
Maria dzień po wyprowadzce syna zajęła jego pokój i nie mogła nacieszyć się odzyskaną przestrzenią. – Czułam się podle, jak najgorszy człowiek na świecie – wyznaje po latach. Ania nareszcie zaczęła się uśmiechać, kiedy jej córka wyjechała na studia. Kobiet, które zamiast cierpieć na syndrom opuszczonego gniazda, czują ulgę, jest więcej. Ale mało która o tym głośno mówi.
Dwa maleńkie pokoje, ciasna kuchnia. Marii nigdy nie udało się zmienić mieszkania na większe. Mąż: problemy z alkoholem, chory kręgosłup. Ona chwytała się tylko dorywczych prac.
Maria naczytała się w poradnikach i kolorowych magazynach, że jak syn się wyprowadzi, to będzie cierpieć. W filmach naoglądała się, jak matka wchodzi do opuszczonego pokoju i łka. – Nie wiem, czy oglądała pani "Planetę Singli", ale tam, w którejś części, był pokój Tomka, którego grał młody Stuhr. I jak Tomek przyjeżdża do rodziców, to patrzy, tam wszystko zachowane. Nawet plakaty nad łóżkiem. I jakieś gazety. A ja, bach, wszystko od razu zerwałam, ledwie drzwi się za Maćkiem zamknęły.
"Mama, nie płacz, będę odwiedzał, przyjeżdżał". A ja ze szczęścia płakałam
Synek, syneczek. Maria o Maćku mówi z czułością, choć dodaje, że "krwi jej napsuł nie raz".
– Kłopoty z nim były od małego – wzdycha ciężko. – A to uczyć się nie chciał, a to w bójkę się wdał. Sąsiedzi się skarżyli, bo psikusy robił. Jak poszedł do technikum, to kolegów do domu sprowadzał, po nocach tu siedzieli. Nic nie słuchał. A potem, to wiadomo, dziewczyny się zaczęły – dodaje wymownie.
Żeby przejść do kuchni, Maciej musiał pokonać niewielki salon. – My z mężem śpimy, a synek do kuchni człapie o czwartej nad ranem, bo pić mu się zachciało – wspomina. – On lubił tak pohałasować. Muzykę z głośników puścić na cały regulator. Mąż powinien coś zrobić, uwagę mu zwrócić, ale z tym moim mężem to kłopoty wciąż były. To ja syna wychowałam.
Maciej miał 20 lat, kiedy się zakochał "tak naprawdę". – I on mi pewnego dnia oznajmia, że on z tą Agnieszką chce zamieszkać. To ja płakać zaczęłam – opowiada. – Synek na to: "Mama, nie płacz, będę odwiedzał, przyjeżdżał". A ja ze szczęścia płakałam.
Maria wspomina, że poczuła się jak najgorsza matka na świecie. Bo co to za matka, która cieszy się, że dziecko opuszcza dom? Powinna rozpaczać.
– Miałam koleżanki, co jak ich dzieci dopiero poszły do liceum, to one już zamartwiały się, jak to będzie, kiedy się wyprowadzą. Szczególnie jak miały córki – wspomina.
Maria takich problemów nie miała. Cieszyła się, że syn znalazł porządną dziewczynę, miała nadzieję, że przy niej wyciszy się, zmądrzeje. Że do pracy poszedł, mimo że w nastoletnich czasach wygrażał, że palcem nie ruszy, bo "nie będzie frajerem".
Ale jeszcze bardziej cieszyła ją możliwość zdobycia własnego kąta. Takiego tylko dla niej. Żeby móc się w nim zaszyć i poczytać książkę. Pomalować ściany na jasny kolor. Nie dzielić każdej wolnej przestrzeni z mężem.
Maciej i Agnieszka są już wiele lat po ślubie. Marii syndrom opuszczonego gniazda nie dopadł. Ani wtedy, ani później.
– Ale jakbym to koleżankom miała powiedzieć, to chyba by mnie zjadły – przypuszcza.
O syndromie opuszczonego gniazda po wyprowadzce dzieci napisano już wiele. O uldze, zachwycie nad własnym czasem i odzyskanej przestrzenni mówi się niewiele. Bo są kobiety, które zamiast pustki poczuły wolność. I do dziś wstydzą się o tym mówić.
"Zawiesiłam swoje życie dla Wikuni"
Pierwsza myśl po zatrzaśnięciu się drzwi za dorosłym dzieckiem? – Nareszcie – Anka odpowiada bez chwili zastanowienia. I natychmiast zapewnia: – Wiktorię kocham najbardziej na świecie. Ale ona chyba mnie nie.
Ania zostawiła tatę Wiktorii, kiedy ta miała zaledwie trzy latka. – Wyszłam tak, jak stałam – opowiada. – Nie miałyśmy nic, wszystko było jego. Wzięłam Wiktorię za rękę i wróciłyśmy do moich rodziców. Potem wynajęłyśmy mieszkanie. Wiki nigdy mi nie wybaczyła, że zostawiłam jej ojca.
Chroniła córkę. Przecież nie opowie trzylatce o jego zdradach, długach, hazardzie. O szemranym towarzystwie, w które się wdawał. O nadużywaniu alkoholu. Kiedy Wiktoria dorastała, nadal o rozstaniu Ania mówiła zdawkowo.
– Wiki stworzyła sobie obraz ojca, mitycznego bohatera. I wizję życia we trójkę. Ciągle mówiła: "Co by było, gdyby…".
Anka nie chciała być całe życie sama. Brakowało jej bliskości. Kiedy Wiki poszła do czwartej klasy, zaczęła umawiać się na randki.
– Późno, nie? Ale ja zawiesiłam swoje życie dla Wikuni. Była tylko ona.
Paweł, pierwszy mężczyzna, z którym połączyła się przez aplikację randkową, okazał się strzałem w dziesiątkę. I mężczyzną na całe życie. Ale Wiki to nie odpowiadało.
– Były setki rozmów, wizyty u psychologów. Nawet moi rodzice tłumaczyli córce, że "mama potrzebuje przyjaciela".
"Dla dobra dziecka", Ania zrezygnowała z Pawła. Potem zrezygnowała z każdego innego mężczyzny, który stawał jej na drodze.
– Wiktorii dorastanie było bardzo trudne, mimo że poświęcałam cały jej czas – opowiada. – Pyskowanie, niewracanie na określoną godzinę, ordynarne odzywki. Telefony od nauczycieli. Ciężkie makijaże, popalanie papierosów, pierwsze powroty pod wpływem. To był koszmar.
Wiktoria miała swoje życie, bogate towarzystwo, ale nie znosiła, kiedy jej mama poświęcała czas innym. Więc Anka odcinała po kolei przyjaciół, znajomych, koleżanki z pracy.
– Czegokolwiek bym nie zrobiła, i tak było źle. Wiktoria traktowała mnie fatalnie. Była wręcz ordynarna. Nie wiem, jakim cudem dostała się na studia, bo prawie wcale się nie uczyła. A potem powiedziała, że wyjeżdża i że sama się utrzyma.
Dziś Anka zasypia spokojnie. W domu ma ciszę. Nikt nie trzaska drzwiami, nie wraca późno i jej nie ubliża.
Będę tęsknić, ale…
Maria i Wiktoria nie miały za sobą łatwych doświadczeń rodzicielskich. Ale są też matki, które mimo bezproblemowego macierzyństwa wcale nie tęsknią za dziećmi w domu. Dlaczego? Bo kiedy te opuszczają gniazdo, kończy się ich rola domowej menedżerki.
– Wiesz, przez całe życie dopasowywałam wszystko do potrzeb moich dzieci. Nie gotowałam ulubionej zupy, bo one takiej nie lubią. Nie szłam wieczorem do teatru, bo wolały, żebym była w domu, choć były już duże – opowiada Karolina, moja koleżanka. – Przez cały czas woziłam je na dodatkowe zajęcia, bo tak było im wygodnie. Syn wyprowadził się rok temu, niedługo córka pójdzie na studia. Będę tęsknić, ale też odzyskam trochę życia.
To niejedyny taki głos. W mediach społecznościowych trafiam czasem na wpisy matek, które – najczęściej pod nickami – mówią wprost, że cieszą się z wyprowadzki dzieci. Mimo że kochają je ponad wszystko. Na forum łatwiej się do tego przyznać, niż w towarzystwie.
"Kiedy córka mieszkała w domu, cały czas nasłuchiwałam: wróciła? Nie wróciła? Zjadła? Nie zjadła? Teraz mam luz"
"Zaczęłam wieczorami czytać książki. Wcześniej ciągle było coś do zrobienia, ktoś czegoś potrzebował. Teraz mam dwie godziny tylko dla siebie"
"Nie muszę już robić zakupów tak, jakbym prowadziła stołówkę. Kupuję to, na co mam ochotę. Czasem na kolacje wlatuje kanapka i też jest dobrze"
"Najbardziej cieszy mnie to, że mogę rano wyjść z sypialni w piżamie i nie zastanawiać się, czy w salonie siedzą koledzy syna"
Tymczasem społecznie oczekuje się od matki, że po wyprowadzce dziecka będzie przede wszystkim płakać i tęsknić. Co więcej, radość z pustego domu może zostać odebrana jako egoizm.
Są też matki, które najzwyczajniej cieszą się z kolejnego etapu życia swoich dzieci. Z tego, że się usamodzielniają, zaczynają żyć po swojemu.
Terapeutka: "Trzeba dać sobie przyzwolenie na własne życie"
Dlaczego o uldze po wyprowadzce dzieci wciąż tak trudno mówić?
– Kobiety, a coraz częściej rodziców w ogóle, postrzegamy przez pryzmat figury Matki Polki – osoby całkowicie oddanej rodzinie. Zwłaszcza kobieta nie powinna być zmęczona ani skupiać się na własnych emocjach. Dzieci mają być zawsze na pierwszym miejscu – tłumaczy Ewelina Naturia Pańczyk, psychotraumatolożka, terapeutka i mediatorka.
Jak dodaje, kulturowo zakorzeniliśmy w sobie myśl, że całkowite poświęcenie rodzinie świadczy o naszej szlachetności. Wyjście z tej roli nie jest proste.
– Kiedy przestajemy spełniać te oczekiwania, pojawia się lęk przed odrzuceniem. Możemy czuć się bezwartościowi, boimy się oceny i krytyki, choć w rzeczywistości wiele z nas osób czuje dokładnie to samo. Bycie matką jest bardzo ważną rolą, ale nie jedyną. Kobieta ma prawo do własnych pasji, rozwoju, życia towarzyskiego czy po prostu czasu dla siebie – zaznacza ekspertka.
Terapeutka w dalszej części rozmowy podkreśla, że usamodzielnienie się dzieci nie oznacza utraty matczynej tożsamości.
Ewelina Naturia Pańczyk
psychotraumatolożka, terapeutka i mediatorka
Ekspertka podkreśla, że usamodzielnienie się dzieci może być również powodem do dumy.
– Można czuć satysfakcję i spełnienie z faktu, że dzieci są już samodzielne i potrafią sobie poradzić – zaznacza psychotraumatolożka. – Problem pojawia się wtedy, gdy kobieta buduje swoją wartość wyłącznie na tym, że jest potrzebna innym. Nasza wartość jest w nas – bez względu na to, czy ktoś nas w danej chwili potrzebuje, czy nie.
Jak tłumaczy dalej, jeśli radości z rozpoczęcia nowego etapu towarzyszy silne poczucie winy, warto przyjrzeć się temu na terapii. Jednocześnie wiele można zrobić samemu – przede wszystkim szczerze porozmawiać z dorosłym dzieckiem.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Dobrym przykładem jest jedna z bohaterek tekstu, która po wyprowadzce dziecka poczuła ekscytację na myśl o remoncie jego pokoju. Nikomu o tym nie powiedziała, bo wstydziła się, że zamiast smutku czuje radość. Dopiero podczas naszej rozmowy przyznała, że poczuła ulgę, bo wreszcie mogła zająć tę przestrzeń.
Jak w takiej sytuacji poradzić sobie z poczuciem winy?
– Możemy powiedzieć, że mamy taki plan, że potrzebujemy tej przestrzeni. Nie powinniśmy żyć w strachu przed tym, co nasze dziecko pomyśli. Wszelkie niedomówienia i niejasne sytuacje powodują niepotrzebne, trudne emocje: wstyd, poczucie winy, pretensje.
Psychotraumatolożka przypomina też, że wyprowadzka dziecka nie oznacza końca życia rodzica.
– Trzeba dać sobie przyzwolenie na własne życie. Ono nie kończy się wraz z tym, jak dzieci dojrzewają i idą w świat.




