
– Jeśli dajemy dziecku wszystko natychmiast – na przykład biorąc kredyt na drogie buty modnej marki, na które nas nie stać – uczymy je braku odporności na frustrację i trudne emocje. A to jest kluczowe w kształtowaniu postawy dojrzałego człowieka. Z kolei umniejszanie potrzebom rzeczywiście może prowadzić do wykluczenia – ostrzega Karolina Kownacka, psycholożka. Czy da się znaleźć między tymi skrajnościami złoty środek?
Aleksandra Tchórzewska: Kawa w Starbucksie, sobotnie wyjście z koleżankami na pizzę, codzienny hot-dog w Żabce, a latem orzeźwiające bubble tea. Mam wrażenie, że współczesne nastolatki już nie spacerują – one zawsze muszą iść "gdzieś": najlepiej po zakupy.
Karolina Kownacka, psycholożka: A co widzimy w mediach społecznościowych? Niedawno nagrałam rolkę o swojej wizycie w Starbucksie. Kawa jak każda inna, rogalik przeciętny. Nie rozumiem tego fenomenu.
Oczywiście, fajnie jest wyjść z koleżanką na kawę, wyrwać się z domu – niezależnie od tego, czy jesteśmy dorosłe, czy jesteśmy nastolatkami. I umówmy się: lepiej, żeby młodzi poszli na tę kawę, niż mieliby pić piwo w krzakach.
Problem pojawia się jednak wtedy, gdy hot-dog kupowany w drodze do szkoły staje się rutyną, bo zabrakło czasu na śniadanie w domu. Tak rodzą się niezdrowe nawyki. Skąd to się bierze? Odpowiedź jest prosta: od influencerów.
Ich życie na ekranie wygląda jak bajka – poranek zaczynają od perfekcyjnego skincare, potem idą na "spokojne śniadanko", robią estetyczne zdjęcia i sprzedają nam wizję życia idealnego. Tylko czy przeciętny człowiek ma czas i budżet, by codziennie jadać w restauracjach? Oczywiście, że nie.
To, co obserwujemy, to czyste naśladownictwo. Dzieci uczą się przez obserwację, więc jeśli nie będziemy z nimi rozmawiać, zaczną bezkrytycznie kopiować ten sztuczny, wykreowany świat.
Dziewczynki z klasy mojej córki oszalały na punkcie jakiegoś błyszczyka z Rossmana. Nie chciałam, żeby była jedyną, która tego błyszczyka nie ma, więc razem z nią zwiedzałam wszystkie drogerie. Półki były puste. Córka stwierdziła, że to "dramat" i "co ona teraz zrobi?". Dlaczego dla nastolatka brak konkretnego błyszczyka z popularnej drogerii lub limitowanych butów jest odczuwany niemal jako "koniec świata"?
Przede wszystkim musimy pamiętać, że okres dojrzewania odgrywa kluczową rolę w rozwoju – to wtedy pojawia się silna potrzeba przynależności do grupy. Dla młodego człowieka jest to jedno z najważniejszych doświadczeń rozwojowych. To czas kształtowania się tożsamości, w którym zaczyna on określać, kim jest, jaki jest i kim chciałby zostać w przyszłości.
Właśnie w tym momencie buduje się również poczucie własnej wartości. Środowisko rodzinne jest fundamentem, na którym ono wyrasta, jednak z czasem coraz większą rolę zaczyna odgrywać grupa rówieśnicza.
Czynniki zewnętrzne, takie jak markowe ubrania czy modne gadżety, stają się dla młodych ludzi symbolami statusu. Atrakcyjny wygląd czy drogie buty nie są dla nich jedynie przedmiotami – to symbole bycia "takim jak inni", co na tym etapie jest niezwykle istotne.
Musimy jednak brać pod uwagę kontekst współczesnego świata. Potrzeba przynależności jest dziś silnie stymulowana przez marketing, media społecznościowe i wspomniany świat influencerów. Jeśli dziecko z nieugruntowanym poczuciem własnej wartości wpada w wir social mediów i presję środowiska szkolnego, za wszelką cenę próbuje dorównać narzuconym tam standardom.
A jaka w tym wszystkim jest rola rodziców?
Zauważam tendencję do popadania w dwie skrajności. Pierwszą jest nadmierny konsumpcjonizm i dawanie dzieciom wszystkiego, czego nasze pokolenie nie miało.
Drugą postawę prezentują rodzice, którzy kompletnie nie pozwalają dzieciom na realizowanie potrzeb, nazywając je "pierdołami" czy "wymysłami".
Ale żadna z tych postaw nie jest dobra. Błędem jest pokazywanie dziecku, że może mieć wszystko "na już", ponieważ to właśnie w procesie oczekiwania budujemy w nim odporność psychiczną. Jeśli dajemy dziecku wszystko natychmiast – na przykład biorąc kredyt na drogie buty Balenciagi, na które nas nie stać – uczymy je braku odporności na frustrację i trudne emocje. A to jest kluczowe w kształtowaniu postawy dojrzałego człowieka.
Z kolei umniejszanie potrzebom rzeczywiście może prowadzić do wykluczenia. Wielu rodziców kategorycznie zabrania dzieciom oglądania bajek czy korzystania z gier dostosowanych do wieku. Zauważyłam, że te dzieci czują się wykluczone. Rówieśnicy bawią się przecież w naśladownictwo, odgrywają role bohaterów, rozmawiają o nich.
Tak radykalne podejście – podobnie jak odmawianie dziecku raz na jakiś czas zakupu rzeczy rozwojowej, choćby klocków Lego, na które mogłoby samo zaoszczędzić – jest skrajnością. Nazwałabym to nawet zaniedbywaniem potrzeb.
Decydując się na dziecko, musimy mieć świadomość tego, na ile jesteśmy w stanie zapewnić mu normalny byt, w tym ubiór czy inne codzienne potrzeby. Zabawa jest nierozerwalnie wpisana w dzieciństwo.
Dalsza część wywiadu pod tekstem
Zobacz także
Obecna presja rówieśnicza wydaje się jednak silniejsza niż ta, którą my znamy z młodości.
Bo płynie dziś przede wszystkim z mediów społecznościowych. Dawniej presja rówieśnicza kończyła się zazwyczaj w momencie opuszczenia murów szkoły. Dziś ten proces trwa nieprzerwanie – dzięki telefonom i internetowi presja przenosi się do domu.
Dzieci zanurzone w social mediach doświadczają notorycznego porównywania się z innymi. Widziałam nagrania, na których dziewięciolatka przed wyjściem do szkoły wykonuje pełną rutynę skincare i nakłada kompletny makijaż.
Ale ktoś jej na to pozwala, prawda?
Tak. Po pierwsze, rodzic pozwala na obecność dziecka w internecie. Po drugie, pozwala iść w makijażu do szkoły i używać kosmetyków przeznaczonych dla dorosłych.
Wspomniany skincare jest tu bezpośrednim odzwierciedleniem tego, co dzieci widzą u swoich idolek w sieci.
Co możemy z tym zrobić?
Przede wszystkim stawiać życzliwe i bezpieczne granice. Nie na zasadzie: "to głupie", "niepotrzebne" czy "beznadziejne". Takie komunikaty jedynie umniejszają potrzebom dziecka. Z nastolatkiem trzeba rozmawiać o wartościach i pozwalać mu decydować w określonym zakresie.
Możemy zapytać: "Czy naprawdę wolisz wydać 300 złotych na błyszczyk reklamowany przez influencerki, czy wolisz odłożyć te pieniądze na coś innego?".
Kluczowe jest budowanie w dziecku poczucia, że nie musi być takie jak wszyscy. Dziś to tylko kwestia drogiego kosmetyku, ale za chwilę może dojść do pierwszego kontaktu z narkotykami.
Jak to?
Badania naukowe jasno pokazują, że jeśli dziecko nie nauczy się czekać na przyjemność, tworzy się prosta droga do uzależnień. Jeśli będzie budowało poczucie własnej wartości wyłącznie poprzez bezkrytyczną przynależność do grupy, pojawia się ryzyko, że pójdzie to w bardzo niebezpieczną stronę.
Warto więc pokazywać, że to nie czynniki zewnętrzne są najważniejsze. Relacje z ludźmi zyskuje się dzięki swojemu wnętrzu, talentom czy charakterowi, a nie dzięki marce błyszczyka.
Jednocześnie nie oszukujmy się, że wychowamy dziecko w obecnych czasach zupełnie sauté, w izolacji od trendów.
Co mówić dziecku, jeśli tak bardzo chce kolejnej, modnej i drogiej rzeczy?
Najpierw je wysłuchać, a potem zapytać: "Co za tym stoi? Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy?".
Jeśli dziecko odpowie: "Bo będą się ze mnie śmiać", otwiera się przestrzeń do rozmowy: "Czy to na pewno są dla ciebie ważne osoby? Czy prawdziwy przyjaciel wyśmiewa się z czyjegoś wyglądu?". W ten sposób pokazujemy, że nie trzeba bać się bycia innym.
Karolina Kownacka
psycholożka
Widzimy to przy okazji każdej fali popularności, jak choćby teraz przy napojach od Wojanka czy wcześniej przy zabawkach Labubu.
Przerobiłam obie rzeczy...
Sama mam siedmiolatka, który od dwóch lat marzył o Labubu.
Nie ugięłam się, bo uważam, że ta zabawka wygląda jak z horroru – uznałam, że nie jest odpowiednia dla dziecka w tym wieku. Syn to przełknął, ale zrekompensowałam mu to w inny sposób: kupiłam Kapibarę.
Nie chodzi o to, by dziecku wszystkiego odmawiać, ale o to, by nie spełniać każdej zachcianki natychmiast. Tak jak mówiłam: to fatalnie wpływa na odporność psychiczną.
Boję się tylko, że to się nigdy nie skończy. Dziś błyszczyk, jutro mgiełka, pojutrze jakiś modny gadżet. Ciągle słyszymy: "Mamo, ale to jest must have!".
Uczmy dzieci, że nic nie muszą. "Możesz, ale nie musisz" – to jest kluczowa różnica. Jeśli nie postawimy granicy, ten cykl konsumpcji nigdy się nie skończy.
Świetnym narzędziem jest tutaj kieszonkowe. Oddajmy nastolatkowi część odpowiedzialności. Niech sam zadecyduje, czy chce wydać 200 zł na jeden błyszczyk, czy kupić dwie mgiełki i jeszcze coś odłożyć.
Pokażmy dziecku, że pieniądze mają swoją wartość i są efektem pracy rodziców.
I pamiętajmy, że kwintesencją rodzicielstwa jest umiejętność powiedzenia "nie" – nawet wtedy, gdy stoi to w całkowitej sprzeczności z żądaniami dziecka.
