
Metallica zagrała pierwszy koncert w Sphere w Las Vegas. Na miejscu zachwyciła fanów nowymi efektami specjalnymi. Czy tak będą wyglądały występy gwiazd rocka w przyszłości?
Sphere to arena koncertowa, która znajduje się w Las Vegas, słynąca z tego, że umożliwia zespołom granie specjalnych koncertów, z użyciem nowoczesnych efektów specjalnych.
Sphere, czyli wzór nowoczesnej areny koncertowej
Dlaczego Sphere jest tak szczególne? Chodzi o techniczne możliwości, jakie gwarantuje. Całą zewnętrzną fasadę pokrywa wielki ekran. W praktyce jest ona pokryta aż 57 milionami programowalnych diod LED, co pozwala wyświetlać na niej gigantyczne animacje. Do tego dochodzi ekran wewnętrzny: największy na świecie ekran LED o rozdzielczości 16K i powierzchni blisko 15 000 metrów kwadratowych, który także umożliwia wyświetlanie specjalnych wizualizacji.
Obiekt "uzbrojono" także w 164 000 głośników oraz systemy generujące efekty zmysłowe (m.in. wiatr, zapachy czy ruchomy grunt). Arena mieści 18 600 widzów na miejscach siedzących. W Sphere szereg koncertów zagrała grupa U2. Na miejscu występowały też m.in. zespoły The Eagles, No Doubt czy Backstreet Boys.
Metallica pokazuje potencjał Sphere
Jak na razie za nami pierwszy koncert Metalliki w Sphere. I od razu warto zauważyć, że grupa przyłożyła się do swojego show. Nie chodzi tylko o kwestie wizualne, ale też setlistę. Koncert muzycy rozpoczęli od miażdżącego trzewia hymnu thrashmetalowców – utworu "Battery" z płyty "Master of Puppets". Ostatni raz otwierał on występ zespołu w 2014 r. Do setlisty powróciły też "Now That We're Dead" (niegrane od 2021 r.) i przede wszystkim "...And Justice For All", na które to wykonanie live fani czekali od 2014 r.
Poza tym wielbiciele "Mety" otrzymali żelazne klasyki: "Creeping Death", "Sad but True" (zagrane zaskakująco wcześnie), wcale nie tak oczywiste "The Shorest Straw", "Wherever I May Roam", "The Day That Never Comes", "Nothing Else Matters" czy najwspanialszy "instrumental" grupy, czyli "The Call of Ktulu". Wszystko uzupełniły: "Lux Æterna", "Ride the Lightning", chóralnie odśpiewane "The Memory Remains", "Seek & Destroy" i wreszcie "Master of Puppets".
Gigantyczny ekran w Sphere został przez Metallikę świetnie wykorzystany. Przynajmniej wnioskując z nagrań, które krążą teraz po social mediach (choć zapewne na żywo wyglądało to jeszcze lepiej). Możliwe, że takie koncerty będą standardem na niemal całym globie za dekadę lub dwie.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Show must go on?
Szkoda tylko, że – jak pokazują występy w Sphere – fanów coraz częściej trzeba zachęcać do brania udziału w koncertach efektami specjalnymi, a nie samą muzyką. Gdyby arena ta nie była obiektem z takimi możliwościami wizualnymi, występy w niej nie wzbudzałyby aż takich emocji i nie mówiłby o nich cały muzyczny świat. Fani zdają się potrzebować coraz więcej bodźców, które odwracają ich uwagę od samej muzyki.
Osobiście z nostalgią wspominam koncert Metalliki w 2004 r. w Chorzowie. Wtedy wystarczyła nam zwykła (wielka, fakt) scena, telebimy, szczypta pirotechniki i świetnie wykonywana na żywo muzyka.
Tegoroczny powrót do "Kotła Czarownic" wypadł już inaczej – Metallica zagrała w Chorzowie, ale jej występ pokazał największy problem zespołu. A że da się inaczej, pokazał latem inny warszawski koncert: "Meta" i Rammstein mają się od kogo uczyć.




