
Na Ukrainie trwają masowe protesty przeciwko brutalności milicji. Fala społecznego oburzenia wzbiera po brutalnym gwałcie na mieszkance wsi na południu kraju i spoliczkowaniu przez milicjanta mieszkanki Kijowa, która nie chciała rozmawiać po rosyjsku. Eksperci oceniają, że prawdopodobieństwo rozwiązania konfliktów władza-obywatele za pomocą przemocy jest większe.
REKLAMA
Mieszkańcy wsi Wradijiwka na południu Ukrainy zostali siłą usunięci z Majdanu Niepodległości. Przejechali 500 km do Kijowa by protestować przeciw bezkarności milicjantów, którzy pod koniec czerwca zgwałcili 29-letnią kobietę. Miasteczko namiotowe założone przez nich zostało zlikwidowane przez specjalne oddziały Berkut – opisuje Gazeta.pl. Podobnie potraktowano osoby protestujące pod jednym z komisariatów, w którym schronił się milicjant ścigany przez tłum. Wcześniej na targu uderzył kobietę, która poprosiła go, by rozmawiał po ukraińsku, a nie rosyjsku.
Na Ukrainie zaczynają pojawiać się wszelkie warunki do tego, by konflikty, do których dochodzi między władzą a obywatelami, zaczęły być rozwiązywane przemocą. Elity rządzące nie tylko nie uspokajają nastrojów, a przeciwnie, takimi działaniami tylko zaostrzają sytuację. CZYTAJ WIĘCEJ
Źródło: Gazeta.pl
Z niepokojem na sytuację na Ukrainie spogląda też Amnesty International. Organizacja ocenia, że każdego roku setki tysięcy obywateli cierpi z powodu bezprawnych działań milicji. I chodzi nie tylko o "drobne naruszenia kodeksu karnego", ale nawet szantaż czy tortury. Dlatego jeśli rząd nie weźmie się za porządkowanie milicji, niepokoje społeczne mogą przybrać znacznie ostrzejszą formę niż teraz. Warto przypomnieć, że protesty jaśminowa rewolucja w Tunezji zaczęła się od podpalenia mężczyzny, któremu zarekwirowano kramik z owocami.
Źródło: Gazeta.pl

