Bradley Cooper w Maestro
Słucyamy muzyki filmowej, ale jej nie słyszymy Fot. Kadr z filmu "Maestro"

Muzyka filmowa nigdy nie była tak popularna jak dziś. Słuchamy soundtracków w drodze do pracy, chodzimy na koncerty muzyki Hansa Zimmera i Johna Williamsa, a niektóre filmowe motywy rozpoznajemy po "jednej nutce". A jednak ostatnio złapałam się na czymś, co naprawdę mnie zaskoczyło: jak wiele osób ogląda film, ale nie słyszy jego muzyki. A przecież ona nigdy nie jest tylko tłem. Nie ma bez niej filmu.

REKLAMA

Nie jestem soundtrackową policją, nie jestem teoretyczką muzyki, a kulturoznawczynią. Sama też nie zawsze zwracam uwagę na muzykę podczas seansu (chociaż łapię się na tym, że czasem zawieszam się w kinie i zastanawiam, kto napisał ten konkretny motyw). Muzyka jest jednak nieodłączną częścią filmu, składową dzieła, która je buduje i uzupełnia. To nie jest dodatek do posłuchania.

Nie byłoby filmu bez montażu i zdjęć, nie byłoby też filmu bez muzyki, a przynajmniej dźwięku, bo on również jest przecież muzyką. "Syn Szawła" z 2015 roku rezygnuje z tradycyjnej ilustracyjnej ścieżki filmowej, skupiając się na dźwiękach otoczenia i w ten sposób podkreślając piekło Holokaustu. Zarówno muzyka, jak i jej brak mają więc swój sens.

Kiedy czytam recenzje albo opinie widzów o nowych filmach, rzadko widzę jednak komentarze o muzyce. Kultowe ścieżki dźwiękowe to co innego – wszyscy kojarzą "Marsz Imperialny" z "Gwiezdnych wojen", motyw z "Harry'ego Pottera", "Szczęk" czy "Piratów z Karaibów". Nie tylko dlatego, że to tak charakterystyczne, genialne i chwytliwe melodie, że od razu wpadły do naszych głów, ale również dlatego, że są od lat przetwarzane na potęgę. Znasz te melodie, nawet nie znając filmu. Ale jak często siadasz przed ekranem i naprawdę słyszysz muzykę, tak jak zwracasz uwagę na grę aktorów czy scenariusz?

Muzyka filmowa święci triumfy, ale poza filmem. Na ekranie jej nie słyszymy

To paradoks, bo z jednej strony muzyka filmowa stała się osobną częścią popkultury. Nie trzeba być kinomanem, żeby znać nazwiska największych kompozytorów albo mieć na Spotify playlistę z muzyką z filmów.

Z drugiej strony, kiedy muzyka pojawia się w kinie, potrafimy potraktować ją jak przezroczystą tapetę. Po prostu jest, gdzieś tam plumka w tle. Chyba że oczywiście mówimy o musicalach czy filmach animowanych, które często dostają prawdziwe kompozycyjne majstersztyki – jak ścieżka dźwiękowa Johna Powella do "Jak wytresować smoka", Hansa Zimmera do "Króla Lwa", Powella i Zimmera w duecie do "Kung Fu Pandy" czy "Pocahontas" autorstwa Alana Menkena.

Dalsza część artykułu poniżej.

Rozpoznasz kultowe piosenki z filmów Disneya?

logo
Quiz

1 / 16 Kto śpiewał te słowa?

Może właśnie dlatego nie dostrzegamy, jak ogromny wpływ muzyka ma na to, co czujemy podczas seansu, szczególnie w tych mniejszych filmach, w których nie jest bombastyczna. Muzyka to nośnik emocji – to oczywiste, nic odkrywczego. Ale nie zawsze mówi nam wprost: teraz się boisz, teraz płaczesz, a teraz wydarzy się coś ważnego. Jeśli mówi to dosłownie, to albo był taki cel twórcy (jak Johna Williamsa w "Dniu objawienia" Stevena Spielberga i wielu filmach starej daty), albo... nie jest zbyt dobrą muzyką.

Dobra muzyka filmowa robi coś znacznie ciekawszego. Może powiedzieć nam o bohaterze coś, czego on sam nie chce powiedzieć. Zasugerować, że scena nie jest tak niewinna, jak wygląda albo zupełnie zmienić jej sens. A może otworzyć zupełnie nowe portale znaczeń, interpretacji i uczuć, których w samym filmie byśmy nie dostrzegli, jak w "Z dala od zgiełku", romansie kostiumowym z 2015 roku. Muzyka otwarcia skomponowana przez Craiga Armstronga błyskawicznie transportuje nas do wewnętrznego i miłosnego świata głównej bohaterki, Bathsheby.

Kolejny przykład: "Aż poleje się krew" Paula Thomasa Andersona z muzyką Jonny'ego Greenwooda z Radiohead. Widzimy piękne, epickie kadry amerykańskich nafciarzy na początku XX wieku. "Klasyczny western, myślimy. Jednak muzyka Greenwooda – pełna niepokojących, wręcz horrorowych smyczków – od pierwszej minuty mówi nam, że główny bohater to potwór. Muzyka wie to na długo przed tym, zanim bohater popełni pierwszą zbrodnię.

Albo "Interstellar" Christophera Nolana. Bez narastającego, organowego arcydzieła Zimmera, które przypomina tykający zegar ("No Time for Caution"), dostalibyśmy po prostu ładne efekty specjalne z wirującym metalem w kosmosie. To właśnie muzyka uświadamia nam kosmiczną skalę desperacji i uciekającego czasu.

Wyborne są też przykłady filmów, w których muzyka teoretycznie nie pasuje do sceny. Ma to nawet swoją nazwę: kontrapunkt filmowy. Muzyka pozornie zgrzyta, wybija widza z rytmu i strefy komfortu, ale w rzeczywistości otwiera zupełnie nowe znaczenia.

Jak we "Wściekłych psach". Psychopatyczny Mr. Blonde torturuje przywiązanego do krzesła policjanta, a w tle leci skoczny i radosny popowy hit z lat 70., "Stuck in the Middle with You" Stealers Wheel. Groteska Tarantino w pigułce. Nie mówiąc już o wybitnym przykładzie z "Czasu apokalipsy", kiedy oglądamy amerykański nalot i bombardowanie wietnamskiej wioski w takt potężnego "Cwał Walkirii" z opery "Walkiria" Ryszarda Wagnera.

Najciekawsze rzeczy dzieją się właśnie wtedy, gdy kompozytor odmawia pójścia na łatwiznę. Kiedy obraz mówi jedno, a dźwięk drugie, widz musi zacząć myśleć, interpretować i szukać prawdy pomiędzy kadrami. I właśnie wtedy najlepiej widać, że muzyka nie jest tłem ani dodatkiem do filmu. Jest jednym ze sposobów, w jaki film do nas mówi.

Dalsza część artykułu poniżej.

Ścieżki dźwiękowe w blockbusterach to nie zawsze masówka. Jest różnica

Oczywiście część winy za niesłuchanie muzyki w filmach można zrzucić także na samych twórców. Współczesne kino, szczególnie blockbusterowe, często korzysta z "taśmowej" muzyki, która ma po prostu budować nastrój, podkręcać emocje i wypełniać przestrzeń (są jednak oczywiście wyjątki, jak oscarowa ścieżka bezbłędnego Ludwiga Göranssona do "Czarnej Pantery"). Taka dźwiękowa tapeta potrafi działać, ale trudno ją zapamiętać. Kiedyś jeden motyw potrafił stać się znakiem rozpoznawczym całego filmu, dziś nie zawsze dostajemy muzykę, którą można zanucić po wyjściu z kina.

Może więc jako widzowie trochę się do tego przyzwyczailiśmy? Skoro muzyka coraz częściej ma być niewidzialna, przestajemy jej szukać i słuchać. Kino samo nas tego nauczyło.

Przez dekady pokutowało przekonanie, że najlepsza muzyka filmowa to ta, której właściwie nie zauważamy. Ja się z tym nie zgadzam i mam wrażenie, że współcześni kompozytorzy też coraz częściej się z tym nie zgadzają. Jest różnica między nachalnymi dźwiękami, które mają celowo działać na nasze emocje (udręka w horrorach), a wirtuozerią kompozytora, która dopełnia obraz nie tylko emocjonalnie, ale również stylistycznie i "duchowo".

Porównajcie potwornie przekombinowane i męczące 12 minutowe "The Electro Suite" z "Niesamowitego Spider-Mana 2" autorstwa Hansa Zimmera i supergrupy The Magnificent Six z "Can You Hear the Music" Göranssona z "Oppenheimera". Pierwsze absolutnie nic nie wnosi do filmu, drugie brzmi jak muzyka fizyki, wszechświata i atomów. Jest różnica, prawda?

Następnym razem, kiedy wyjdziecie z kina i pomyślicie, że jakaś scena była świetna, spróbujcie zadać sobie jeszcze jedno pytanie: co właściwie usłyszeliście? Bo być może aktor rzeczywiście zagrał genialnie, scenariusz był świetny, a zdjęcia zachwycały. Ale gdzieś pod tym wszystkim kompozytor przez dwie godziny robił swoją robotę. I całkiem możliwe, że to właśnie jego muzyka sprawiła, że niektóre sceny aż tak mocno na was zadziałały.