"Czy mam się podpalić z bezsilności?" - pyta właściciel firmy, która od 15 lat nie może dokończyć budynku.
"Czy mam się podpalić z bezsilności?" - pyta właściciel firmy, która od 15 lat nie może dokończyć budynku. fotomontaż. Zrzuty ekranu ze strony zaplacawarszawiacy.pl

Pamiętacie Zbigniewa Stonogę? To prezes, który wywiesił na płocie swojej firmy baner "Wypier... nas Urząd Skarbowy". Decyzje urzędników zamroziły należne mu 1,9 mln zł. Teraz podobną akcję prowadzi w Warszawie szef firmy budowlanej. Od 15 lat nie może dokończyć inwestycji, bo urzędnicy w nieskończoność przedłużają postępowanie w jego sprawie. Władysław Frost na bilbordach pyta: "czy mam się podpalić pod ratuszem?".

REKLAMA
Właściciel firmy, w której pan pracuje naprawdę zamierza podpalić się pod ratuszem?

Kazimierz Federak, pełnomocnik firmy Sanui: Pan Frost jest bardzo zdesperowany, 13 lat temu nasza inwestycja została wstrzymana i od tego czasu nie jesteśmy w stanie jej dokończyć. Do niedawna myśleliśmy, że sprawa sama się rozwiąże w trybie postępowania administracyjnego, ale wydano w niej już około 70 decyzji i postanowień, a ostatnie wskazują na to, że do jej zakończenia jest jeszcze daleko. Właśnie zatoczyła czwarte już koło urzędniczych decyzji i odwołań.
W dodatku działka, na której stoi nasz budynek objęta została planem zagospodarowania przestrzennego. Dopuszcza on budynek jednorodzinny o wysokości do 12 metrów. Eliminuje to naszą inwestycję, choć kiedy ją rozpoczynaliśmy dostaliśmy pozwolenie na wykonanie budynku wielokondygnacyjnego o charakterze mieszkaniowo-usługowym.
Nie możecie dokończyć budowy, mimo że po waszej stronie jest wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego. Co teraz?
Powiatowy inspektor nadzoru budowlanego powinien teraz nakazać nam złożenie planu budowlanego wraz z opiniami rzeczoznawców, który będzie uwzględniał aktualne prawo budowlane (w międzyczasie zmieniło się ono już kilka razy). Później powinien wydać nam po raz kolejny, czwarty już, pozwolenie na wznowienie robót.
Problem polega na tym, że odkąd inspektor wyda taką decyzję, do czasu, kiedy ona się uprawomocni, mija kilka lat. Przysługuje od niej odwołanie do wojewódzkiego inspektora nadzoru budowlanego, od jego decyzji – odwołanie do głównego inspektora. Od postanowienia głównego, można odwołać się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Zanim cała sprawa zatoczy koło, mijają trzy - cztery lata.
Poprzednią decyzję mieliśmy w 2008 roku, jest 2013. Teraz stoimy znowu w punkcie zero.
Nie można tego przyspieszyć?
Ostatni wyrok sądu (/WSA/ z 20.12.2012) przyznał inwestorowi zwrot kosztów postępowania sądowego zasądzoną od Głównego Inspektora Nadzoru Budowlanego w wysokości 760 złotych. To świadczy o słuszności skargi inwestora i o tym, że sąd przyznał rację tej inwestycji. Ale sytuacja nadal jest patowa.
Kto składa odwołania, które blokują inwestycję?
Sąsiedzi. Przy czym nie chodzi tu o żadną społeczność lokalną, tylko o dwie osoby, które są po prostu dobrze umocowane. Jedna to Pani Jolanta Piecuch, radna i przewodnicząca stowarzyszenia Miasto-Ogród. Drugą osobą jest pracownik Wojewódzkiego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego Pan Janusz Pawlina.
Ponoć przeszkadza im wysokość budynku. Ale nasz obiekt ma cztery kondygnacje. Identycznej wysokości jest budynek obok, który zresztą w tym samym czasie był wznoszony. W tamtej sprawie nie było jednak ani jednego odwołania.
Co będzie się działo z inwestycją w najbliższej przyszłości?
Pan Frost może ubiegać się o odszkodowanie od ratusza i będzie się ubiegać. Do niedawna liczyliśmy, że dokończymy budynek, że to zakończy sprawę, bo przecież nie ma sensu walczyć z miastem. Ale w tej chwili sprawa przybrała taki obrót, że widać, że miasto nie może sobie z tym poradzić.
Skoro wcześniej zostały wydane prawomocne decyzje dotyczące przeznaczenia budynku, teraz nie można ich zmieniać. Prawo nie działa wstecz.
To znaczy?
Wydano nam pozwolenie na budowę obiektu o funkcji użytkowo-mieszkalnej. Teraz oczekuje się, że zmienimy to na mieszkaniową. A przecież inaczej się projektuje obiekt z powierzchnią biurową, inaczej z mieszkaniową. Jeśli teraz zaczniemy to zmieniać, całkiem się zrobi galimatias.
A urzędnicy mówią nam: to zdejmijcie sobie jedną kondygnację i dostosujcie do parametrów zawartych w naszym planie. Dodatkowo zapis w planie ograniczający wysokość do 12 m powoduje likwidację dwóch kondygnacji, ponieważ trzecia kondygnacja kończy się na wysokości 12,6 m.
Jakie konsekwencje dla firmy miało opóźnienie?
Po pierwsze to bezpośrednio zainwestowane pieniądze. Po drugie, obsługa kredytu. No i następnie potencjalne korzyści utracone z tytułu nieużytkowania budynku. Do tego dochodzi jeszcze utrzymanie budowy.
Ile to pieniędzy?
Kilka lat temu rzeczoznawcy zrobili na nasze zlecenie obliczenia dotyczące naszych strat. Na tej podstawie szacujemy, że dziś wynoszą one około 50 mln zł.
To mniej więcej tyle, ile kosztowałoby kupienie 30 autobusów.
Będziemy się domagać od miasta odszkodowania w takiej wysokości.
Wcześniej zapadały wyroki sądów potwierdzające słuszność inwestycji, jej parametry i funkcje. Wierzymy, że również teraz sądy przyznają rację inwestorowi i zasądzą od miasta odszkodowanie, które poniósł nie z własnej winy. Mamy nadzieję, że nie będziemy zmuszeni szukać sprawiedliwości przed Trybunałem w Strasburgu.
Ale na to jesteśmy również przygotowani.
Szczegóły sprawy zostały opisane na stronie: zaplacawarszawiacy.pl.