Posłowie zatrudniają do pomocy rzesze osób. Wielu z nich to społeczni asystenci, którzy za swoją pracę nie dostają pieniędzy.
Posłowie zatrudniają do pomocy rzesze osób. Wielu z nich to społeczni asystenci, którzy za swoją pracę nie dostają pieniędzy. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Posłowie powinni być tymi, którzy promują dobre praktyki na rynku pracy. Ale nie promują. Nie dość, że zatrudniają pracowników za niskie stawki, to mają całe tabuny społecznych asystentów, którym nie płacą ani grosza. Gdyby nie oni, posłowie byliby bezradni. Jeden z posłów PO ma ich aż... 32. Ale są też tacy, którzy nie zatrudniają nikogo. Kto w takim razie prowadzi ich biura i załatwia sprawy wyborców?

REKLAMA
W tej kadencji nasi posłowie zatrudnili 966 osób. Dodatkowo pomaga im 1178 osób, jako społeczni asystenci – wynika z danych opracowanych przez naTemat. Chociaż na sali sejmowej zasiada 460 osób, zastęp ich pomocników jest kilkakrotnie większy. Sporej pomocy potrzebują posłowie Ruchu Palikota, u których kilkunastu, a nawet ponad 20 asystentów społecznych to norma. Jednak rekord należy do Piotra Tomańskiego z PO. Nie dość, że zatrudnia troje pracowników, to ma aż 32 asystentów społecznych.
Część z nich, jak pokazuje strona Sejmu, pracuje dla posła już blisko półtora roku. Za darmo. Posłów nie obejmują ograniczenia nałożone przez ustawę o stażu absolwenckim. Zgodnie z nią bezpłatny staż nie może trwać dłużej niż 3 miesiące. Jednak społeczni asystenci to nie stażyści i mogą pracować za darmo bez ograniczeń. Nie rezygnują, bo liczą, że na plecach posła dostaną się do poważnej polityki. Poprosiliśmy polityka o komentarz w tej sprawie, ale po przesłaniu pytań kontakt z nim się urwał.
Nie tylko Kancelaria Premiera nie płaci pracownikom
A takie działania to psucie rynku pracy. Od kogo, jeśli nie od polityków powinniśmy oczekiwać, że będą promować dobre wzorce? Dlaczego prywatni przedsiębiorcy mają dobrze traktować swoich pracowników, szczególnie tych młodych, skoro nie robią tego prawodawcy? Sytuacja z biur poselskich przypomina opisaną przez nas sprawę bezpłatnych staży w Kancelarii Premiera. Ale tam darmowa praca trwała trzy miesiące. Posłowie tych ograniczeń nie mają.
Parlamentarzyści na prowadzenie swojego biura dostają 12 tys. 150 złotych miesięcznie. Pieniądze dostają z Kancelarii Sejmu i muszą się z nich dokładnie rozliczać. Sejm narzuca im też minimalną płacę dla zatrudnionych w biurze. W 2013 roku to 1,6 tys. zł, czyli tyle, ile wynosi płaca minimalna. W większych miastach to śmiesznie mała kwota. Ale posłowie dobijają do tego dolnego limitu, bo często prowadzą kilka filii, więc potrzebują kilkoro pracowników. Poza tym dotyczy tylko umów o pracę, a nie umów zlecenie – zatrudniając na umowę zlecenie mogą płacić im mniej.
Część etatu, minimalna krajowa
Normą jest też zatrudnianie na część etatu. – Tak naprawdę te środki wystarczają na zatrudnienie dwóch osób i to raczej nie na cały etat – przyznaje Robert Pietrula, wicedyrektor Biura Obsługi Posłów. – Ze środków na biuro poseł musi się rozliczyć do 30 stycznia następnego roku. Na wszystkie wydatki musi mieć faktury i rachunku. Dlatego zdarza się, że niektóre wydatki są przez nas kwestionowane, bo nie ma na nie faktur, tylko paragony, których nie uznajemy. Poza tym nie refundujemy takich rzeczy jak zaproszenie zespołu na spotkanie z wyborcami czy zaproszenie gości na obiad w restauracji. Z budżetu są pokrywane tylko wydatki na prowadzenie biura – zaznacza.
Ale ograniczeń w liczbie współpracowników nie ma. Dlatego niektórzy mają na liście pracowników nawet osiem do dziewięciu osób. – Osiem? Nie, chyba tyle nie – niepewnie stwierdza Jan Kaźmierczak z PO. Według strony Sejmu to przez jego biuro przewinęło się najwięcej płatnych pracowników – aż dziewięć osób. Teraz ma pracować tam "tylko" osiem. Ale według posła dane są nieaktualne. – Teraz zatrudniam, chwila, jeden, dwa… Pięć, no w porywach sześć osób. Trzy osoby zajmują się bieżącą obsługą biura. Poza tym na część etatu zatrudniam pana w charakterze pogotowia informatycznego, na część etatu osobę od prowadzenia strony internetowej i na ułamek etatu osobę, która zajmuje się moimi wystąpieniami – wylicza polityk.
Zapewnia jednak, że pomimo sporej załogi mieści się w budżecie. – Dostosowuję zatrudnienie do potrzeb. To, co dostaję z Sejmu wystarcza mi na prowadzenie dość aktywnej działalności w okręgu. Ale oczywiście gdyby tych środków było więcej, pewnie znaleźlibyśmy dla nich jakieś zastosowanie. Są koledzy, którzy mówią, że im nie wystarcza. Ale nie wiem, na co oni wydają – dodaje.
Wystawieni na lobbing
Problemem jest także niedopełnianie przez polityków obowiązku zgłaszania swoich współpracowników. Nie wpływa to dobrze na transparentność ich działań. Społeczni asystenci i pracownicy biur to najbardziej zaufane osoby posłów. Istnieje niebezpieczeństwo, że ktoś będzie chciał wpływać na polityków właśnie za ich pośrednictwem. Z racji bliskiej współpracy z parlamentarzystą powinniśmy móc też sprawdzić przeszłość i obecne zatrudnienie jego asystentów. Ale posłowie nie zdają sobie z tego sprawy i bagatelizują obowiązek zgłaszania do Kancelarii Sejmu zmian na liście współpracowników. Pomimo że to obowiązek z uchwalonej w 2005 roku ustawy lobbingowej.
W zakłopotanie można wpaść badając działalność Mieczysława Golby z Solidarnej Polski. Jak poseł nie mający żadnych współpracowników, może prowadzić sześciu biur poselskich? – Nie, to dyrektor biura musiał czegoś nie dopełnić – prostuje poseł z Podkarpacia. – W Jarosławiu, Przemyślu i Przeworsku zatrudniam pracowników. A w pozostałych ludzie pracują społecznie. Poza tym korzystamy z usług prawników, którzy zajmują się sprawami wyborców – wyjaśnia.
Potrzeba więcej pieniędzy?
Poza posłem Golbą jest jeszcze 24 posłów, którzy – wedle informacji na stronie Sejmu – nie zatrudniają nikogo.
Poseł przekonuje, że tych spraw jest tak dużo, że przydałoby się więcej środków na pomoc prawną. – Przydałby się prawnik na etacie. Poza tym potrzebne byłyby jeszcze ze trzy biura, na przykład w Sanoku i w Bieszczadach. Już teraz na prowadzenie tych sześciu ledwo mi wystarcza. Właściwie czasem dokładam nawet z prywatnych środków albo znajomi prawnicy konsultują jakieś sprawy za darmo. Dlatego tych pieniędzy mogłoby być więcej – postuluje polityk.
"Tanie państwo nie powinno oznaczać dziadowskiego państwa" – lubi powtarzać Joachim Brudziński z PiS. Dlatego warto zastanowić się nad zwiększeniem środków na prowadzenie biur poselskich. Przynajmniej tych najbardziej aktywnych, gdzie w ciągu tygodnia pojawia się niemal setka wyborców z problemami do rozwiązania. A już teraz powinniśmy wymagać od posłów, by nie traktowali młodych ludzi jako darmowej siły roboczej. Jest praca, powinna być płaca.