyzacyjną, która miałaby uporządkować kwestie zwrotów, ale środowiska lokatorskie podkreślają, że ustawa w tej formie całkowicie pomija to, że w tym budynkach mieszkają ludzie - mówi się tylko o ekonomicznych kosztach reprywatyzacji, ale już nie o społecznych. Co więcej, przez lata miasto nie kontrolowało stanu zadłużenia lokali i teraz, gdy zajęło się egzekwowaniem należności okazuje się, że niektóre narosły do wysokości kilkudziesięciu tysięcy.

Jak to się stało?

Wynika to często z tego, że wielu z zadłużonych lokatorek i lokatorów po tym jak nie płacili za mieszkanie wymówiono umowę i naliczano kary czynsz (zwykle ponad dwukrotnie większy od dawnego czynszu). Takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. Władze powinny były się z nimi skontaktować na wczesnym etapie zadłużenia. Wprawdzie obecnie miasto dąży do tego, żeby na przyszłość zapobiegać takim sytuacjom, ale nie ma odpowiedzi na to, co z tymi, którzy zadłużyli się do tej pory.

Nie ma na przykład woli politycznej, żeby przyjąć uchwałę oddłużeniową, która zwalania zadłużonych lokatorów i lokatorki z części należności w zamian za obietnice regularnego płacenia czynszu. Mimo że został nawiązany dialog i odbywają się okrągłe stoły mieszkaniowe, za które odpowiedzialny jest wiceprezydent Olszewski, to wciąż daleko jest do rozwiązania kryzysu. Co więcej praktycznie w ogóle nie ma mowy o tym, w jaki sposób miasto mogłoby odpowiadać na potrzeby osób, których nie stać na kredyt i mieszkanie deweloperskie, a chciałoby mieć mieszkanie własnościowe.

Dlaczego walka o mieszkania własnościowe jest dla Ciebie tak istotna?

Pewna sytuacja mieszkaniowa jest podstawą poczucia bezpieczeństwa. Ja żyję w mieszkaniu własnościowym i doskonale wiem, jak dużo daje mi posiadanie go. Mam nie tylko stabilność, ale również bezpieczeństwo finansowe, bowiem komercyjne ceny najmu pochłaniają nieraz połowę jeśli nie więcej wynagrodzenia wielu z nas. Ja sama należę do raczej do uprzywilejowanej grupy osób, ale nie chce żyć w społeczeństwie, które jest rozwarstwione.

Działanie na rzecz spójności społecznej to podstawa naszego bezpieczeństwa, jak i podstawowy warunek do tego, żebyśmy żyli w szczęśliwym społeczeństwie. Nie można mówić o rozwoju miasta gdy zapomina się o mniej uposażonych grupach społecznych. Dlatego właśnie oczywiste wydaje mi się działanie przeciwko różnych formom wykluczenia - czy chodzi dostęp do mieszkań, czy o ceny biletów, czy o czyste powietrze w mieście i ścieżki rowerowe.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
POLECAMY 0 0Skąd ten zachwyt nad Zandbergiem? 12 mocnych cytatów z wystąpienia lidera Lewicy
0 0"Oferta wpłynęła". Schetyna wyjawił, że jest drugi kandydat PO w prawyborach
Żółty Tydzień 0 0Jeden organ, 500 funkcji. Taka jest wątroba. Jakie choroby mogą ją zniszczyć?
0 0Chorujesz na jaskrę i uwielbiasz jogę? To połączenie może nie być dobre dla oczu
WYWIAD 0 0"Zachowanie Klarenbacha było chamskie". Posłanka Wiosny wyjaśnia, dlaczego uparcie chodzi do TVP
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Nie chcemy nudy, chcemy DRAMY. Ten odcinek "Rolnik szuka żony" zaspokoił odwieczną ludzką potrzebę
RECENZJA 0 0Bez coming outu Elsy, ale wciąż "ma tę moc". O "Krainie lodu 2" znów będzie głośno