Monika Piątkowska
Czy w Krakowie będzie debata przed II turą wyborów? Fot. X / Monika Piątkowska

Druga tura wyborów prezydenta Krakowa odbędzie się 11 października. I jak na razie, zamiast debaty kandydatów mieszkańcy dostali debatę o debacie. Monika Piątkowska od początku deklaruje, że chce stanąć naprzeciw Łukasza Gibały. Ten w środę najpierw ogłosił, że nic nie udało się uzgodnić, a potem przedstawił kontrpropozycję. Po tej wymianie oświadczeń trudno uwierzyć, że do starcia w ogóle dojdzie.

REKLAMA

Warto zacząć od początku, bo w całym zamieszaniu łatwo to przeoczyć. To Monika Piątkowska jako pierwsza wyszła z inicjatywą. Już w poniedziałek senatorka Koalicji Obywatelskiej zaproponowała Łukaszowi Gibale serię debat przed zaplanowaną na 11 października II turą wyborów prezydenta Krakowa.

Na konferencji prasowej rzuciła krótkie "Jestem gotowa" i przekonywała, że Krakowianie powinni zobaczyć, w czym kandydaci się zgadzają, a w czym się różnią. Jej sztab zastrzegał, że dwudziestu debat sobie nie wyobraża, ale w dwóch lub trzech Piątkowska chętnie by wystąpiła.

Debata przed II turą w Krakowie? Piątkowska pierwsza rzuciła rękawicę Gibale

W środę rano (30 września) odpowiedź przyszła z obozu Gibały. Sztab poinformował, że nie udało się uzgodnić kwestii debat, a z powodu ograniczonego czasu obie strony porozumiały się co do udziału w jednej debacie telewizyjnej, w której mogłyby uczestniczyć wszystkie telewizje informacyjne z koncesją.

Uzasadnienie brzmiało szlachetnie: "Debata wszystkich telewizji jest najbardziej sprawiedliwą i uczciwą jej formą". "Ograniczony czas uniemożliwiał nam udział we wszystkich, które chciały zorganizować media, doszliśmy więc do porozumienia, że weźmiemy udział w jednej debacie telewizyjnej. Zależało nam na tym, żeby mogły wziąć w niej udział wszystkie posiadające koncesję na nadawanie w Polsce telewizje informacyjne. Każda z nich ma swoich zwolenników i każdy z nich ma prawo taką debatę obejrzeć. Wszyscy są mieszkańcami Krakowa i nikogo nie wolno dyskryminować ze względu na jego poglądy" – mogliśmy przeczytać w porannym oświadczeniu Gibały.

Co ciekawe, część prawicowych mediów od razu odczytała ten wpis jako sygnał, że to sztab Piątkowskiej nie zgodził się na taki format. A Nowogrodzkiej jest to również na rękę, tym bardziej że już po ogłoszeniu oficjalnych wyników I tury PiS jakby świętował wyborczą klęskę swojego kandydata (Michał Drewnicki z wynikiem 17,5 proc. zajął trzecie miejsce) i mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju festiwalem zaklinania rzeczywistości w Krakowie.

Ale wróćmy do sztabu Łukasza Gibały. Kilka godzin później narracja zwycięzcy I tury się zmieniła. Po godz. 13:00 na jego profilu pojawiło się drugie oświadczenie. Tym razem czytamy, że sztab ma "problem z nawiązaniem kontaktu ze sztabem Moniki Piątkowskiej", więc propozycja jest publiczna.

Gibała składa Piątkowskiej kontropozycję

Debata, jak proponuje Gibała, miałaby się odbyć 8 października o godz. 18, trwać godzinę i toczyć się w studiu na Rynku Głównym, a realizować ją miałaby Telewizja Polska, bezpłatnie udostępniając sygnał innym mediom.

Zasady? "Podczas debaty pytania zadają sobie wyłącznie uczestnicy. Moderator zajmuje się pilnowaniem czasu. Liczba pytań, liczba bloków tematycznych – do ustalenia. Uczestnicy odpowiadają na stojąco. Nie mają ze sobą gadżetów, notatek, nie korzystają z telefonów komórkowych" – czytamy we wpisie radnego Krakowa.

Trudno jednak nie zauważyć tu sprzeczności. Rano mowa była o porozumieniu sztabów, po południu o braku kontaktu. Rano miały to być "wszystkie telewizje", po południu jedna, wskazana przez Gibałę, choć z sygnałem dla innych.

O godz. 13:38 swój apel opublikowała Monika Piątkowska. Zgodziła się, że żadne medium nie powinno być pominięte, i przystała na ten sam termin, ale zaproponowała inną formułę. "Ja zawsze chętnie porozmawiam z Panem o przyszłości Krakowa i o naszych pomysłach na to miasto. I zgadzam się z Panem w jednej ważnej sprawie: mieszkańcy powinni mieć możliwość usłyszenia naszych propozycji, zadania nam pytań i porównania naszych odpowiedzi. Żadne medium nie powinno być przy tym pomijane ze względu na swoją redakcję czy odbiorców. Dlatego proponuję Panu otwartą debatę przed mieszkańcami Krakowa" – zaproponowała Piątkowska.

I dodała: "Zaprośmy wszystkie zainteresowane redakcje. Każde medium, które zgłosi chęć udziału, będzie mogło zadać nam obojgu po jednym pytaniu. Te same warunki, ten sam czas na odpowiedź". Jako miejsce wskazała pierw Rynek Główny przed wieżą ratuszową, a potem plac Wszystkich Świętych przed budynkiem Urzędu Miasta.

Odpowiedź przyszła szybko, w komentarzu pod jej wpisem. Gibała stwierdził, że dziennikarze pytają kandydatów codziennie, a formuła zaproponowana przez sztab Piątkowskiej "byłaby tylko powtórzeniem tego, co robimy od tygodni". Przekonywał, że rozmowa bez pośredników lepiej pozwala wyborcom wyrobić sobie zdanie. "Dajmy możliwość zadania pytań wszystkim zainteresowanym mediom – zgodnie z zasadą, o której sam Pan pisał, że żadnej redakcji nie należy pomijać" – ripostowała senatorka KO.

Kto się boi debaty?

Paradoks w całej tej debacie o debacie polega na tym, że oboje kandydatów wskazują ten sam dzień i godzinę. Kalendarz jest, brakuje woli. Gibała ma za sobą zwycięstwo w I turze: 36,38 proc. wobec 29,91 proc. Piątkowskiej. Lider rzadko ma interes w ryzykownym starciu, a każda debata to szansa dla goniącego.

Na razie kampania przenosi się na ulice. Oboje kandydaci rozdawali już obwarzanki na Rondzie Mogilskim. Nie zastąpi to jednak konfrontacji na argumenty. Druga tura odbędzie się w niedzielę 11 października, a jeśli do 8 października nic się nie zmieni, najwięcej stracą wyborcy.