kadr z "Pana Wołodyjowskiego" i stare taśmy kinowe
3 super-produkcje z czasów PRL. Foto: Voroshchuk, Mat. prasowe

Za nami premiera kinowej wersji "Lalki". Z tej okazji warto jednak przypomnieć też o innych polskich superprodukcjach, szczególnie tych z czasów PRL-u, nieco może zapomnianych przez młodsze pokolenie, ale zdecydowanie wartych obejrzenia.

REKLAMA

Tysiące statystów, setki koni i budżety, które w realiach PRL robiły ogromne wrażenie. Polska kinematografia potrafiła dekady temu tworzyć widowiska, jakich nie powstydziłyby się największe europejskie wytwórnie. W tym tekście przypomnimy trzy z nich.

"Krzyżacy", czyli udana ekranizacja słynnej powieści

"Krzyżacy", zarówno jako powieść Henryka Sienkiewicza, jak i film Aleksandra Forda z 1960 r., nie powinni być traktowani jak podręcznik do historii. To mocno przerysowany obraz Zakonu Krzyżackiego. Szczególnie widać to w interpretacji kinowej, w której rycerze zakonni "hajlują" i przypominają wręcz SS-manów. Władze PRL dostrzegały bowiem w filmie i książce potencjalne narzędzie do budowania patriotycznej narracji i podkreślania historycznego konfliktu Polaków z Niemcami.

To jednak tyle z minusów. Z plusów: film jest kapitalny i do dziś może robić wrażenie. Skala przedsięwzięcia była imponująca. Na potrzeby filmu przygotowano tysiące kostiumów, a w scenach zbiorowych wykorzystywano setki koni i ponad tysiąc statystów. Sam budżet wynosił około 33 mln ówczesnych złotych, czyli kwotę pozwalającą w tamtym czasie nakręcić kilka, a nawet kilkanaście standardowych produkcji.

Największym wyzwaniem okazało się oczywiście odtworzenie bitwy pod Grunwaldem. Zamiast polegać na obecnych efektach komputerowych (których przecież wtedy nie było), filmowcy musieli wykorzystać choreografię, montaż, odpowiednie ustawienie kamery i tysiące ludzi na planie. Efekt? Monumentalne starcie, które nawet po wielu dekadach zachowuje swoją siłę wizualną.

Na ekranie pojawili się m.in. Mieczysław Kalenik jako Zbyszko z Bogdańca, Grażyna Staniszewska jako Danusia, Andrzej Szalawski jako Jurand ze Spychowa i Emil Karewicz jako Władysław Jagiełło. Nieśmiertelna scena z dwoma nagimi mieczami stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów polskiego kina.

Najważniejsze jednak, że historia ta nadal angażuje: współczujemy Zbyszkowi i Danusi, jednocześnie z czasem coraz bardziej kibicując Jagience. No i oczywiście nie cierpimy Krzyżaków! Pozostaje żałować, że do dziś nie doczekaliśmy się remake'u.

"Faraon", czyli egipskie "House of Cards"

Sześć lat później polska kinematografia udowodniła, że jej ambicje nie ograniczają się do historii rodzimej. Jerzy Kawalerowicz podjął się ekranizacji "Faraona" Bolesława Prusa. Budżet? Tym razem 19 mln zł.

W rolę młodego Ramzesa XIII wcielił się Jerzy Zelnik, dla którego była to jedna z najważniejszych ról w karierze. Widzimy, jak główny bohater obejmuje władzę, wierząc, że będzie w stanie przeprowadzić reformy i ograniczyć wpływy potężnego kapłaństwa. Szybko przekonuje się jednak, że sama pozycja władcy nie wystarczy, gdy przeciwnik kontroluje wiedzę, gospodarkę i świetnie zna mechanizmy funkcjonowania państwa.

Widz otrzymuje coś w postaci "House of Cards", ale osadzone w realiach Starożytnego Egiptu i z niemal każdą sceną coraz bardziej przeraża go, jak niewiele się w sferze polityki zmieniło.

W przeciwieństwie do "Krzyżaków" twórcy "Faraona" nie postawili na nieustanną akcję i widowiskowe starcia. Tu liczy się atmosfera, dialogi, fabuła i psychologia postaci. I ponownie: w związku z tym aż dziwne, że do dziś nikt nie spróbował stworzyć nowej ekranizacji. W końcu przez brak scen batalistycznych stworzenie remake'u nie byłoby aż tak kosztowne. W obecnych czasach (geopolitycznego przełomu) powieść mogłaby zostać odczytana na nowo.

"Pan Wołodyjowski", czyli ostatnia część Trylogii tu jako pierwsza

I wreszcie docieramy do 1969 roku i ekranizacji "Pana Wołodyjowskiego" Jerzego Hoffmana. Choć to ostatnia część Sienkiewiczowskiej Trylogii, została zekranizowana jako pierwsza. Powód? Kwestie polityczne: nakręcenie "Ogniem i mieczem", w którym Polacy walczą z Kozakami (czyt. Ukraińcami), mogłoby zostać źle odebrane w bloku wschodnim. Sam reżyser nie narzekał, gdyż sam poznał tę powieść dużo wcześniej niż pierwsze dwie części serii o "Małym rycerzu".

"Pan Wołodyjowski" to jedna z najdroższych produkcji polskiego kina tamtego okresu – jej budżet wyniósł około 40 mln złotych. Pieniądze przeznaczono m.in. na imponujące dekoracje, rozbudowane sceny batalistyczne i kostiumy.

To tu Hoffman po raz pierwszy przeniósł na wielki ekran słynne motywy powieści Sienkiewicza: trójkąty miłosne, humor i fortele Zagłoby czy wreszcie dramatyczną historię niejednoznacznego "tego złego" (na pierwszy ogień poszedł Azja Tuhajbejowicz).

Ogromnym atutem okazała się obsada. Tadeusz Łomnicki stworzył niezapomnianą kreację Michała Wołodyjowskiego, a Mieczysław Pawlikowski nadał Zagłobie charakterystyczną mieszankę humoru, sprytu i rubaszności. Daniel Olbrychski jako Azja Tuhajbejowicz wniósł do filmu sporo niepokoju, a Magdalena Zawadzka jako Basia Wołodyjowska ukradła serca wszystkich polskich nastolatków.

Potem sukces artystyczny "Pana Wołodyjowskiego" udało się jeszcze pobić przy ekranizacji "Potopu". Nieco gorzej wypadło przeniesione na wielki ekran dopiero w latach 90. "Ogniem i mieczem".

Hoffmanowska Trylogia zajmuje stałe miejsce w kanonie. Gdy zestawialiśmy najlepsze ekranizacje polskich książek wszech czasów, to właśnie "Potop" był wskazywany jako najlepsze przeniesienie powieści Sienkiewicza na ekran.

Dalsza część artykułu poniżej.

Polskie kino historyczne, do którego warto wrócić

To aż dziwne, że w III RP nie udało się zrealizować równie udanych widowisk historycznych (może poza wspomnianą ekranizacją "Ogniem i mieczem"; o "Quo Vadis?" i "Panu Tadeuszu" lepiej nie wspominać). Nowoczesne efekty specjalne mogłyby pomóc jeszcze lepiej przenieść na kinowy ekran wielkie bitwy czy pokazać monumentalne zamki i fortece.

Miejmy nadzieje, że wkrótce znajdą się twórcy, którzy postarają się przenieść na język kina kolejne wspaniałe polskie powieści.

A jak ty dobrze znasz ten gatunek? Można to sprawdzić choćby w naszym quizie z polskich filmów historycznych, w którym trzeba rozpoznać tytuły po jednym kadrze.