
Zdjęcia włoskich miast zalanych samochodami na polskich rejestracjach podbijają sieć. Za tą z pozoru abstrakcyjną sytuacją kryje się przemyślany proceder: fikcyjne spółki, fałszowane przeglądy i omijanie koszmarnie drogich ubezpieczeń w Italii. Układ przynosi Włochom miliony euro oszczędności, a nam potężne straty.
Unikanie podatków drogowych, bezkarność przy fotoradarach i ścięte o 70 proc. rachunki za OC – tak wygląda rzeczywistość około 60 tysięcy włoskich kierowców. Problem w tym, że w ten proceder zamieszani są skorumpowani urzędnicy, mafijne struktury i fikcyjne firmy-słupy z Warszawy. A rachunek płaci kto? Pan płaci, pani płaci. My płacimy.
Polskie tablice w Neapolu. 35 milionów złotych strat i wyścig z czasem służb
W ostatnich miesiącach media społecznościowe we Włoszech i w Polsce zalała fala zdjęć z południa Europy. Obrazek niemal zawsze wygląda tak samo: włoskie uliczki, włoski styl jazdy, za kierownicą rdzenny obywatel Italii, a na zderzaku... świeżutkie, polskie tablice rejestracyjne.
Zjawisko przybrało tak masową skalę, że przestało być wyłącznie obiektem żartów w sieci, a stało się tematem dochodzeń policyjnych, analiz finansowych oraz nagłówków m.in. w "Financial Times". Skąd nad Zatoką Neapolitańską taka plaga polskich tablic?
Odpowiedź jest prosta: chodzi o gigantyczne pieniądze i omijanie lokalnego systemu podatkowo-ubezpieczeniowego.
Samochód przekracza polską granicę wyłącznie na papierze, ale w razie wypadku w Neapolu czy Rzymie rachunek trafia do Warszawy. Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych bije na alarm, a włoski rząd z Giorgią Meloni na czele szuka sposobu na zamknięcie prawnej luki.
Schemat na "papierową przeprowadzkę"
Większość samochodów noszących polskie wyróżniki rejestracyjne nigdy nie przejechała nawet metra po polskich drogach. Cały proceder opiera się na usługach wyspecjalizowanych agencji pośredniczących i tworzeniu w Polsce tzw. spółek-słupów (często pod fikcyjnymi adresami).
Mechanizm opiera się na trzech prostych krokach. Najpierw włoski właściciel przerejestrowuje swój samochód na polską firmę-słup. Potem pośrednik oddaje dotychczasowemu właścicielowi auto w użytkowanie na podstawie umowy użyczenia lub długoterminowego wynajmu.
Finalnie pojazd otrzymuje polski dowód rejestracyjny i polskie tablice, zachowując dotychczasowego użytkownika we Włoszech. Tego samego, który nawet na minutę nie przestał być jego faktycznym kierowcą i właścicielem. Nie musiał nawet z niego wysiadać. No może na kilka minut, by odkręcić stare i przykręcić nowe tablice.
Czemu to się opłaca? Nawet 70 proc. OC w kieszeni
Skala zjawiska jest porażająca – Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych (PBUK) oraz włoskie służby szacują, że tą metodą na włoskich drogach porusza się już ponad 60 tysięcy samochodów i skuterów.
Co skłania Włochów do takiego ryzyka? Pieniądze. W rejonach takich jak Neapol ubezpieczenie komunikacyjne należy do najdroższych w Europie. Polisa na zwykły skuter potrafi przekroczyć 1500 euro rocznie. Posiadanie polskich tablic pozwala wykupić polskie OC według stawek wyliczanych dla polskiego, nieporównywalnie tańszego rynku.
Włoch zyskuje też święty spokój z podmienionym podatkiem (bollo auto). We Włoszech obowiązuje powszechnie znienawidzony podatek od posiadania pojazdu (np. dla popularnego Fiata Pandy wynosi on ok. 130–140 euro rocznie). Auto na polskich blachach z tego obowiązku wypada.
Jest jeszcze jedno: bezkarność. Mandaty za prędkość czy złe parkowanie wysyłane są na adres polskiej spółki-słupa, która nie prowadzi realnej działalności i sprawa umarza się w próżni. Łączne oszczędności włoskiego kierowcy sięgają nawet 70 procent rocznych kosztów utrzymania auta (mandatów nie licząc).
Różnica w kosztach po obu stronach Alp jest dziś wyjątkowo wyraźna. Nawet w szczycie drożyzny ceny paliw w Polsce należały do najniższych w Europie, a po wprowadzeniu obniżek podatkowych dystans wobec Zachodu jeszcze się zwiększył.
Polskie firmy płacą za włoskie kolizje. Mowa o dziesiątkach milionów
Choć Włosi liczą zyski, rachunek za ten proceder wystawiany jest w Polsce. Jak podkreślają eksperci z PBUK, ubezpieczyciele kalkulują składki pod kątem ryzyka na polskich drogach, tymczasem auta stale uczestniczą w stłuczkach i wypadkach w Italii, gdzie koszty napraw i odszkodowań są wielokrotnie wyższe.
Co gorsza, tysiące tych pojazdów po wygaśnięciu wstępnych polis jeździ bez jakiegokolwiek ważnego ubezpieczenia.
Prezes PBUK Mariusz Wichtowski ostrzega jednak włoskich kierowców w tamtejszych mediach: regres nie ma granic. Każdy sprawca wypadku, który jeździł nieubezpieczonym autem na polskich tablicach, prędzej czy później dostanie od polskich i włoskich instytucji rachunek opiewający na pełną kwotę wyrządzonych szkód.
Przedstawiciele PBUK wprost wskazują, że za masowym procederem tworzenia słupów i rejestracji samochodów stoją zorganizowane grupy przestępcze. Służby po obu stronach granicy przeszły do kontrataku.
W marcu 2026 roku polskie służby rozbiły szajkę i aresztowały 7 osób (w tym skorumpowanych urzędników), które wyłudziły dokumenty rejestracyjne dla ponad 1500 samochodów na podstawie sfałszowanych badań technicznych. Żadne z tych aut nigdy nie pojawiło się w Polsce.
Do roboty wzięły się też włoskie służby. Nic dziwnego, w końcu okradane jest też ich państwo. Włoska policja finansowa kontroluje przesyłki pocztowe. Podczas jednej z akcji przechwycono paczkę z Polski do Neapolu zawierającą 21 tablic rejestracyjnych, 14 dowodów i komplet umów.
Fikcyjne spółki to problem szerszy niż motoryzacja
Mechanizm firm-słupów wraca w polskich śledztwach regularnie. Wystarczy przypomnieć aferę kryptowalutową, w której Zondacrypto i tajemnice Przemysława Krala obejmowały m.in. przepływy przez powiązane podmioty i nadzór, który przez lata nie reagował.
Warto też pamiętać o konsekwencjach dla zwykłych kierowców. Nowe prawa pasażerów i przepisy transportowe pokazują, że Unia coraz chętniej domyka luki regulacyjne – podobnie będzie w przypadku rejestracji pojazdów.
Sprawa stała się na tyle gorąca, że trafiła na sam szczyt włoskiej polityki. Prawicowa koalicja premier Giorgii Meloni zapowiedziała zdecydowane kroki. Rzym przygotowuje uszczelnienie przepisów – nowe prawo ma bezwzględnie nakładać na każdego kierowcę stale poruszającego się po włoskich drogach (niezależnie od tego, jakie ma tablice) obowiązek posiadania ubezpieczenia wykupionego w firmie zarejestrowanej we Włoszech.
Równolegle, szukając poparcia przed wyborami, rząd Meloni zaproponował całkowitą likwidację podatku bollo auto dla 14,5 miliona małych i średnich aut. Choć ruch ten ma kosztować włoski budżet 2,4 miliarda euro i wywołuje krytykę ekonomistów (którzy ostrzegają przed dziurą budżetową i obciążeniem pracowników etatowych), ma raz na zawsze odebrać Włochom motywację do szukania oszczędności nad Wisłą.
Ten spór brzmi zresztą znajomo. W Polsce przy okazji tarczy paliwowej również padały pytania, czy niskie podatki, wielkie wydatki i mały deficyt dadzą się pogodzić – minister finansów odpowiadał jednoznacznie, że nie.
Wszystko wskazuje więc na to, że eldorado neapolitańskich kierowców na polskich blachach właśnie dobiega końca, a ratowanie domowego budżetu papierowym kombinowaniem zakończy się dla wielu z nich bardzo kosztownym procesem.
