
Od kiedy zobaczyłem to auto na jednej z ulic w Niemczech, chciałem je przetestować. Monumentalny przód, gigantyczne gabaryty i ten charakterystyczny, podświetlany czerwony pas ciągnący się przez środek maski. W końcu dopiąłem swego i sprawdziłem Hongqi H9 na polskich drogach. Auto przyciągało wzrok przechodniów, ale ja byłem przez nie... mocno skonfundowany.
Zacznijmy od krótkiej lekcji historii, bo w przypadku tego wozu to klucz do zrozumienia całej jego filozofii. Marka Hongqi (co po polsku oznacza po prostu Czerwony Sztandar) to najstarsza chińska marka samochodów. Powstała pod koniec lat 50. na wyraźne życzenie samego Mao Zedonga.
Cel był prosty: komunistyczne władze potrzebowały własnych rządowych limuzyn, żeby pokazać światu potęgę i przestać jeździć radzieckimi wozami. Ale pierwsze auto było niemal kopią... radzieckiego ZiŁ-a 111, a pod blachą kryła się na wskroś kapitalistyczna technika z amerykańskiego Chryslera Imperiala. Później chińscy dygnitarze przez dekady wozili się autami bazującymi chociażby na starych modelach Audi.
No ale teraz jest zupełnie inaczej. Hongqi to już nie taka konstrukcja, jak kiedyś, chociaż zapożyczenia lub raczej inspiracje od innych marek widać i to gołym okiem.
Wygląd i wnętrze Hongqi H9. Z tyłu poczujesz się jak prezes (większy niż Mercedes Klasy S)
Nie będę ukrywał, prezencja to absolutnie najmocniejsza strona tego samochodu. Długa sylwetka, dwukolorowe nadwozie i opadająca linia dachu sprawiają, że auto wygląda zjawiskowo. Jest elegancko, ze smakiem i z nutką egzotyki, której próżno szukać w opatrzonych niemieckich sedanach.
Prawdziwa magia zaczyna się jednak wtedy, gdy otworzymy długie tylne drzwi. Choć w Chinach mają jeszcze wersję przedłużaną, już zwykłe Hongqi H9 wymiary ma wręcz królewskie. Mierzy aż 5137 mm długości, a rozstaw osi to potężne 3060 mm. Żebyście mieli punkt odniesienia: to minimalnie więcej niż oferuje aktualny Mercedes Klasy S w standardowym nadwoziu! Przy szerokości 1904 mm i wysokości 1493 mm dostajemy kawał wielkiego krążownika.

Z tyłu miejsca na nogi jest tyle, że można zakładać nogę na nogę. Po opuszczeniu masywnego podłokietnika naszym oczom ukazuje się ekran dotykowy. Z jego poziomu pasażer tylnej kanapy rządzi całym samochodem. Mamy tu fotele z masażem, wentylacją i podgrzewaniem. Wszystko sterowane jest elektrycznie, łącznie z podparciem pod uda i zagłówkiem (czego, o ironio, poskąpiono nawet fotelowi kierowcy).
Do tego możemy sami otworzyć sobie szyberdach, zmienić kolor ambientowego oświetlenia czy podgłośnić muzykę. Widać jak na dłoni azjatyckie podejście do motoryzacji, gdzie w autach tej klasy właściciel siedzi przeważnie... z tyłu.

No i wspomniane inspiracje, bo panel przycisków na desce rozdzielczej przypomina te z poprzedniej generacji Mercedesów, selektor biegów i schowek na tunelu środkowym wygladają tak, jak te w poprzednich Audi, no i klamki, te też gdzieś widzieliśmy...
Warto też wspomnieć o plastikach. Auto odbieraliśmy w gorący dzień, więc stalo ono sporo na słońcu. Przez to w środku czuć było... no własnie - klej, plastik, generalnie bardzo silną woń, którą dopiero udało się okiełznać choinką zapachową oraz ostudzeniem środka postojem w garażu. Szkoda, bo serio wszystko wygląda solidnie i elegancko.
Silnik i spalanie Hongqi H9. Dwa litry pod maską i apetyt jak w V6
Gdy jednak przesiądziemy się za kierownicę, zaczynają wychodzić kolejne zgrzyty. Z przodu fotele też są wygodne, a wyciszenie kabiny przy prędkościach autostradowych zasługuje na piątkę z plusem. Cisza trwa jednak tylko do momentu, aż mocniej wciśniemy gaz. Wtedy do uszu dociera mało szlachetny dźwięk wkręcanej na obroty czterocylindrowej rzędówki. No właśnie, w Polsce mamy tylko cztery cylindry, 2 litry pojemności oraz moc 245 KM i 380 Nm momentu obrotowego, a na innych rynkach V6. Szkoda, bo V6 byłoby tutaj idealne, bo tej mocy mi czasami brakowało.

Ale znacznie bardziej irytowało mnie to, jak ten napęd zestrojono. Czuć na każdym kroku, że inżynieryjnie Chińczycy wciąż muszą odrabiać lekcje u Europejczyków. Choć pod maską pracuje miękka hybryda, to system start-stop działa z refleksem szachisty po trzech nieprzespanych nocach. Serio, postój na światłach jest po prostu katorgą.
A jakie spalanie ma Hongqi H9? No cóż, tutaj dwulitrowiec postanowił udawać pełnoprawne V6. Kiedy odbierałem auto z pełnym bakiem, komputer pokładowy pokazywał śmieszny zasięg na poziomie 460 kilometrów.
Nawet gdy jeździłem bardzo spokojnie, w mieście komputer regularnie pokazywał wyniki w okolicach 12 l/100 km. Z kolei na drodze ekspresowej, przy 120 km/h, zużycie paliwa wyniosło 9 l/100 km. No lepiej się nie dało.
Wrażenia z jazdy i elektronika, która żyje własnym życiem
A jak ten kolos zachowuje się w zakrętach? Zawieszenie zestrojono miękko, jak przystało na limuzynę, ale na szczęście auto nie buja i nie nurkuje. Dziwne jest jednak to, że mimo tej miękkości, do kabiny i tak przenikają informacje o pojedynczych dziurach w asfalcie. Prawdziwym festiwalem frustracji okazała się jednak elektronika, a konkretnie system multimedialny, który trąci myszką. Jest brzydki, nieintuicyjny, a znalezienie prostych funkcji zajmuje wieki.

O Android Auto możecie od razu zapomnieć, bo nie ma go wcale. Apple CarPlay niby w menu widnieje, ale istnieje tylko za pomoca dodatkowego modułu doczepionego przez importera.
Z kolei systemy bezpieczeństwa są jak przystało na auta z Chin, nadpobudliwe. Potrafią podnieść alarm o rzekomym zagrożeniu, gdy po prostu stoimy grzecznie w korku na czerwonym świetle i spokojnie po jednej ze stron podjeżdża do nas inne auto.
Ile kosztuje Hongqi H9?
Czas na rachunek sumienia. Cena Hongqi H9 w Polsce wynosi dokładnie 284 900 złotych. Czy to dużo za ponad pięciometrową limuzynę, w której z tyłu jedzie się jak w biznesklasie? Na papierze wydaje się to okazją, bo europejskie limuzyny segmentu F są kilkukrotnie droższe.
Tyle że to błędne porównanie. H9 nie jest rywalem dla Klasy S czy BMW serii 7. Gdybym miał szukać dla niego odpowiednika, to raczej w gronie dużych, wygodnych wozów marek popularnych, które dziś zostały całkowicie wyparte przez SUV-y. Może wśród dużych Citroenów...

Niemiecka trójka może więc spać spokojnie, Europa nie musi jeszcze wpadać w panikę. Hongqi H9 przyciąga wzrok na ulicy jak magnes i oferuje królewską przestrzeń z tyłu, ale z perspektywy kierowcy to auto mocno niedopracowane, pełne irytujących błędów wieku dziecięcego i ze starą elektroniką. Moze, gdyby miało V6 i nowszy infotainment...
