
Pokolenie Z wyjdzie w proteście na ulice około 30 niemieckich miast. Politycy obawiają się zamieszek. Gazety komentują. Zdaniem "Frankfurter Allgemeine Zeitung" choć postulaty protestujących we Francji, we Włoszech i tych, którzy mają wyjść na ulice Niemiec , różnią się w szczegółach, u ich podstaw leżą podobne oczekiwania.
"W tych społeczeństwach coraz trudniej uwierzyć, że dzięki własnej pracy można piąć się w górę i zapewnić sobie godne życie. Problem ten widać choćby po fatalnym stanie szkolnictwa we Francji, Niemczech i we Włoszech" – pisze dziennik z Frankfurtu. I dodaje: "Wysokie czynsze uszczuplają dziś i tak niewielkie środki, jakimi dysponują studenci. Pomoc państwa, taka jak BAföG w Niemczech, często nie wystarcza na pokrycie kosztów wynajmu, a zwiększenie jej wysokości nie należy do najważniejszych tematów politycznych".
To zakrawa na paradoks
Jak wskazuje komentator, na pierwszy rzut oka może to zakrawać na paradoks: młodzi, którzy jeszcze niedawno opowiadali się za równowagą między pracą a życiem prywatnym i czterodniowym tygodniem pracy, teraz wychodzą na ulice, domagając się więcej zajęć szkolnych, szans na awans dzięki pracy i zaangażowaniu oraz zabezpieczenia emerytalnego.
"Sytuację dodatkowo komplikuje przewaga demograficzna pokolenia wyżu powojennego. Nawet jeśli jednostki musiały walczyć o swoje miejsce, cała generacja jako grupa miała dość siły, by kształtować politykę zgodnie z własnymi interesami. Młodzi nie mają szans przebić się w demokracji opartej na zasadzie większości. Partie głównego nurtu nie poświęcają też dostatecznej uwagi innym problemom młodego pokolenia. Służba wojskowa jest wprowadzana bez szerszej dyskusji, na edukację chronicznie brakuje pieniędzy, a cyfryzacja i debata o roli sztucznej inteligencji w tworzeniu sprawiedliwej, dobrej przyszłości pozostają daleko w tyle" – czytamy.
Krytyka wymierzona w polityków
Dziennik regionalny "Rhein-Neckar-Zeitung" komentuje: "Nastroje społeczne zmieniają się błyskawicznie. Gdy przed laty dziesiątki tysięcy uczniów w całych Niemczech opuszczały lekcje, uczestnicząc w protestach 'Fridays for Future', stała za nimi cała armia wspierających ich dziadków, rodziców i innych życzliwych osób. (...) Jak bardzo różnią się od tamtych dzisiejsze formułowane na zapas ostrzeżenia, gdy znów na ulice niemieckich miast ma wyjść kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi. (...) Tak jak przed laty, również dzisiejsze protesty wynikają z uzasadnionych obaw, które należy traktować poważnie. Sprzeciw młodych wobec wojny i niszczenia środowiska, a także ich postulaty dotyczące dostępnych cenowo mieszkań i lepszego szkolnictwa to cele, które powinny łączyć pokolenia. Nie można przy tym zapominać o jednym: krytyka nie jest wymierzona w świat jako taki, lecz w tych, którzy odpowiadają za istniejące problemy – czyli w polityków".
Fatalny sygnał
"Młodym zarzuca się bierność i wzywa do większego zaangażowania. Kiedy jednak włączają się w protesty 'Gen Z regelt', spotykają się z dezaprobatą. To fatalny sygnał" – konstatuje "Südwest Presse" z Ulm. "Oczywiście może dochodzić do zamieszek i należy je potępiać. Nie można jednak na ich podstawie oceniać całego pokolenia ani podważać postulatów, które dopiero zaczynają być dostrzegane i traktowane poważnie. Nie wystarczy uwzględniać głosu młodych i młodych dorosłych wyłącznie w debatach o służbie wojskowej".
Tygodnik "Stern" z Hamburga apeluje: "Pozwólmy im najpierw wyjść na ulice! W końcu nie jest to ani pierwsza demonstracja w historii Republiki Federalnej, ani pierwszy przypadek, gdy podczas protestu dochodzi do wybicia sklepowej witryny czy podpalenia kosza na śmieci. Ewentualne przestępstwa popełnione przez pojedyncze osoby nie mogą być pretekstem do rzucania z góry podejrzeń na wszystkich demonstrantów i całe pokolenie. Sugestie, że właściciele sklepów muszą w panice zabezpieczać luksusowe butiki, a na ulice powinna wkroczyć Bundeswehra, jakby światu groziła apokalipsa, to gruba przesada".
Opracowanie: Alexandra Jarecka
