Benjamin Netanjahu
Sensacyjne wyniki wyborów do Knesetu. Netanjahu za burtą, o rządzie zdecydują Arabowie Fot. BindelglassPhoto / Shutterstock

W wyborach parlamentarnych w Izraelu przeliczono ponad połowę głosów. Na prawicy konsternacja: Likud Benjamina Netanjahu pozostaje największą partią, ale jego blok prawicowo-religijny zdobywa zaledwie 55 mandatów – za mało, by samodzielnie sformować rząd. Formalną większość 65 miejsc ma szeroko pojęta opozycja pod wodzą Gadiego Eisenkota, ale klucz do władzy trzyma 15 arabskich deputowanych.

REKLAMA

Benjamin Netanjahu wzywa do utworzenia "silnego, prawicowego rządu", podczas gdy Gadi Eisenkot ogłasza koniec ery wieloletniego premiera. Arytmetyka 120-osobowego Knesetu jest jednak taka, że ani syjonistyczna opozycja, ani blok premiera nie mają 61 mandatów bez trudnych kompromisów. Przez dekady partie arabskie były spychane na margines izraelskiej polityki. Dziś to od ich decyzji zależy, czy Benjamin Netanjahu utrzyma władzę, czy trafi na ławę opozycji. Albo do więzienia.

Koszmar izraelskiej prawicy. Brakuje sześciu mandatów

Po przeliczeniu ponad połowy głosów w wyborach parlamentarnych w Izraelu prawicowo-religijny blok urzędującego premiera dysponuje 55 mandatami w 120-osobowym Knesecie. Do minimalnej większości rządowej potrzeba 61 głosów, co oznacza, że Netanjahu brakuje sześciu mandatów.

Z kolei obóz opozycyjny zrzeszający przeciwników wieloletniego szefa rządu gromadzi łącznie 65 miejsc. Choć lider powstałej partii Yashar i twarz "bloku zmian", generał Gadi Eisenkot, pospiesznie ogłosił przed swoimi zwolennikami, że "Izrael zagłosował za zakończeniem rządów Netanjahu", dane nie są dla niego aż tak łaskawe.

Izraelska ordynacja wyborcza oparta na skrajnej proporcjonalności i braku okręgów jednomandatowych po raz kolejny uniemożliwiła jakiejkolwiek partii zdobycie samodzielnej większości – rzecz, która w historii Izraela nie zdarzyła się nigdy.

Netanjahu publicznie przekonuje, że jedynym stabilnym rozwiązaniem dla kraju w dobie wojennych napięć jest powołanie "silnego, narodowego rządu prawicy". Problem polega na tym, że nawet z ortodoksyjnymi i nacjonalistycznymi koalicjantami jego blok osiąga pułap 55 deputowanych i nie ma skąd dobrać brakujących 6 głosów.

Z kolei opozycja ma 65 mandatów, ale jest to większość wyłącznie techniczna. Gdy odliczy się od niej deputowanych partii reprezentujących mniejszość arabską, żydowska część opozycji pod wodzą Eisenkota ma zaledwie 50 mandatów. Mniej niż sam blok Netanjahu.

Te wybory są bezpośrednim następstwem wydarzeń sprzed trzech lat. Przypominaliśmy je w tekście ten 7 października zmienił świat, to był jeden z najczarniejszych dni w historii Izraela – wtedy padły też nakazy aresztowania premiera wydane przez Międzynarodowy Trybunał Karny.

Napięcia wewnętrzne narastały przez cały czas trwania operacji w Gazie, o czym pisaliśmy m.in. w materiale antyrządowe protesty w Izraelu, na ulicach rodziny zakładników i żołnierze.

15 mandatów arabskich rozdaje karty

To najbardziej fascynujący i paradoksalny wątek tych wyborów: o tym, kto zostanie premierem żydowskiego państwa, zadecydują partie arabskie. Koalicja Zjednoczonej Listy (Hadash-Ta'al) oraz islamskiej partii Ra'am (United Arab List) zdobyła łącznie 15 mandatów. To potężna siła w parlamencie, bez której nikt nie jest w stanie stworzyć stabilnej koalicji.

Sytuacja stawia obie strony w niezwykle trudnym położeniu. Scenariusze są (prawdopodobnie) trzy. W pierwszym karty rozdaje Eisenkot. Aby sformować gabinet "zmiany", lider partii Yashar musiałby oprzeć rząd na poparciu lub cichej tolerancji partii arabskich. Taki precedens miał już miejsce w 2021 roku w gabinecie Naftalego Bennetta i Yaira Lapida, do którego wszedł Mansour Abbas (lider Ra'am).

Tyle że dziś – w cieniu ostatnich konfliktów zbrojnych i głębokiego pęknięcia społecznego – współpraca z ugrupowaniami arabskimi jest przez wielu prawicowych i centrowych posłów opozycji traktowana jako polityczne tabu. Kontekst tego pęknięcia dobrze tłumaczy nasz przewodnik to najdłuższa wojna współczesnego świata, oto co powinieneś wiedzieć o konflikcie Izrael-Palestyna.

W scenariuszu drugim Netanjahu kusi partie arabskie. Brzmi nieprawdopodobnie? Benjamin Netanjahu w przeszłości ostro krytykował współpracę z partiami arabskimi, zarzucając oponentom "zdradę państwa". Jednocześnie historia izraelskiej polityki pamięta, że sam Netanjahu w 2021 roku prowadził tajne rozmowy z Mansourem Abbasem, gdy brakowało mu głosów do stworzenia rządu.

Pytanie brzmi, czy zdesperowany "Bibi", walczący o utrzymanie władzy i immunitetu, spróbuje po raz kolejny rozbić jedność opozycji za pomocą arabskich mandatów.

Jest jeszcze trzecia opcja: rząd jedności albo kolejne wybory. Jeśli nacjonalistyczna frakcja opozycji odmówi układania się z deputowanymi arabskimi, a Netanjahu nie zdoła przekupić pojedynczych posłów bloku zmian, jedynymi alternatywami pozostaną wielka koalicja Likudu z partią Yashar (co wymagałoby ustąpienia samego Netanjahu) albo... rozpisanie kolejnych, przedterminowych wyborów.

Każde przedłużające się bezkrólewie w Jerozolimie ma zresztą wymiar wykraczający daleko poza izraelską politykę wewnętrzną. Wystarczy przypomnieć, jak rynki reagowały na eskalację w regionie – opisywaliśmy to w tekście ropa, złoto i dolar w górę, globalny strach po atakach na Iran.

Liczenie głosów potrwa do końca tygodnia

Centralna Komisja Wyborcza w Jerozolimie zaznacza, że spływające od północy rezultaty wciąż mogą ulec korektom. Do przeliczenia pozostają głosy z dużych aglomeracji oraz tzw. "podwójne koperty" – głosy żołnierzy Sił Obronnych Izraela (IDF), personelu medycznego, dyplomatów i więźniów, które tradycyjnie faworyzują ugrupowania prawicowe i centrowe.

Ostateczny podział mandatów może przesunąć się o 1-2 miejsca w tę lub drugą stronę, a przy progu wyborczym wynoszącym 3,25 proc. każdy tysiąc głosów potrafi zdecydować o losie całego rządu.

Niezależnie od ostatecznych ułamków procentowych, wybory 2026 roku nie przyniosły jednoznacznego rozstrzygnięcia. Izrael wchodzi w fazę wielotygodniowych targów koalicyjnych, w których Benjamin Netanjahu po raz kolejny walczy o swoje polityczne przetrwanie, a klucze do gabinetu premiera trzymają arabscy deputowani.

Przy okazji wraca też pytanie o uznanie państwowości palestyńskiej, które dzieli Europę – pisaliśmy o tym w materiale uznanie Palestyny za państwo, dlatego Niemcy się wahają.