
Widmo paliwa po 10 zł za litr znowu zaczęło krążyć nad polskimi drogami. Głos w tej sprawie zabrał właśnie minister energii Miłosz Motyka. Wiadomości są dwie: jedna uspokaja, druga brutalnie sprowadza na ziemię.
Podczas rozmowy na antenie TVP Info szef resortu energii musiał zmierzyć się z pytaniem, które zadaje sobie dziś chyba każdy kierowca nad Wisłą: czy czarny scenariusz i ceny paliw w Polsce na poziomie dwucyfrowym to kwestia najbliższych tygodni?
– Dzisiaj takiej analizy nie ma. I analitycy też tego nie przewidują. To, jak się rozwinie kryzys na Bliskim Wschodzie, jest niewiadomą, ale w przyszłości najbliższej takiego zagrożenia nie ma. Natomiast ceny paliw w Polsce są wysokie – przyznał bez ogródek Miłosz Motyka.
Mówiąc krótko: katastrofy na poziomie 10 złotych na razie nie będzie, ale na ulgę przy kasie też nie ma co liczyć. Drożyzna na stacjach stała się nową normą, z którą musimy żyć. Ropa naftowa reaguje na każdy wystrzał i każdą deklarację polityczną na Bliskim Wschodzie, a polski kierowca odczuwa to w kieszeni niemal natychmiast przy dystrybutorze.
"Budżet tego nie dźwignie"
Wielu zmotoryzowanych z pewnością liczyło na powtórkę z wakacji. Pamiętacie rządowy program CPN (Ceny Paliwa Niżej)? Rząd sięgał po to koło ratunkowe dwukrotnie. Po raz pierwszy pod koniec marca, gdy napięcia między USA, Izraelem a Iranem wywindowały ceny baryłki w kosmos, ścięto wtedy akcyzę, obniżono stawkę VAT i wprowadzono ceny maksymalne. Druga odsłona miała miejsce na finiszu wakacji: między 17 a 31 sierpnia VAT na wybrane paliwa spadł z 23 proc. do 8 proc.
Efekt? Dało się zatankować taniej, ale za ten oddech zapłaciliśmy wszyscy z innej kieszeni. Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, cały program CPN pochłonął z budżetu państwa gigantyczne 5,2 mld zł, z czego sam sierpniowy zryw kosztował 495 mln zł.
Dziś kierowcy pytają: kiedy kolejna tarcza? Odpowiedź brzmi: nigdy, a przynajmniej nie teraz. Ministerstwo Energii postawiło sprawę jasno: państwowa kasa świeci pustkami, a budżet jest "bardzo napięty".
Na początku września w porannej rozmowie w RMF FM Motyka rzucił jednak polityczną rękawicę, wskazując winnego braku zniżek. Według ministra szansa na kontynuację programu istniała, ale pogrzebał ją brak podpisu pod ustawą o podatku od nadzwyczajnych zysków spółek paliwowych.
Projekt zablokował prezydent Karol Nawrocki. Efekt tego politycznego pata jest jeden: za każdy litr, jaki wlejesz do baku, płacisz dziś pełną stawkę rynkową.
Co nas czeka w sezonie grzewczym? Gaz i magazyny na cenzurowanym
Problem nie dotyczy wyłącznie osób, dla których benzyna i olej napędowy to codzienny koszt dojazdu do pracy. Równolegle z rynkiem naftowym wrze na rynku gazu, a przed nami zima.
Czy tu również grozi nam finansowy nokaut? Minister Motyka uspokaja, że do końca roku obowiązują taryfy zatwierdzone na poziomach niższych niż w minionych latach, a dodatkowo koszty przesyłu surowca udało się zbić o kilkanaście procent.
Co wydarzy się od 1 stycznia 2027 roku? Na wiążące deklaracje jest za wcześnie, bo wszystko zależy od wniosków taryfowych i tego, jak ułożą się kontrakty długoterminowe.
Polska ma jednak w ręku mocny atut: nasze magazyny gazu są obecnie zapełnione w 96 proc., co stawia nas w czołówce Unii Europejskiej. Na papierze jesteśmy bezpieczni.
Prawda jest jednak taka, że kierowca stojący pod dystrybutorem nie tankuje poczuciem bezpieczeństwa energetycznego państwa, tylko własnymi ciężko zarobionymi pieniędzmi. Choć widmo 10 zł za litr zostało na razie odsunięte w czasie, koszty tankowania pozostają bolesne i nic nie wskazuje na to, by w najbliższych miesiącach cokolwiek miało się w tej kwestii radykalnie zmienić.
